3 - tyle minut czytania

To będzie długi dzień. Cholernie długi. Dość powiedzieć że zaczął się wczoraj o 17, a skończy jutro koło południa, a i to przy dobrych wiatrach. Wydawałoby się, że kiedy człowiek nic nie robi, w końcu albo czeka na samolot, albo czeka aż ten samolot doleci tam, gdzie człowiek zdąża, to się nie męczy. Ostatecznie jak bardzo męczące może być siedzenie? Otóż bardzo. A im dłużej człowiek czeka, tym bardziej się męczy i tym bardziej go ta podróż nuży. Co prawda, kiedy się już doczeka, to powinno się okazać, że ten cały wynikający z NICzego ‚wysiłek’ był tego wart.. To się jednak dopiero okaże.

Pisałbym po kolei, ale nie jest łatwo pokusić się o spójny, logiczny opis wydarzeń, kiedy głowa twierdzi, że jest godzina 11, zegary przekonują że jest 16, a tyłek mówi że nie na najmniejszego znaczenia to, która jest godzina, ważne że jemu – tyłkowi znaczy – jest ciężko i niewygodnie. A perspektywa kolejnej ‚wysiedzianej doby’ przyprawia o dodatkową porcję niechęci.

Pierwsza obserwacja… Między lotniskiem we Frankfurcie a tym w Bangkoku różnica jest mniejwięcej taka, jak między wysokiej klasy mercedesem, a tajską wersją automobilu. Tzn, są pewne podobieństwa. Są terminale, samoloty i obsługa, ale kiedy spróbować z tego dobrodziejstwa skorzystać, cóż.. Wtedy właśnie pojawiają się subtelne różnice. W Niemczech, nawet jeśli nie wiesz nic, nie znasz języka i tak naprawdę marzysz tylko o tym, aby znaleźć własny lot – wszystko wydaje się proste. Z punktu A idziesz do punktu B, wiedziony strzałkami opisanymi ‚hey człowieku idący z A do B! Twoja droga jest TU’; a jak nie skumasz, to masz wokół siebie ludzi, którzy chętnie pomogą.

Nie to, że Tajowie nie mają takich znaków i takiej ochoty niesienia pomocy zbłąkanym turystom. Rzecz w tym, że trudno im ufać… I znowu nie chodzi o to, że źle im z oczu patrzy, tylko oni jacyś tacy są sami nieprzekonani do tego, co mówią. Dość że z angielskim są raczej na bakier (odezwał się rozwydrzony europejczyk) to jeszcze mają swoje pomysły na wszystko. Co jest argumentem aby wejść do strefy bezcłowej? Boarding pass? Skądże, znacznie cenniejszy jest wydruk przypominający bilet, choć nieweryfikowalny. A próba zadania pytania o miejsce czekania na odlot, złożonego z więcej niż 6 angielskich słów kończy się rozbieganym wzrokiem pełnym niepokoju… No i jak tu się nie martwić, czy bagaż doleci tam, gdzie dolecieć powinien…

Obserwacja druga – najlepszym komplementem dla kobiety jest prośba o wylegitymowanie się przy próbie zakupu alkoholu… Co prawda będzie się boczyć, ale za to w sercu miast krwi popłynie miód. Moja próba wytłumaczenia Stewardowi, że to moja własna, osobista żona spaliły na panewce, a jedynym argumentem skłonnym go przekonać był paszport. Odjął kobiecie 9 lat… Gdyby któryś silnik odmówił posłuszeństwa, moglibyśmy polecieć na energii jaką wzbudził ten prosty zabieg komplementacyjny…

Wreszcie… Po raz pierwszy doświadczyłem mitycznego ‚overbookingu’. Na dwie godziny przed odlotem, załoga poinformowała, że przewoźnik sprzedał więcej biletów niż ma miejsc i szuka Ochotników, którzy w zamian za coś więcej niż uścisk dłoni pilota zgodzą się na zmianę połączenia. I co ciekawe, ochotników było wielu… W sumie się nie dziwię, skoro za taką ‚drobną’ uprzejmość można było zyskać voucher na śniadanie, jakiej upominki i – bagatelka – 600€. My się na to rozwiązanie nie załapaliśmy. I nie to, że nie próbowaliśmy. Po prostu naszych lotów nie opłacało im się przestawiać… Cóż… C’est la vie.

Wnioski. Na lotnisku czas płynie wolniej, człowiek męczy się szybciej, a nawet jeśli uda mu się gdzieś przyczaić i zdrzemnąć, to nawet ten sen jest jakiś taki… Ulotny. No nic – najwyższy czas przestać marudzić. Trzeba twardym być, nie miętkim i przetrwać. No nic, do przeczytania, do jutra.

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.