5 - tyle minut czytania

Kolejna notka inspirowana doniesieniami znalezionymi w Dzienniku – jedyną moim zdaniem gazetę, którą można jeszcze czytać. Tym razem jednak bardziej chodzi o sedno informacji a nie o formę w jakiej została podana.

Tekst do znalezienia tu: http://www.dziennik.pl/sport/pilkanozna/article379771/Niemcy_robia_z_Bonka_homofoba.html

Otóż w niemieckiej ZDF 19 maja ma zostać wyemitowany film o homoseksualizmie w futbolu, który pokazuje jak trudny jest „coming out” na boisku i że są tacy co się nawrócili, są tacy którzy nie mają z tym problemów, i jest Boniek, który piep… tradycjonalistów i gejów po prostu nie lubi. Nic do nich nie ma, ale uważa, że prawdziwy związek to taki w którym jest Pan i Pani.

Wolność słowa

I po pierwsze, ja się z Bońkiem, przynajmniej w części, przynajmniej w tej kwestii zgadzam. Nie interesuje mnie to co kto robi w domu pod pierzyną (lub jak woli na pierzynie), ani z kim. Póki w świecie zewnętrznym nie oczekuje ode mnie jakiegoś handycupu tylko dlatego, że on właśnie pod tą lub na tej pierzynie, właśnie z tym kimś. Ale zgodnie z tytułem, wszystko to, jest tylko przyczynkiem co mojego spostrzeżenia.

Otóż mamy wolność słowa. Możemy powiedzieć wszystko, pod warunkiem, że nie powiemy nic. A przynajmniej nic konkretnego. Żadnego mocniejszego – i to nie w znaczeniu wulgaryzmu, tylko w znaczeniu istoty – słowa. Najlepiej nie mieć własnego zdania, nie obnosić się z nim, nie pokazywać że coś się komuś podoba, lub nie. Nie można mieć własnego gustu i nie wolno niczego o nikim powiedzieć – nawet jeśli to prawda – bo ów człowiek poczuje się tym dotknięty i szkody psychiczne zniszczą jego życie rodzinne, osobiste, zawodowe, no po prostu świat mu się zawali na łeb. Bo on może robić co mu się żywnie podoba, a ja nie mogę mu tego prosto w oczy powiedzieć, bo jego to zaboli. Albo – co jeszcze lepsze – zaboli nie jego, ale jakąś wyimaginowaną organizację, lub środowisko, które zostało powołane właśnie do tego, by bronić tych biednych przed takimi szujami jak ja.

Zachwyt obowiązkowy

Nie mamy już niczego, co jak w każdym dobrym westernie, jest albo czarne albo białe. Co gorsza, nawet jeśli spytamy czy coś czarnego jest białe, dowiemy się, że „wiesz, rozumiesz, to oczywista oczywistość, że to tak naprawdę jest ciemno szare, nieco zabrudzone, nadmiernie zabrudzone, kolorystycznie nieokreślone” czy Bóg  jeden (dzięki – nomen, omen – Bogu, Bóg wciąż jest jeden, no chyba że coś się w tej kwestii zmieniło*) – wie co jeszcze.

Musimy wszystkich lubić, wszystkich rozumieć, o wszystkich dbać. Nie wolno nam powiedzieć, NIE. To znaczy wolno, bo jak napisałem kilka akapitów wcześniej, wciąż mamy wolność słowa. Ale mając odwagę powiedzieć NIE, mając odwagę myśleć inaczej niż inni, skazujemy się na ostracyzm, wykluczenie, wytykanie palcami. Bo przecież nie wolno nam, krzywdzić innych własną opinią. Musimy być tolerancyjni.

Granice wolności

Żebyśmy się źle nie zrozumieli, nie domagam się z tego miejsca, by każdy każdego obrażał i z niego szydził. Nie w tym rzecz. Doskonale zdaję sobie sprawę, że są ludzie upokarzani ze względu na własne przekonania. Niszczeni w pracy ze względu na płeć, pochodzenie, wykształcenie lub dowolną inną cechę. I wiem, że tych ludzi trzeba bronić. Tyle tylko, że jak tak dalej pójdzie, więcej będzie grup bronionych niż tych, co ich mają bronić, istota sprawy zacznie się rozmywać, a Ci którzy tej pomocy będą potrzebować, jak zawsze zostaną pozostawieni samym sobie. Domagam się równouprawnienia. Nie ze względu na jedną z cech, ale biorąc pod uwagę wszystkie cechy. Wszytkie razem i każdą z osobna. Domagam się by było RÓWNO.

Chcę być oceniany ze względu na to co potrafię i jakie są efekty moich działań, a nie na podstawie tego, że mam piękne brązowe oczy, ale uszy mi trochę odstają a nos mam jakiś taki.. no kurde nie przypasowany do formy ogólnej. I na tej podstawię zamierzam też oceniać innych. Bo nie chcę doczekać sytuacji, w której jakiś facete będzie mówił: „prawdziwy ograzm przeżywam tylko kiedy jestem z moim chłopakiem, a przelotne numerki mnie nie rajcują”, a ja nie będę mógł – nie wywołując oburzenia całego społeczeństwa, nawet jeśli przeceniam „siłę rażenia” moich słów, powiedzieć, że mi się to nie podoba. Bo nie podoba mi się i już.

Zostańmy pod płaszczykiem pozorów

Ostatni – obiecuję – akapit. W tekście padły słowa takie jak „ostracyzm” i „zawsze tak było”. Ponieważ skutecznie dbamy o pozory, czuję się troszeczkę jak w Wersalu, tylko na szczęście żadna pchła nie podszczypuje mnie pod peruką, a i do toalety można wychodzić bez skrępowania. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to zawszę, ostracym – starożytna grecja, i Wersal – nie tak już całkiem wspólczesna Francja. Wniosek – mogę sobie prosić, mogę sobie myśleć i sobie uważać. Widać w naszej naturze jest to, aby żyć pozorami. Aby szukać norm, i wszystko co poza przyjetą normę wystaje, rżnąć równo. Bo łatwiej nam poszerzyć normy, niż przyjąć, że trzeba tolerować także to, co się nie mieści w głowie ogółowi.

* choć w istocie w trzech osobach… przyznaję się, to była zagrywka nie do końca przemyślana…

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.