5 - tyle minut czytania

O Trattoria Mamma Mia miałem wspomnieć niedługo po wpisie poświęconemu Pimiento Argentino Grill, ponieważ w Mamma Mia byłem po raz pierwszy tego samego dnia i było smacznie. Naprawdę bardzo smacznie. Kelner co prawda przed przyniesieniem rachunku wspomniał coś o wylizywaniu talerzy do czysta, ale jako że mieliśmy wtedy naprawdę dobry humor po naprawdę dobrym jedzeniu, zostało mu to wybaczone, a rachunek wzbogacony został wskazanym i wcale nie bagatelnym napiwkiem.

Do pisania o Tattorii po raz drugi zabierałem się kilka tygodni temu, zaraz po drugiej wizycie, gdy po raz kolejny rozsmakowałem się w Gnocchi verdi ai quattro formaggi, które są po prostu pyszne. Nie wyszło. Oczywiście nie zabrakłoby odrobiny uszczypliwych uwag poświęconych ilości czasu potrzebnego na realizację zamówienia, ale na pewno przyznałbym rację sloganowi widniejącemu na Menu Tratorri – Restauracja godna polecenia. Dziś także polecam, podkreślając jednak drobne ale… i o tym dzisiaj przeczytacie.

Chcąc zjeść niedzielny obiad w miłej restauracji, razem z moją lepszą połową i moimi rodzicami wybraliśmy się do Mamma Mia. Rezerwacja została wcześniej złożona, byliśmy o czasie, stolik czekał. Stolik dostaliśmy nienajlepszy, nieco ciemny, na szczęście nie na tyle ciemny żeby mieć problemy z wczytaniem się w menu, które dość szybko dostaliśmy. Wybór był w zasadzie prosty – filet z soli, filet z ło(so)sia, polędwiczki wieprzowe i Lazagnia ze szpinakiem. W ramach dodatków – szpinak z czosnkiem x 2, talarki ziemniaczane, frytki, napoje. Przystawek – brak, zup – brak. Jednodaniowy obiad. Jak widać nic wyszukanego.

Otrzymawszy napoje przystąpiliśmy do rozmowy. Szybki przegląd tematów codziennych, kwestia wakacji tych co były i tych co będą, chwila rozmowy o polityce, o edukacji w krajowej szkole (gdzie jak się okazuje uczeń drugiej klasy gimnazjum ma w tygodniu 4 (słownie cztery) lekcje języka polskiego i o koszcie zwiększenia tej ilości. Rozmowa została na chwilę zawieszona, ponieważ zwolnił się stolik z dostępem do okna, który postanowiliśmy zająć. Po tej “przeprowadzce” wróciliśmy do rozmów. Znowu wróciliśmy na chwilę do wakacji, do polityki, do rzeczywistości nas otaczającej, zaczęliśmy szybko ustalać plany na zbliżający się tydzień… czas mijał, napoje się upłynniały, my czekaliśmy.

Na pierwszej stronie menu znajduje się informacja, że ze względu na przygotowywanie potraw ze świeżych składników, na dania gorące czeka się około 20 minut. My zaczęliśmy łowić wzrokiem kierowniczkę sali po minutach czterdziestu. Udało się, bardzo sympatyczna pani nas przeprosiła za tak długi czas oczekiwania, poprosiła nas o jeszcze chwilę cierpliwości i zapewniła nas, że robi wszystko, aby zmotywować kucharzy do szybszej realizacji zamówień i że w tej chwili to cała obsługa jest jak na szpilkach, żeby nas jak najszybciej obsłużyć. Ponieważ nie zdecydowaliśmy się na dodatkowe napoje, raz jeszcze przeprosiła i poprosiła o cierpliwość.

Wróciliśmy do rozmowy, która nie pochłaniała nas tak bardzo, jak obserwacja sali i sprawdzania kto z tych, co przyszli po nas, już dostał zamówienie, a kto tak jak my czeka. Mijały kolejne minuty, zaczęliśmy żartować o Hells Kitchen, także o tym co dobrego mamy w lodówkach, ale po kolejnym kwadransie perspektywa dalszego czekania “w ciemno” wydała się nam mocno nieatrakcyjna. Po kolejnych pięciu uznaliśmy, że najwyższy czas pożegnać się z restauracją, obsługą i zamówionym obiadem. Zaczęliśmy się podnosić i…

Zamówienie dotarło. Co prawda na raty, ale wyglądało na tyle apetycznie, że postanowiliśmy zjeść i nie zawiedliśmy się. Sola – zgodnie z obietnicą kelnerki – była niewielka, ale za to smaczna. Filet z ło(so)sia świetnie przyrządzony, polędwiczki wieprzowe przygotowane – tu słowa mojej Mamy, kierowane do Taty – tak jak lubisz, lasagna – naprawdę pyszna i w zasadzie rozpływająca się w ustach. Co prawda w szpinaku mało było czosnku, ale za to frytki były prima sort. A talarki ziemniaczane… no właśnie.. z talarkami ziemniaczanymi był taki problem, że ich nie było. W ich miejsce dostaliśmy gnochi… Spytaliśmy czy gnochi to talarki i kiedy już wiedzieliśmy, że nie, postanowiliśmy nie ryzykować i zamiast na talarki czekać, zjeść to co już nam podano.

I było pysznie. I smacznie. Wszystko dobrze przyprawione, estetycznie podane, wszystko ciepłe i w zasadzie wszystko w tempie błyskawicznym znikało nam z talerzy. To, że wyglądało apetycznie udowadniała nam bzycząca nad talerzami mucha. Na szczęście tylko raz postanowiła przysiąść się do szpinaku i to w zasadzie już gdy się kończył, ale coś co może zostało by niezauważone w nadmorskiej knajpce, trudno było ignorować akurat w krakowskiej restauracji z aspiracjami. Fakt, to drobiazg, ale jest to drobiazg dość niesmaczny i chyba jednak eliminowany*.

Powtórzę – było pysznie. Może godzinne oczekiwanie to sposób kucharza, na to by wszystkim smakowało. W końcu już od dziecka się nam tłumaczy, że to głód, ach głód najlepszym jest kucharzem. I niewątpliwie jest… Tyle tylko, że gdyby danie dotarło parę minut później, moglibyśmy się o tym nie przekonać…

Chciałbym podkreślić obecność bardzo sympatycznej kierowniczki sali i zapewne jej decyzję o rabacie do rachunku, który miał nam osłodzić wyczekiwanie. Na przyszłość sugerowałbym podanie klientowi drobnej, nieodpłatnej przekąski, zapewne posmakowało by lepiej. I upewnienie się, czy wszystko co znajdowało się na rachunku (talarki) znalazło się na stole klienta.

Trattorię ze względu na dobrą kuchnię polecam. Aby mieć jednak czyste sumienie, sugeruję aby nie iść tam będąc głodnym. Nawet lekko głodnym. Wizyta tam powinna być odpowiednio wcześniej zaplanowana i nie bójcie się tego, że w chwili przekraczania progu restauracji lub też przy składaniu zamówienia nie czujecie lekkiego nawet ssania.

Spokojnie, zdążycie zgłodnieć.

* Nie tylko Trattoria miewa problemy z muchami. Posłuchajcie:

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.