5 - tyle minut czytania

Ponieważ dobre lody w Krakowie okazały się ciekawym wątkiem, kolejna opowieść w tym temacie.

Jeszcze w sobotę z nieba lał się stumieniami żar, a ze mnie strumieniami lało się zmęczenie. W połowie spaceru uznałem, że czas się wzmocnić i odświeżyć, a najlepiej zrobić to czymś chłodzącym tak ciało jak i umysł. Ponieważ na Starowiślną było daleko, a że właśnie mijałem Wawel, pomyślałem sobie, że w drodze powrotnej można by wpaść do Słodkiego Wentzl‚a. Jak pomyśłałem, tak zrobiłem i od słów przechodząc do czynów wparowałem do ogródka.

To powinno mi dać do myślenia. Sobota, godzina czternasta, upał zalewający krakowski Rynek, a ja znajduję miejsce w „ogródku”… No dobra, nie narzekam. Na stole rzucone niby mimochodem menu i w zasadzie tyle.. Zerknąłem w kartę, i czekam.

Czekam.

Czekam…

Czekam……

Nie ja jeden.  Kilka stolików dalej starszy jegomość siedzi od kilku minut z portfelem trzymanym w ręce spojrzeniem wodzącym za kelnerką, ale ta ewidentnie nie chciała go dostrzec. Dziwne, bo był to klient z gatunku chcących zapłacić.. podejrzewam, że w taki właśnie sposób traci się napiwki.

Co ciekawe, inna kelnerka w gustowny sposób podpierała wejście do Wentzla, mnie więcej tak, jak Jaś Niezguła podpiera ścianę na dyskotece w remizie… Może tłumaczyć to tym, że upał jest i nikomu nie chce się nic… Ale ja chcę lody. No więc czekam…

Czekam…

Czekam……

Może wyjmę książkę? Może zmienię lokal.. może postąpię jak grupa turystów, która kupiła lody w wafelkach na wynos i (ob)siadła sąsiedni stolik.. – w sumie też ciekawe rozwiązanie. Nie, lepiej nie wstawać, bo jak wstanę, to jeszcze mnie ktoś podsiądzie i dopiero się zrobię na szaro… To ja jeszcze poczekam…

czekam…

patrzę w prawo, patrzę w lewo.. czekam… i się doczekałem (to znaczy ja czekałem jeszcze chwilę, ale nie będę nadużywał cierpliwości czytelników.. lepiej nie ryzykować…)

Jest kelner. Ja mu mówię co chcę, ale chyba mnie nie zrozumiał. Dla lepszej komunikacji otworzyłem kartę i palcem wskazałem, że chcę TO. Ponieważ niedowierzał, powtórzyłem uderzeniem palcem w TO. Tak TO. (TO to moje określenie naleśników – to śniadanie – z bitą smietaną i gałką lodów waniliowych).  I jeszcze sok pomarańczowy.

No to czekam.  Tyle, że teraz już wiem, że warto. Przynajmniej wydaje mi się, że warto, w końcu zamówienie złożone. Ponieważ wiem, że jeszcze chwilę to potrwa (chciałem napisać, że „jeszcze poczekam”, ale zaraz zaczniecie na to reagować alergicznie), wyciągam książkę i czytam. Jaką książkę? Taką dla dzieci;] Przecież napisałem że jest sobota i upał i mi też nie chce się nic…

Pochłonięty lekturą musiałem wyglądać niegroźnie, ponieważ ledwie zerknąłem w Pottera.. się czytelniczo wygadałem… ledwie zerknąłem w Pottera, inny starszy gość zwrócił się do mnie z pytaniem, czy nie będzie mi przeszkadzać, jeśli on się przysiądzie z żoną, bo widzi, że mam dwa wolne krzesła… Gdyby to była kreskówka, szczęka spadłaby mi gdzieś do wysokości kolan, a ponieważ po drodze był blat stołu, zbierałbym własne zęby z nie własnego bruku. No cóż.. jesteśmy kulutralni, jesteśmy grzeczni, jesteśmy niegroźni – udostępniłem „swój” stolik.

Ponieważ – jak już wiecie – na kelnera się czeka, zanim przyszło moje zamówienie (podejrzewam że na to liczą, jeśli klient jest cierpliwy, zaczeka aż danie samo wyjdzie z kuchni), zwolnił się stolik obok i moi współzjadacze mnie opuścili. Ale tego jakoś nie żałowałem.

Najpierw dostałem soczek. Takie klasyczne 200ml prosto od amerykańskiego koncernu. Szkoda tylko, że buteleczka została otwarta a zakrętka zabrana, bo na dole soczku zrobił sie osad, a bez zakrętki trudniej się wstrząca. A skąd osad? Zapewne od leżakowania. No co, wino może leżakować i lepiej smakuje, może sok pomarańczowy też musi… Osad… tzn zawiesinę udało mi się rozpuścić, bo jak się okazało, to nie był sok z miąższem pomarańczy. Ale był smaczny.

Między chwilą w której dostałem sok, a chwilą w której dostałem naleśniki, przysiadł się do mnie kolejny jegomość. Tym razem w zasadzie bez słów, za to z pytającym wzrokiem i ręką wskazującą na krzesło. Ponieważ jestem kulturalny, grzeczny i wyglądam niegroźnie, również i jego ugościłem.

Kiedy ja dostałem swoje jedzonko, on zamówił kawę. Jak się okazało, zamawiał po niemiecku (chyba Austriak) a kelnerka przyjmowała zamówienie po angielsku. Miałem nadzieję, że przy tym zamieszaniu, nie będę musiał za jego kawę płacić..  No ale smutki na bok, dostałem swoje papu;)

Talerz – uwaga – gorący. To dobrze działa na naleśniki, gorzej na bitą śmietanę i lody. W zasadzie bitej śmietany nie zdążyłem posmakować, bo się roztopiła. Naleśniki – naprawdę smaczne. Nie za słodkie, zdecydowanie nie mdłe, po prostu smaczne. Lody waniliowe – pasują doskonale. Jedyny mankament, to smażona chyba w cukrze skórka pomarańczowa.. Zdecydowanie dla tych, co lubią słodycze. Słodkie słodycze. Bardzo słodkie słodycze. Znaczy się – nie dla mnie. Sympatyczny z wyglądu Austriak musiał mnie rozumieć, ponieważ nawet się nie dziwił, kiedy kolejne porcje skórki trafiały na krawędź talerza. Danie zmykało szybko, tak więc świadom obowiązujących procedur, kiedy sąsiad dostawał mrożoną kawę, ja poprosiłem o rachunek. Żeby co nie co przyspieszyć.

Reasumując… jeśli chodzi o lody, Wentzl jest niezły. Całkiem niezły. Co do bitej śmietany mógłby się poduczyć u Grycana (o czym kiedy indziej), ale lody – pycha. Natomiast.. tak sobie myślę, jeśli chcesz dobre lody – kupuj je w Wentzlu na wynos. Mniej czekania i dużo większa przyjemność, no i nikt nie zagląda Ci do wafelka, ani się do Twoich lodów nie dosiada. Polecam zdecydowanie lody jogurtowe – oczywiście jeśli ktoś lubi mało słodkości, za to odrobinkę kwasku. Po prostu smaczne;)

4 thoughts on “Krakowskie Smaki: Słodki Wentzl – niezłe lody z troszkę gorszą obsługą

  1. To chyba jakiś Wentzlowski zwyczaj; mnie też kiedyś spotkało to, że przysiadły się CZTERY osoby wewnątrz. Podobna, kreskówkowa reakcja z mojej strony. Co za czasy?!

    (Słuszny wpis, choć nad błędami językowymi można by popracować.)

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.