Skoro pojawia się myśl za długa na twitta, a zbyt krótka na wpis pojawia się pytanie, co z nią zrobić. Zapomnieć? Przeedytować, żeby zmieściła się w 140 znakach? Zakolejkować na lepsze czasy, które nie nadchodzą? Kiedy tych myśli w ciągu dnia zbierze się kilka jest łatwiej, można dla każdej zaplanować akapit, a potem to już jakoś będzie. Dziś atakowały myśli wychowawczo-religijne, a dalej to już tylko moje spostrzeżenia. (więcej…)
Kategoria: O Internecie, reklamie, komunikacji
Wpisy poświęcone komunikacji – tej internetowej, tej telewizyjnej, tej międzyludzkiej. O tym, co zwróciło moją uwagę lub o tym, co moim zdaniem wymaga drobnego wyjaśnienia / rozwinięcia.
Znajdziesz tu garść spostrzeżeń o Facebooku, Social mediach, spamerach (czemu muszą być spryciarzami) a także o tym, jaka reklama mnie zachwyciła.
-
Hejt, hejt über alles
Dziś chyba będzie krótko (chociaż obiecać nie mogę, ale w razie jak by co, to „to się wytnie”) i chaotycznie. Tematem hejt, który dotyka każdego z nas pod każdą możliwą postacią.
Oczywiście, hejt nie jest niczym nowym i rozlewa się po sieci od dawna, w zasadzie powoli zaczyna się z niej wylewać. Nie mniej jednak jedno moje małe spostrzeżenie w temacie, nie uczymy się. Nie wyciągamy wniosków. Zamiast głodzić, karmimy trole. Zamiast ignorować – rechotamy. Czasem półgębkiem, czasem z niesmakiem, czasem nieco zażenowani. Ale to rechot słychać. I oczekiwanie na kolejne pożal się boże riposty.
-
Internet, tu przecież wszystko jest za darmo
Z punktu widzenia użytkownika, w Internet to miejsce w którym wszystko jest, albo przynajmniej było, a przynajmniej może być – za darmo. Dostęp do najnowszych newsów – za darmo, dostęp do śmiesznych kotków, piesków i dzieci – za darmo, dostęp do znajomych i znalezionych przez nich śmiesznych kotków i piesków również oczywiście za darmo. Do komentarzy – za darmo, do zdjęć – za darmo. Do seriali, wydarzeń sportowych, najnowszych filmów, płyt – za darmo. You name it, they’ve got it. And they are giving it for free… Crazy, right? Right.
Co więcej, rozmaitym firmom również zależy na tym, aby wiele tego, za co dotychczas kazali sobie płacić, dawać za free. Choćby po to, abyś tego posmakował. Abyś spróbował właśnie ich produktu. Częściowo takie zachowanie wymusza konkurencja – jeśli inni dają za darmo, to i Ty zapewne będziesz musiał, ponieważ w przeciwnym razie będą korzystać z rozwiązań cudzych, a nie z Twoich. (więcej…)
-
Czy spamerzy walczą ze spamem? I dlaczego to muszą być łebscy goście
Jakie jest najskuteczniejsze, najbardziej efektywne narzędzie do komunikacji i reklamy w sieci? I to takie, które dzięki relatywnie niskim nakładom pozwoli w długiej perspektywie zarobić / osiągnąć najwięcej? Social Media? Mobile? Marketing wirusowy? Jeśli ktoś z czytających myśli źe display, to bardzo źle myśli. Podobnie zresztą jak wszyscy, którzy wybrali coś z przytoczonego wyźej zestawu. Emailing proszę drogich czytających. Choć mamy tyle różności do wyboru, w dalszym ciągu najlepiej działa direct email marketing. A najczarniejsza z mrocznych jego odmian jest spam.
-
Dlaczego piszę bloga, skoro go (prawie) nikt nie czyta?
Musiałem dodać to prawie, żeby nie było przesadniego dramatyzmu. Ktoś czasem czyta. Co prawda prawie nikt nie komentuje, ale widać nie można mieć wszystkiego:-) natomiast wg liczb czytają nieliczni (nazwijmy Was na potrzeby waszego i mojego ego – elita) i czytającym wyjaśnię, czemu piszę.
-
Kolejne przyczyny tego, że nikt nie czyta mojego bloga
W uzupełnieniu notki „czemu nikt nie czyta mojego bloga” bez przesadnych wstępów, szukając powodów tego, że wciąż jeszcze nie zostałem bardzo poczytnym blogerem (choć nigdy nie było to celem mojego pisania, ani nie boli mnie to tak bardzo, jak może wynikać z obu notek;-)
Więc… pierwsze dziewięć powodów już spisałem. Do głowy przychodzą mi kolejne:
Po dziesiąte, bo nie wykorzystuję wszelkich możliwych narzędzi do promocji
XXI wiek jest dziwny (to się nazywa cudowna diagnoza). Jest dziwny, bo wszyscy mogą pisać. Wszyscy mają dostęp do prawie wszystkiego, tworzenie treści jeszcze nigdy nie było tak proste. Jeszcze nigdy nie istniały narzędzia, które pozwalałyby niemal każdemu stać się osobą, którą słuchają, za którą podążają inni. Jeszcze 10 lat temu niezbędne byłoby namaszczenie telewizji. 30 lat temu niezastąpione byłoby radio. 40 – pewnie kronika filmowa. Ale też nawet 10 lat temu wszystko toczyło się wolniej i budowanie swojej „pozycji” trwało dłużej (ale też i miało dłuższy efekt) + trzeba było naprawdę coś umieć / coś potrafić / coś osiągnąć aby być „kimś”. No dobra, przeważnie trzeba było. Dziś? Dziś każdy może, nie umiejąc wiele, walczyć o swój kawałek tortu uwagi społeczeństwa. Każdy może pytać, krytykować, eksponować się. Dziś każdy może wyznaczać trendy dobrego smaku, trendy dobrego ubioru, dowolne trendy. Kluczem wiec nie jest to, czy masz coś co powiedzenia, ani ile warte jest to co masz do powiedzenia (znowu, uogólniam), ale to czy Cię czytają czy nie wynika wprost z tego, czy Cię znajdują, czy nie. I można pomagać w tym, aby Cię znaleźli. Można być aktywnym, dzielić się linkami, chwalić się tekstami, zajmować się rozmaitego rodzaju promocją. Można dbać o optymalizację, można postawić mocno na seo. Są też praktyki mniej „czyste” i „właściwe”, i tych stosować nie należy, choć na kró†ką metę pewnie byłyby skuteczne. Ja działań promocyjnych w zasadzie nie prowadzę – czasem wrzucę linka tu (tt) lub tam (fb) ale wszak poważnymi aktywnościami nazwać tego nie można. Może to błąd.Po jedenaste, bo (prawie) nikt mnie nie zna
W punkcie wyżej udowadniałem, że każdy może. No więc każdy może, ale nie przed każdym ta sama droga. W dalszym ciągu media tradycyjne i odpowiednie budżety są trudne do zrekompensowania samymi działaniami online. NIelicznym (i bardzo zdeterminowanym) się to może powieść, ale nic tak dobrze nie działa, jak znane nazwisko. Znane z telewizji działa najlepiej – po prostu odpowiednia grupa ludzi miała szansę o Tobie usłyszeć, z tego jakaś część będzie Tobą zainteresowana, z tego jakaś część będzie zainteresowana na tyle, aby poszukać Cię w sieci, znaleźć, poczytać i np. wejść w interakcję. Więc, jak już zostanę znany i bogaty będzie mi łatwiej. Ale na całe (wasze) szczęście mi to nie grozi 😉Po dwunaste, bo za mało tu obrazków
Obrazki łatwiej zrozumieć. Obrazki łatwiej ogarnąć. Żyjemy w czasach obrazków, więc obrazkami lubimy się dzielić. Prosta forma, jak swego czasu swoje żarty opisał Jimmy Carr – feed line, punch line, nothing to fuck about. A ja rysować nie potrafię, w memy bawić się też jakoś nie zamierzam (choć być może warto spróbować…) W każdym razie bez obrazków łatwo nie jest.Tyle na ten moment. Do czasu, aż znajdę kolejne powody tego, czemu nikt mnie nie czyta. Tej notki nie promuję. Ciekawe, czy ktoś ją znajdzie;) Jeśli ją znalazłeś, bądź tak łaskaw i zostaw komentarz;-) Nawet tak krótki jak „tu byłem Jasio”.
-
Dlaczego nikt nie czyta mojego bloga?
Dziś wpis z wysokiego C. I jeszcze powinienem dodać, że to nie będzie notka pełna łez i żalów i szlochów tylko próba odpowiedzi na to trudne pytanie – co robię źle. Ale jako że tłumaczy się tylko winny, to chyba jednak muszę ze dwa słowa dodać. Nie mówię o sobie bloger ani nie bloguję dla poczytności. O tym dlaczego piszę choć niewielu mnie czyta, też będzie notka (taki mam przebiegły plan). Nie łudzę się, że czeka mnie świetlana promkowa przyszłość, ale ponieważ lubię, gdy moje ego jest łechtane, przyjemnie byłoby wiedzieć, że ktoś jednak poza nielicznymi krewnymi (którym współczuję z tego miejsca) jednak czasem ktoś tu wpadnie, poczyta, uśmiechnie się i popędzi dalej w swoją stronę. A jednak tego nie robią.
Dlatego, postanowiłem spróbować się zmierzyć z tą trudną materią i odpowiedzieć sobie (skoro nikt inny nie czyta), czemu nikt inny nie czyta. Przystępując do ekspiacji (trudne słowo na pralkę) nieśmiało wymienię swoje okołoblogowe grzechy (te autentyczne i te domniemane). (więcej…)
-
Facebooka (raczej kiepski) pomysł na budowanie relacji
Wkrótce mi się oberwie, że się uwziąłem. Wciąż ten Facebook i ten Facebook i ciągle tylko Facebook. No dobra, mogę pisać o Facebooku, albo nie pisać wcale. A jak piszę, to przynajmniej trochę mi lżej, więc piszę dalej. Taka autokuracja.
Magazyn Brief we wrześniu wydał dodatek poświęcony Facebookowi, a w nim oprócz wielu fantazyjnych liczb i cyferek pokazujący siłę i potęgę Fejsbunia, jest także wywiad z Diego Olivą, regionalnym szefem FB na Europę. W tym to wywiadzie można dowiedzieć się jak zdaniem ludzi Marka zmienia się reklama oraz jak ma się reklama na fb do reklamy w tv. Prosz:
(…) teraz nie tworzymy 30 sekundowego spotu zaplanowanego na 6 miesięcy emisji, który kręcimy i jest gotowy. Trzeba się przestawić na produkowanie setek kreatywnych kawałków, które będą wyświetlane przez kilka sekund na urządzeniach mobilnychj czy na komputerze a potem znikną. Należy też zwiększyć częstotliwość, nie budujemy historii w 30 sekundowym spocie, ale przez setki kawałków połączonych ze sobą (…)
Drogi Facebooku, jesteś co prawda nowym medium, jesteś nową rzeczywistością, ale nie jesteś telewizją, a nawet jeśli to w najlepszym razie niszową telewizją tematyczną. Chociaż może jeszcze inaczej – najbliżej Ci do platformy cyfrowej – udostępniasz swoje pasmo każdemu, kto zapłaci a klient (odbiorca) decyduje co ogląda. To znaczy mógłby decydować, gdyby nie to, że decydujesz za niego.
Proponujesz tworzenie setek kreatywnych historii, które mają tworzyć spójną całość i budować pozycję marki. Tylko że to trochę tak, jakby oczekiwać od widza który przez kilka godzin skacze po kanałach, na każdym zostając kilka sekund, że będzie pamiętać co widział we wtorek 9 września o godzinie 13:27; Pytania na poziomie posłów z komisji śledczej, przed którą niektórzy chcieli nawet zatańczyć i zaśpiewać. Drogi Fejsbuniu, bez szans. Przy tej ilości wszechogarniającego mentalnego spamu, nie do zrobienia.
Nie jesteś też serwisem wideo, aby przed materiałem który chcę obejrzeć wyemitować reklamę. Spróbuj to zrobić, a ludzie trzasną drzwiami szybciej, niż się tego spodziewasz. To co wybaczamy jednym, nie zostanie wybaczone komu innemu. Chociaż znając życie, w pogoni za monetyzacją pokusisz się o to. Aby zobaczyć moją sweetfocię musisz zobaczyć tę 15 sekundową reklamę. Ta, siur, ofkors.
Widzisz drogi Fejsie. Nie jesteś miejscem do tego aby na nim tworzyć historie. Twój pomysł timeline’a dla stron nie zażarł (a miało być tak pięknie). Nie sposób na Twoich łamach wygodnie przeglądać treści chronologicznych (a tego historie wymagają). Oczywiście że mało kto umie historie opowiadać, ale Ty tego zdecydowanie nie ułatwiasz. A jeśli już jakąś historię do opowiedzenia będę miał, to łatwiej zrobić mi to na swojej stronie, w swoim filmiku lub w dowolnym innym miejscu gdzie mam pełną kontrolę nad tym, co opowiadam. A jeśli historia będzie dobra, to Ty drogi FB będziesz jedynie miejscem / komunikatorem dzięki któremu ludzie moją historią podzielą się z innymi. Ale jeśli historia będzie naprawdę dobra, to i fejsbuk nie będzie im potrzebny, bo będą o niej rozmawiać. I to jest efekt, który chcę osiągać. Taki mój mały prywatny święty Graal.
No, to się uzewnętrzniłem.
I jeszcze słówko, które biorę także bardzo mocno do siebie:
-
Kto nam psuje social media?
Ponieważ „social media” może być wiele, wyjaśnię, o które mi chodzi. O te, które towarzyszą nam od chwili, gdy (prawie) wszyscy oszaleli na punkcie niebieskiej literki F. Śmiem twierdzić – taka robocza teoria na moje potrzeby – że „F” był jedynie katalizatorem pewnych zmian, które i tak by się zapewne wydarzyły, wszak działy się swoim tempem. Blogosfera żyła i rozwijała się prężnie, ze znajomymi „gadaliśmy” przez gg, a jak mieli jakieś fajne zdjęcia to wysyłali je nam na maila, łańcuszki też miały się całkiem spoko i nagle pojawił się fejs i wszystko stało się jakby… prostsze. Nagle można było pisać do wszystkich na raz, nagle mogliśmy się dzielić wszystkim co ciekawe, śmieszne i emocjonujące.
Facebook nas rozpieścił. Wszystkich. Tych spragnionych ludzkich relacji. Tych chcących dzielić się swoją pasją – ileż powstało szalonych fanpejżdży tematycznych. Marketerów – tych z firm małych i tych z firm trochę większych. Nagle wszystko miało być miłe, łatwe i przyjemne. Każdy miał wokół siebie tworzyć społeczność, która miała go kochać i miał to mieć na już…. Wielu wciąż w tę wizję wierzy… ale jak przestać wierzyć, skoro
a) tak wielu się udało (znowu nie aż tak wielu, ale ciiii)
b) to tak piękne, tak proste, tak urokliwe… jak fatamorgana… oaza spokoju, raj na nieprzebaczającej błędów pustyni biznesu…Facebook nas omamił. Wszyscy wszystko lajkowali. Wszystko share’owali. Wszystko komentowali. Wszystko widzieli. Było tak pięknie. Aż ktoś zakręcił kurek. Zakręcił z wielu powodów, o tym już pisałem, powtarzał się nie będę. A wśród ludzi popłoch. Tzn wśród niektórych. Bo ci normalni, czyli ta pani i ten pan, wiecie, społeczeństwo – nie zauważyło. Nie wiedzą, że nie widzą. Nie interesuje ich to. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal ;). Popłoch wśród tych, którzy z tego żyją. No bo jak wytłumaczyć szefom, że licznik lubisiów nic nie znaczy? Jak wytłumaczyć, że nikogo nie interesuje byle jaki post? Jak uspokoić spragnionego miłości, że to nic takiego, że nie wszyscy Cię kochają? No jak?
Więc szukamy sposobu, nowego podejścia. Tłumaczymy sobie, że nic się nie stało, że to wciąż piękne, że jeszcze odwróci się los. Jak porzucona kochanka (lub kochanek, w końcu mamy równouprawnienie) łudzimy się, że on / ona do nas wróci, że będziemy żyli długo i szczęśliwie a słupki będą rosły do końca świata i o jeden dzień dłużej. Może będą, ale raczej nie. Tak na 99% nie. Ale póki co, trzeba przeczekać. Znaleźć sposób na to, aby uzasadnić kolejne wydatki. Patrzymy z prawej, z lewej, z góry a czasem nawet i stając na głowie. Wyciągamy średnie, indeksy, mnożniki, dzielniki. Sprowadzamy to, co miało angażować do liczb i cyferek, bo to rozumiemy. A większe od B znaczy lepsze. A mniejsze od B ale jeśli C większe od D do A większe od B być nie może, więc spoko, luz, dobrze jest. Niewdzięczna rola analityka. Dobrać liczby i perspektywę tak, aby wnioski się broniły.
Daliśmy się też omamić big data. Wiemy o nich wszystko, wiemy co do nich pisać. Targetujemy, segmentujemy, automatyzujemy, warunkujemy. Wszystko po to, aby być bardziej skutecznym, bardziej efektywnym. Aby donieść kolejne dobre liczby, aby dzięki tym liczbom wiedzieć, że robimy dobrą robotę. Trochę próbujemy oszukać system. Racjonalizujemy emocje. Marzenia ubieramy w miary. Mam wrażenie nie wiedząc kiedy wjeżdżamy w ślepą uliczkę.
I tu odpowiedź na postawione w tytule pytanie. My psujemy. Ja psuję. Naszym podejściem, naszymi kampaniami, naszymi budżetami, naszą wiarą, że to zadziała.
Nie tędy droga. Choć możemy z Social Mediów* (rozumianych jako Facebook i okolice) zrobić kampanie rozliczane z klików, ale… to mordowanie koncepcji i to już na poziomie przyjętych założeń. Tylko że alternatywą jest, moja ulubiona, praca u podstaw. Znalezienie powodu, argumentu dla którego ktoś ma chcieć z nami rozmawiać. Chcieć do nas wracać. Chęć tracić dla nas swój czas. Bo czas to obecnie najcenniejsza z walut. A nikt nie lubi tracić tego, co cenne.
PS Tekst powstał z luźnej myśli, która czasem człowieka napada, gdy ma sposobność z mądrymi człowiekami się spotkać.
*Czemu piszę z dużej literki… bardzo dobre pytanie;)
-
Facebooku*, so long and thank you for the fish**
Podobno bardzo trendy jest kasować swoje konto na fb. Podobno wynika to z coraz bardziej agresywnej polityki dotyczącej prywatności użytkowników stosowanej przez ludzi Zuckerberga, albo z jakąś mniejszą lub większą wpadką, albo dlatego (ale to chyba przede wszystkim w stanach) że są tam nasi rodzice, a nie koniecznie chcemy by wiedzieli wszystko, czym dzielimy się ze znajomymi. Może nawet to my niekoniecznie chcemy wiedzieć, czym dzielą się nasi rodzice. Co ciekawe, przeszkadza nam to mnie w przypadku naszych pracodawców…
IMNSHO prywatność na fb jest mniej więcej taka sama jak w całej sieci, więc trzeba z tym po prostu życ i rozsądnie dzielić się swoimi danymi, zdjęciami i całą resztą. Wpadki? Cóż.. Nie błądzi tylko ten, co nic nie robi (wybaczcie ten głodny kawałek), więc wpadka jest nieodłączną częścią działania. Z tym też trzeba żyć.
Z czym więc mam problem? Z tym że facebook nie działa. I nie chodzi o to, że się psuje. Chodzi o to, że nie spełnia swojej podstawowej funkcji – nie wspiera komunikacji, nie buduje relacji, nie pomaga w promocji, nie umie dzielić się ciekawymi treściami. W skrócie jest nudny. I co gorsza, jest powtarzalny. Do bólu i do… znudzenia.
Jakiś czas temu, sieć podbijało hasło „kuracja” i był odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki. W skrócie chodzi o to, że w Internecie informacji jest mnóstwo i trzeba je jakoś dobrać… W mediach tradycyjnych robił to za nas redaktor naczelny – jego zadaniem było dobranie tego, co do gazety trafi, a co się na jej łamach znaleźć nie może, bo jest słabe, głupie, błędne. W Internecie każdy sobie sterem, żeglarzem, okrętem więc każdy ma prawo i możliwość wybrania sobie tego, co go interesuje… Tylko źe przy takiej ilości chłamu nie jest łatwo te treści znaleźć i tu lekarstwem miały być wyszukiwarki, agregatory i serwisy społecznościowe… I wszystkie one działają, znowu imnsho, wcale nie tak sprytnie.
Nie wykorzystujemy mocy wyszukiwarek, bo nie zadajamy poważnych pytań. Swoja drogą, też ciekawe, zaryzykuję tezę, że wyszukiwarki zwalniają nas (większość nas) z myślenia. Masz pytanie – sprawdź w google. Masz wątpliwość – google. Nie pamiętasz? Google. Nie znalazłeś odpowiedzi? Zmień pytanie i znowu google. Tylko że google jest dość… jednopłaszczyznowy… A rzadko kiedy takie są nasze problemy… Ale to dygresja. W każdym razie, Google nie daje Ci prawidłowej odpowiedzi, tylko daje Ci odpowiedź, która miała najzdolniejszych pozycjonerów… I niewiele jest obszarów nieskażonych pozycjonerką. Co więcej, google też lepiej od Ciebie wie, czego chcesz i poda Ci odpowiedź, która Ci się najbardziej spodoba. I zupełnie się nie przejmuje tym, że Cię tym samym ogranicza. I ogłupia. I znowu dygresja – google nie poszerzy Twoich horyzontów, bo google (na całe szczęście) nie odpowie Ci na pytanie, którego nie zadasz, czyli nie wypchnie Cię poza Twoją strefę komfortu. Chociaż oczywiście informacji to on ma pod dostatkiem. I jeszcze trochę.
Agregatory treści – czyli wykop i spółka. Coś co ma działać na podstawie społecznego dowodu zaufania. Ktoś za nas decyduje i pomaga nam wybrać te co bardziej smakowite kęski. Niestety, nie bez przyczyny duże serwisy (mam tu na myśli ogólnopolskie portale) karmią nas przetrawioną papką skupioną na seksie, przemocy i katastrofie. Bo to się sprzedaje, bo ludzie tego łakną. Więc, skoro na wykop trafiają rzeczy które zwróciły uwagę ludzi, to czego innego się tam powinniśmy spodziewać jak nie podobnej, choć nieco mniej tabloidowej w formie treści. I – nie oszukujmy się – wcale nie jest łatwo o popularność na wykopie. Bez pomocy ludzi nie wypłyniesz, znaczy się nie wykopiesz.
No i serwisy społecznościowe w tym przypadku tytułowy FB, który ma chyba problem z przetworzeniem ilości treści, którą jest zarzucany. Miliardy profili, miliony fanpage’y, każdy tworzy masę zupełnie miałkiego (no nie ukrywajmy) contentu. W tym wszystkim znowu wygrywają te byty, które albo mają w bród kasy (na fikcyjną promocję, o czym za chwilę), albo takie, które – znowu – żerują najbardziej podstawowych instynktach lub obiecują ajfona bez folii. Facebook postanowił to ukrócić, wrócić do korzeni, postawić na komunikację międzyludzką i to, co (w założeniach fb) nas najbardziej interesuje, czyli słitfocie naszych znajomych, lub słitfocie dzieci naszych znajomych (więc nie ma co się dziwić, że młodsi ludzie stamtąd uciekają). Ale ileż można zachwycać się fociami… Napiszę tę straszną rzecz, ani ja, ani większość moich znajomych nie ma wiele ciekawego do powiedzenia, więc to też sprawia, że fb ma problem, bo nie ma treści, które by mnie zaangażowały, a ponieważ uznał, że trzeba wyciąć treści marketingowe, memowe lub inne, to przestałem dostawać cokolwiek. Może to etop przejściowy, może to katharsis albo etap dostosowywania filtrów, smutniej będzie, jeśli to rzeczywistość, która zostanie z nami na dłużej (pytanie tylko, czy my zostaniemy).
Na Facebooka patrzę też trochę przez pryzmat zawodowy. Próbuję badać zasięgi, analizować czy lepiej działa post z obrazkiem, czy sam tekst, czemu nie nic nie daje publikacja wideo i czemu strzałem w stopę jest dodawanie linku do postu. Próbuję wyciągać jakiekolwiek wnioski z facebookowych insightów, co jest zadaniem nie tyle żmudnym co zbędnym i mniej więcej tak racjonalnym jak wróźeniez fusów przez wróżkę Matyldę. Facebook czasem podaje jakąś tam ładną liczbę (totalnie abstrakcyjną) na poziomie kilku lub kilkunastu tysięcpy zasięgu, ale wystarczy odświeźyć stronę, aby przekonać się, że zasięg to suma aktywności użytkowników i teraz będzue liczona w setkach (jak dobrze pójdzie). Cały czas facebook chętnie teź wskaże, który Twój post generuje zaangażowanie, a im większe zaangażowanie generuje, tym szybciej fb jego naturalny (choć niewykluczone, że zupełnie fikcyjny) zasięg przytnie, po to tylko aby wystawić rękę i z pytaniem „czy zastałem tu jakiegoś cwaniaka?” szybko dobić targu „to daj piątaka”. I nagle, po zapłaceniu tegoż piątaka, cyferki w magiczny wręcz sposób skaczą chętnie do miliona, dwóch, trzech, prawie wcale nie przekładając się na jakiekolwiek wyniki. Ale za to prezentują się dumnie. Płacisz więc, nie widząc alternatywy, i choć to alternatywa żadna! Za piątka kupujesz spokój sumienia, przecież, przynajmniej spróbowałem…
No to co.. Obrażamy się? Aż tak, to nie. Ale widzę, że z roli źródła informacji, którym fb móglłby być, staje się bardziej rozbudowanym komunikatorem, który wyparł gg, tym samym przechodząc dokładnie odwrotną ścieżkę, niż ten jeszcze nie tak dawno najpopularniejszy klient do rozmów tekstowych w Polsce. C’est la vie.
*Facebook był przyczynkiem do napisania tego tekstu, ale jak widać, czepiam się wszystkich:-)
** slowa na wyrost.. ale teź trochę przepowiednia…