3 - tyle minut czytania

Kiedy człowiek wybiera się w ponad tysiąc kilometrową podróż, powinien liczyć, że u jej celu będzie miał conajmniej pozytywną odpowiedź na pytanie, czy warto się tam pchać… Postaram się udzielić takiej odpowiedzi pod koniej tej notki, a w post scriptum zamieszczę dwa austalijskie sposoby na zadawanie bólu przybyszom ze świata zewnętrznego…

Poprzedni wpis zakończyłem na St. Lawrence, miasteczku wyjętym z niskobudżetowego westernu. Kiedy tam zasypiałem, nie byłem pewien czy to bardziej Miasteczko Twin Peaks, czy motel z ‚From dusk till down’. Z jeden strony grozę budziły najprzeróżniejsze dźwięki, które dochodziły nas zewsząd a conajwyżej tekturowe ściany nic nie tłumily. Ani muzyki country, ani niosących się głośnych rozmów biesiadników, ani nawet ciężkich kroków, które odbijały się szerokim echem w wąskim korytarzu w nocnych ciemnościach. Pozostało tylko liczyć na to, że pozostali zmęczeni podróżni nie okażą się krwiożerczą ekipą pod wezwaniem, a nawet jeśli, to że nas oszczędzą… Na szczęście nawet tak zwariowana noc kiedyś się kończy.

Rankiem spotkaliśmy się z częścią hotelowych gości i wymieniliśmy pełne zrozumienia spojrzenia i grupowo uznaliśmy, że pobyt w tym miasteczku zdecydowanie należy zapisać w swoim życiorysie jako ‚once in a life time experience’, co niniejszym robię.

Po szybkiej kawce czekała nas dalsza, blisko 4godzinna podróż. Zaprawieni w boju ‚łykaliśmy’ kolejne kilometry i sporadycznie mijane miasteczka, byle tylko czym prędzej zameldować się w Airlie Beach, nieśmiało powtarzając pytanie postawione we wstępie. Czy to ma sens?

Koło południa dotarliśmy do mety, choć aby znaleźć ‚Club Crocodile’ musieliśmy trochę pokrążyć (jeśli kiedyś będziecie podawać wskazówki dojazdu, sugeruję trzymać się terminologii X metrów od jakiegoś miejsca, lub X metrów za czymś charakterystycznym, gdyż stosujowanie zwrotu ‚X metrów przed czymś, gdzie ktoś jeszcze nie był’, nie jest wygodnym kierunkowskazem). Do zameldowania mieliśmy blisko dwie godziny i skierowano nas na spacer po okolicy. Już pierwsze metry tego spaceru dały nam do zrozumienia, że były to jedne z bardziej sensownie przejechanych kilometrów. Widok taki, że dech zapiera, człowiek dopiero tu zaczyna kojarzyć, co to jest błękit nieba, biel chmur i lazur oceanu. Wow, po prostu wow (na zdjęcia musisz drogi Czytelniku poczekać, ale wierz mi, warto. I nie obawiaj się, nie mam pod ręką photoshopa). Znacie ten dowcip jak przed wodospadem stoją turyści różnych nacji i jeden przez drugiego krzyczy: Wonderfull, Wunderbaum, Trebien, Kak Krasne! a tylko polak z rodziawioną paszczą krzyczy ‚O kur…’; to tu by nie mógł tego wymamrotać, człowiek staje, rozdziawia gębę i chłonie widok… I tak, są szczęśliwcy, którzy ową panoramę mają przy śniadaniu, obiedzie, kolacji, albo na odwrót.

Idę się sycić kolorami, póki mam okazję…

PS Australijskie sposoby zadawania cierpienia, które mogą stać się bronią konwencjonalną, a na pewno skutecznym sposobem krzywdzenia przybyszów. Po pierwsze – australijski jogging. Na wielu filmach widać, jak młodzi lub średni wiekiem amerykanie dbają o swoją kondycję truchtając po przedmieściach wielkich miast. Kluczowe jest jednak to, że biegają po płaskim. Australijczycy mają górki. Bieganie – żaden tam rozczulający truchcik – zaczyna się w dół. Dlaczego? Bo to rozgrzewka. Przed czym? Przed pierwszą górką. I drugą. I trzecią. I kolejnymi. W połowie pierwszej tracisz oddech i tak już zostaje do końca… No i niech ktoś powie, że nie jest to piękna śmierć…

Drugi wymysł australijski? Stworzony wspólnie z azjatyckimi braćmi – Japonki. Made in China, rzecz jasna. Przez nie moje stopy wyglądają, jakby zabawiał się nimi młodociany, nieopierzony chirurg ze skłonnościami sadystycznymi. Czy da się chodzić w pełnych butach? Nie bardzo – za gorąco. A może da się chodzić boso? Też nie bardzo. Wszystko tu się nagrzewa i parzy… Wniosek? Pozostaje pokorne cierpienie w milczeniu przerywane przy każdym kroku kolejnymi odmianami ‚au’, ‚aua’ i ‚auć’…

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.