4 - tyle minut czytania

Tytułem wstępu, wyjaśnienie. Nie, nie jestem kucharzem. Nie, nie jestem kiperem, ani nie – nie mam wyrobionego podniebienia, które potrafi wyczuwać subtelności w serwowanych przez fachowców daniach. Gust mam prosty, smak zapewne do wyszukanych smakołyków nie przystosowany, ale wiem kiedy mi coś smakuje. Komentarze moje są najpewniej błędne, podobnie jak apetyt – niewyszukane. Więc tak, zastrzegam sobie prawo do pomyłek i chamskiego pochodzenia. Nie mniej jednak…

Na krakowskim Kazimierzu można posmakować potraw rodem z argentyńskich rożen i grillów. Na ulicy Józefa, na odcinku między Kupa i Estery do swoich podwojów zaprasza Pimiento Argentino Grill. Z tysięcy restauracji wybór padł na tą właśnie, ponieważ znajomi zachwalali steki z argentyńskich mięs, które jeszcze nie tak dawno wypasały się gdzieś na Pampie (w kwestii geolokalizacji wypasu strzelam, ponieważ na geografii znam się jeszcze słabiej niż na kulinariach, a na kulinariach nie znam się wcale).

Wnętrze schludne, a w sobotnie wczesne popołudnie w zasadzie puste. Byliśmy głodni, w zasadzie zdecydowani na zachwalane steki, więc wystarczył nam szybki rzut oka w kartę i już wiedzieliśmy, że na stole lada moment pojawią się: – wybór steków dokonanych przez szefa kuchni. Przegląd dla ciekawskich, tak by spróbować wszystkiego w czym kuchnia widzi powody do dumy – smażone sardynki W ramch dodatków – pieczone ziemniaczki z patelni z czosnkiem oraz ziemniak z dipem i boczkiem. Poprosiliśmy także o sugestię wina odpowiedniego do złożonego zamówienia i otrzymaliśmy Malbeca – Reserva Luigi Bosca z 2006 roku, które potrzebowało 10 minut napowietrzenia. Do wina jeszcze wrócę, ale tak – zaryzykowaliśmy…

Ostre noże, jakie każdy gość otrzymuje przy swoim nakryciu, są chyba wystarczająco dobrą motywacją zarówno dla kelnerów jak i dla kucharza, ponieważ danie podawane jest dość szybko i sprawnie. Co prawda dostaliśmy – jak nam się wydawało – dodatkową sałatkę, ale po chwili obsługujący się zreflektował i dostawiając ziemniaka (z dipem i skwarkami) zwrócił się słowami:

„Mieliśmy błąd w kuchni, tej sałatki Państwo nie zamawiali, zostawić?”… Nie zostawiliśmy.

Dodatków nie ma co komentować. Ziemniaczków pieczonych z czosnkiem jak na lekarstwo, a czosnku to by nawet na lekarstwo nie wystarczyło. Ziemniak z dipem.. cóż – ziemniak z dipem… smaczny, ale bez ach czy och. Choć w porównaniu do mięs.. to może jednak och…

Mięsa, te wypasione  na Pampie, te zachwalane przez znajomych, te na myśl o których ślinka nam ciekła a żołądek domagał się naszej atencji, rozczarowały. Nie, to nie to, że były koszmarnie złe. Po prostu nie były dość dobre, żebyśmy mogli je komuś z czystym sumieniem polecić. Dostaliśmy cztery kawałki mięs, jeśli w którymś momencie otarły się one o 150 gram to chyba jednak przed wizytą na ruszcie… Prosiliśmy o mocno wysmażone, a przynajmniej dwa kawałki były zrobione na średnio krwisto… Wrażenie ogólne – bardzo, niestety, przeciętne. Co gorsza, mięso potrafiło być także żylaste i żuchwa musiała się z kawałkami trochę napracować.. niestety. I, co jeszcze gorsze, o ile dwa pierwsze steki były ciepłe, o tyle dwa ostatnie były w zasadzie letnie. Niestety…

Smażone sardynki. 200 gram rybek, z których – po docięciu łba (łebka) i ogona (ogonka) – zostawało jedno małe chrup. Rybek była większa ilość, więc i chrupania było wiele. Chrup, chrup, chrup. Wędzone sardynki. Chrup, chrup, chrup. Zchrupane. I to by było w zasadzie tyle, gdyby nie…

Wino. Malbec – Reserva Luigi Bosca. Rocznik 2006 po 10 minutach napowietrzania. Świetne, pyszne, wyśmienite. Wytrawne, a dla niewytrawnych smakoszy smakowite. Polecam (o ile ktoś odważy się z mojego polecenia skorzystać).

Obsługa bez zarzutu, in minus zaskoczył tylko lekko ubity talerz podany do steków. Jakby to ująć.. Restauracji tej klasy, a przynajmniej o tą klasę  walczący, takie uchybienie, jako żywo, nie przystoi.

Od stołu wstaliśmy (po uiszczeniu wysokiego, bo 300złotowego rachunku – za posiłek dla trzech osób) zdrowsi, bo zdecydowanie nie przejedzeni, w zasadzie nie najedzeni. Po prostu mieliśmy dużo miejsca i ochoty na deser. A skoro lato i deser, a my byliśmy na Kazimierzu, to trzeba było ruszyć na najlepsze lody w Krakowie. Ale o tym już w następnej opowieści.

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.