4 - tyle minut czytania

Czas kończyć tę trylogię;-) Część pierwsza o walucie, część druga o złodziejaszkach. Część trzecia będzie najważniejsza. Dotyczy tego, co sam mogę i powinienem zmieniać w swoim podejściu do tego, w co się angażuję i jak panuję nad swoim czasem. O czym pamiętać może każde z nas i co każdemu z nas może ułatwiać codzienność.

Mamy dużo na głowie. Dużo planów, zadań, pomysłów. Często chcielibyśmy zrobić wszystko, najlepiej wszystko na raz. Ale… to nie może się udać. Próbujemy upchnąć jak najwięcej, próbujemy skondensować ile się da, łapiemy wszystkie sroczki za ogon. Nie chodzi nawet o to, że wypełniamy dzień pod korek, ale… tu nie rozchodzi się tym razem o rozplanowanie dnia, ale o zasadę ciut szerszą.

W rzeczach małych, chodzi o to, żebyśmy się nie pozwalali okradać z drobniaków. Bo tak jak z pozornie małych rzeczy można zrobić 1000 złotych w rok, tak z rzeczy krótkich, kilkunasto sekundnowych, robią się rzeczy minutowe. Tak powstają nie tyle zbędne, co złe nawyki, a czas przecieka nam przez palce. Tylko nawet jeśli zdołamy załatać dziury, pytanie brzmi co z tym „uratowanym” czasem zrobimy?

Tego wpisu możesz posłuchać, bo autor bawi się w radio;-)

Wracając do podstaw

Tu wracamy do samego początku mojego zmieniania się, czyli poszukiwania tego, co chcę robić. Gdzie chcę być, na czym mi zależy, co mi jest potrzebne. Jaki jest cel podróży, działania. I czy robiąc wszystko na co mam ochotę, chcąc zrealizować wszystkie swoje pomysły, dotrę właśnie tam i to w rozsądnym czasie.

Jednym z pierwszych efektów tego, że mogę robić to co chcę, jest – wiec mogę robić i to, i to, i to, i tamto. Wszystko mogę. Wszystko chcę. Najlepiej wszystko na raz. Tylko, że nawet jeśli moja energia się zwiększyła i mam więcej ochoty do tego, żeby robić a nie narzekać, nawet jeśli wstanę godzinę czy półtorej wcześniej to… no nie wszystko się da zrobić. Doba wciąż ma tylko / aż 24 godziny, a ja wciąż część muszę poświęcić na pracę i część muszę poświęcić na sen..

Dwa niebezpieczeństwa

Kiedy próbujesz zrobić wszystko i nagle zaczyna brakować czasu, jest kilka możliwości rozwiązania. Zacząć robić wiele zadań po łebkach, wygospodarowywać więcej czasu na wszystkie zadania lub zacząć pewne rzeczy odpuszczać jako mniej istotne.

Robienie po łebkach jest… bez sensu. Nie po to chce robić rzeczy, które chce robić, żeby potem je robić na odczepnego. Przecież to głupie. Robię coś dla siebie, robię to po to, żeby się zmieniać, rozwijać, poprawiać swoją codzienność i mam się do tego nie przykładać?

Druga opcja – znajdować na to więcej czasu. Kosztem snu, kosztem pracy, kosztem rodziny, kosztem czegoś innego… Trochę czasu można wykroić – jak na każde hobby. Ale przestawienie wajchy na tryb „tylko to co robię” bez patrzenia na to, jak to wpływa na najbliższe otoczenie i jakie niesie ze sobą konsekwencje, też jest głupie. Więcej, jest także nieodpowiedzialne. Bo w skrajnościach prowadzi do samych problemów. Zmieniam się dla siebie, ale nie kosztem wszystkich innych.

Robienie wszystkiego ma też jeszcze jedną wadę. Rozprasza od tego, na czym nam naprawdę zależy. Gorzej – nie tylko rozprasza, ale też oddala od osiągnięcia tego zamierzonego celu. Dlatego warto wypracować sobie metodę określenia tego, czego się chce, ile czasu na to mam i mogę poświęcić i czy pozwolę by rzeczy, które mnie do tego nie przybliżają, zabierały czas i energię…

Cel, plan, działanie, korekta.

Odpuszczanie tematów nie jest łatwe, ale jest niezbędne. Weryfikowanie tego na co mam czas, na co znajduję czas, a czego już mi się zrobić nie uda – niezbędne. Widzę to po sobie. Kiedy planowałem pisanie codziennego bloga, to brzmiało jak wyzwanie. Teraz chce znajdować codziennie czas na to, żeby pisać bloga, nagrywać podcast, chwilę pomilczeć, zapisać co mi się wczoraj dobrego przydarzyło, poświęcić chwilę na fb i z tego wszystkiego nie mam czasu.

Brak mi czasu na czytanie książek. Brak na naukę analityki i przygotowanie oferty, która pozwalałaby mi na zdobycie dodatkowego źródła dochodu (nawet malutkiego). Muszę się zastanowić, co jest moim celem i jak chce go osiągnąć, żeby się przy tym nie „zajechać”. I robić rzeczy coraz lepiej, a nie byle jak. Boję się bylejakości.

Będę to sobie jeszcze w głowie układał, żeby się na drobne nie rozmienić.

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.