2 - tyle minut czytania

Wiedziałem, że taki dzień przyjdzie. Taki moment, kiedy siądę przed klawiaturą zmuszony przez własne sumienie i złożoną sobie obietnicę aby napisać wpis na dziś, ale pisać nie będę miał o czym. Taki mało refleksyjny dzień nadszedł dziś – przerażająco szybko.

Na kłopoty są jednak rozwiązania, tak jak na boleści są maści. Moim kołem ratunkowym jest Stefan Niesiołowski, gwiazda polskiego parlamentu, facet oczytany, znający języki, do tego władający polską mową tak, że nic tylko słychać. A potem się czerwienić, czerwienić, czerwienić…

Pan Niesiołowski zdobył w polityce niezłą fuchę – jest (vice)Marszałkiem Sejmu. Mam wrażenie, że on to wice traktuje tak jak Groclin w 2002. roku traktował swoje… To znaczy specjalnie się tym nie przejmując. Pan Niesiołowski słyszał zapewne o zasadzie dziel i rządź i on dziś właśnie w blasku laski marszałkowskiej tą właśnie zasadę wprowadzał w życie. To znaczy przeszkadzał, drażnił i utrudniał jakąkolwiek debatę. Jak cerber pilnował zegara, z gracją słonia w składzie porcelany próbował zaprowadzić w parlamencie porządek, wreszcie kiedy uznał, że co za dużo, to nie zdrowo, jednemu z panów posłów odebrał głos, a kiedy ten postanowił skończyć swoje – trzeba przyznać ciekawe – pytanie bez wsparcia mikrofonu, rozłożył bezradnie ręce, że teraz to on nic zrobić nie może, bo zapadni przecież nie ma. No olaboga, cóż za dowcip, ubawiłem się po pachy. Po pachy pana Niesiołowskiego.

Niestety, tych naszych p…ekhm…osłów nie da się oglądać. Ani słuchać. A jak już się pojawia istotna kwestia, to imć Stefan robi show. Kiedyś marszałek Borowski do posła Giertycha powiedział, że na bycie wielkim politykiem Roman musi poczekać, bo póki co jest tylko wysoki. Niesiołowski nawet wysoki nie jest.

I nie, z żadnym z w/w nie jestem na Ty. I z żadnym z nich nie chciałbym być.

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.