4 - tyle minut czytania

Gdyby parę lat temu zapytać kibica Wisły, czy wyobraża sobie jesień, w której jego ukochany klub nie rozgrywa meczu na swoim stadionie, w okienku transferowym nie sprowadza żadnego wartościowego piłkarza, z pucharów europejskich odpada zanim zakończą się rundy eliminacyjne, a do reprezentacji powoływanych jest jeden, góra dwóch piłkarzy z pod Wawelu, wyśmiałby nas. Gdyby dodać to tego wiosnę, którą Wisła zaczyna bez formy, bez bramek za to w goryczy porażek, będących konsekwencją nieudolnej gry drużyny – zrobiłby wielkie zdziwione oczy. Dodajmy jeszcze pikanterii, obnażmy wszystkie bolączki krakowskiego klubu – zabierzmy sponsora, marketingowców (choć w przypadku Wisły dotychczas każdy o nich słyszał ale ich działania nikt nie mógł wykazać) i prezesa. W ich miejsce dodajmy chaos organizacyjny, zamknięte przed kibicami trybuny i plagę kontuzji, których nikt nie mógł przewidzieć ani im zapobiec. Kilka lat temu taki obraz byłby skwitowany politowaniem – takie rzeczy mogą sie dziać w Szczecinie, Łodzi, Piotrkowie, ale nie u nas. Dziś także w Krakowie ta wizja to rzeczywistość.

Kibice Wisły nie wiedzą już chyba, czy oglądając swoją drużynę doznają cierpienia bezsilnego frustrata, który chciałby coś zmienić, a nic zrobić nie może. Z niesmakiem obserwują grę swoich nieco wyblakłych po zimie gwiazd, które bez żadnego pomysłu kopią szmaciankę gdzieś tam przed siebie, byle dalej, byle jak. Obsewrują bezradnego trenera, który nie może skłonić swoich podopiecznych do szturmowych ataków, kiedy tego wymaga sytuacja i kiedy jest jeszcze do tego czas. Oglądają drużynę, która traci bramki, jakie jeszcze kilka miesięcy temu nie miałyby prawa się przydarzyć. Kibice rywali nie czują też satysfakcji z porażek wciaż jeszcze obecnego Mistrza Polski, bo jakaż frajda z „bić mistrza”, kiedy ów mistrz się słania na nogach a wyprowadzane przez niego ciosy sprawiają wrażenie nieudolnego polowania na muchy i taką też drzemie w nich siła.

Tak słaba Wisła to nie tylko problem Cupiała, Skorży i spółki. To także problem całej ligi, która traci drużynę nie tak dawno jeszcze eksportową. Drużynę, która była magnesem przyciągającym kibiców na stadiony i przed telewizory. Drużynę, która sprawiała, że innym chciało się chcieć. Rywala, którego trzeba się było bać, rywala, który wymagał od przeciwników więcej, niż cała reszta ligowych szaraków. Ekstraklasa nie będzie silna, gdy w każdym sezonie będziemy mieli tylko jedną drużynę która potrafi grać w piłkę. Bycie najlepszym w Polsce to za mało, by czuć satysfakcję. Jak pokazuje przykład Wisły, nawet wieloletnia dominacja w naszej lidze nie gwarantuje ani rozwoju, ani stabilizacji, ani przyzwoitych występów w Europie.

W Bełchatowie Wisła zagrała słabo. W Krakowie, nawet jeszcze słabiej. Co gorsza, Wisła nie wierzyła w zwycięstwo. Zanim straciła bramkę, gnębiła i – co ważne – ośmieszała rywala akcjami przeprowadzanymi lewą stroną. Raz po raz tworzyła zagrożenie, które mogło i powinno zakończyć się golem. Po stracie bramki tak bardzo chciała szybko przenieść grę w pole karne, że do znudzenia próbowała dalekich wrzutek, a te były wodą na młyn defensywy Arki. Im dalej w las, tym było gorzej. Do wyrównania a nawet wygrania meczu było kilkadziesiąt minut. I co? I nic. Zamiast grać w piłkę, Wisła nie robiła nic. Nie było pomysłu, nie było dokładności, a co za tym idzie, nie było okazji do zdobycia bramki. Nie było niczego. Dość powiedzieć, że najskładniejszą bodaj akcją II połowy była kontra wyprowadzona przez piłkarzy Dariusza Pasieki na 10 minut przed końcem meczu…

Nie chce mi się wierzyć, że złożona z dobrych lub bardzo dobrych piłkarzy drużyna, która poprzednią rundę kończyła z pięciopunktową przewagą, prowadzona w okresie przygotowawczym przez doświadczony sztab szkoleniowy, z dnia na dzień straciła umiejętność gry w piłkę. „Na farcie” można wygrać mecz lub dwa, ale nie zdobyć dwa mistrzowskie tytuły z rzędu. Jak na razie, to nie rywale pokonali Białą Gwiazdę. To Wisła przegrała swoje mecze, ale to nie oznacza, że przegrała rundę. Wciąż jeszcze najważniejsze mecze przed nią. Zapas zgromadzony w jesieni okazał się poduszką bezpieczeństwa, kołem ratunkowym, z którego czasem trzeba skorzystać. Wisła doszła do ściany, na której może polec, lub od której może się odbić. To nie jest czas na panikę – to jest czas, na pokazanie charakteru. Teraz trzeba uspokoić oddech, wziąć się w garść, zagryźć zęby i zacząć grać swoje. Do znudzenia, do bólu. Trzeba się obudzić, aby ten koszmar nie powtarzał się więcej. Okazja do pobudki za tydzień.

Tekst zostanie opublikowany na 11.pl

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.