3 - tyle minut czytania

Kiedy 22 sierpnia w Talinie przebrzmiał ostatni gwizdek w meczu mistrzów Estoni i Polski, na twarzach ludzi Wiśle nieprzychylnych pojawił się sarkastyczny uśmieszek. Nieznana nikomu drużyna Levadii utarła nosa Wielkiej Wiśle, której na ligowych boiskach nikt nie potrafi stawić czoła. Nie trzeba było czekać dłużej niż 5 tygodni, by gorzki smak porażki poznali kibice z Warszawy i Poznania. Wszystkie Polskie drużyny odpadły z walki o Europę, zanim Europa zaczęła grać na poważnie. Piłkarze z Hiszpanii jeszcze nawet nie zaczęli walki o ligowe punkty, a my już wiemy, że polscy ligowcy najbliżej wielkiej piłki będą w niedzielne wieczory, kiedy po przetrwaniu transmisji z ekstraklasowego szlagieru, będziemy mogli, już dla przyjemności, obejrzeć na tym samym kanale jakiś pojedynek z Serie A, Premiership czy Primera Division.

Dzisiejszy mecz o Superpuchar Europy to pierwszy piłkarski smakołyk sezonu 2009/2010, ale my zamiast ekscytować się grą Wielkich w Monako, nieśmiało będziemy zerkać na Łazienkowską gdzie Legia podejmie bytomską Polonię. Zamiast przez cały weekend świętować wielki awans Lecha, już w niedzielę będziemy głowić się, kto pierwszy straci głowę, Zieliński czy Ulatowski. Zamiast wyczekiwać europejskich pojedynków polskich drużyn, będziemy wypatrywać pierwszego potknięcia Wisły, która znowu – choć wciąż grając bez wielkiej formy – zaczęła uciekać ligowym rywalom.

Pytanie o co gramy w tym sezonie. O prestiż? Tego nie sposób osiągnąć na naszych stadionach. O pieniądze? Tajemnicą poliszynela jest chyba to, że nawet na Cyprze zarobki są nieporównanie większe. O sportowy awans? patrząc na regres polskiej piłki klubowej, lepiej nie ryzykować takiej tezy. O co więc gramy?

O kolejną szansę. O złudzenia wielkich pieniędzy, które znowu za rok będą czekały, lecz znowu nie na nas. O to, by znowu ktoś chciał nas oglądać, chciał nas podziwiać, chciał nas kupować. O to, by znowu ktoś nas pochwalił za jakąś niespodziankę, bo przecież za rok nikt w Europie nie będzie się naszych drużyn bał. Bo jeśli ktoś kończy zabawę, zanim się ona zacznie, to postrachem może być chyba jedynie dla siebie.

W tym roku gramy o przetrwanie. Zanurzamy się w naszą ligową rzeczywistość, aby już w lipcu (przetrwawszy wrzesień, listopad, grudzień, marzec, kwiecień, maj, czerwiec) móc spotkać się na ubitym polu z europejskimi szarakami. I łudzić się, że tym razem się uda dotrwać w Europie do września… choć do września…

PS. Mam jeszcze małą dygresyjkę. Decyzją Trybunału przy PKOl, degradacja Widzewa została anulowana. Niestety, dla PZPN wciąż nie jest to argument, by przywrócić Ekstraklasę drużynie, która w zeszłym sezonie wywalczyła sobie awans na boiskach I ligi. Widzew będzie się sądził, a PZPN będzie udawał, że jego to nie dotyczy… A zabawnie będzie za rok. Co, jeśli Widzew nie awansuje bezpośrednio? Czy odbierze premiowane miejsce zwycięzcy I ligi? A może spadnie dodatkowa drużyna z Ekstraklasy? I czyje tak naprawdę miejsce, zajęła w obecnych rozgrywkach Cracovia… A może to Korona gra w najwyższej klasie dlatego, że PZPN lekce sobie waży jakiekolwiek reguły. A może.. Spokojnie, pytań nie zabraknie. A prawdziwie ciekawe odpowiedzi poznamy już… za rok.

Tekst zostanie także opublikowany na serwisie 11.pl

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.