2 - tyle minut czytania

Ten rok staje się bardzo, ale to bardzo podróżniczy. Po styczniowej wyprawie do Hurghady, czas wybrać / wyrwać się gdzieś dalej.. Dużo dalej. Tak daleko, że dalej wybrać się ciężko.

Na dzień przed wyjazdem stają przed człowiekiem dziwne pytania i nader dziwnie merdają pytajnikami. Co ze sobą zabrać, a nawet istotniejsze – czego ze sobą nie brać. Co będzie potrzebne, a co lepiej kupić na miejscu i wreszcie kwestia kluczowa – jak te wszystkie rzeczy spakować, aby zmieścić się w limicie 20stu kilogramów. Co samo w sobie nie jest rzeczą łatwą, a gdy współpodróżnikiem jest piękna kobieta, która ma swoje potrzeby – ubraniowo-butowo-kosmetyczne, staje się to niemal niewykonalne.

Noc przed wylotem można też snuć plany – czego spodziewam się po podróży, co planuję z niej przywieźć i czy na pewno mam wystarczająco dużą kartę pamięci w aparacie… Na wszelki wypadek chyba dokupię jeszcze jedną…

Noc przed wylotem zastanawiam się, jak uda mi się przetrwać najbliższe 72 godziny, ponieważ zapowiadają się trzy bardzo męczące doby… No cóż, w końcu pierwszy raz będę usiłował dostać się na najprawdziwszy koniec świata…

Noc przed podróżą czas na przegląd zabieranego sprzętu. Laptop zostaje na miejscu. Co jak co, ale jeśli tylko jest to możliwe, to wolę oszczędzić sobie dodatkowych 3kilogramów. W podróż zabieram więc niemal wszystko mający telefon, którym znacznie łatwiej pisze się takie wpisy, niż na pięknie grającym produktem nadgryzionego jabłka. Po prostu są takie sytuacje, w których aż chce się krzyknąć klasyczna qwerty rulez!

Noc przed podróża człowiek ma ostatnią okazję aby wyspać się we własnym łóżku. I właśnie wtedy żona proponuje, że może by się tak jednak przepakować raz jeszcze…

No cóż, przetrwamy… Mam nadzieję… Póki co jednak, Australio gotuj się! Nadchodzimy!
 
 

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.