4 - tyle minut czytania

Dziś słów kilka o OFE, życzeniach noworocznych i bieganiu na nartach.

Po pierwsze, bardzo mi się nie podoba to, że pan premier z kolegami koalicji postanowili zapuścić żurawia do naszych kieszeni. Ktoś może powiedzieć, że przecież to tylko 5%, i że to są pieniądze, których i tak nie możemy wydać, bo trafiają na jakieś dziwne konta i różnica jest tylko taka, że zamiast w instytucji o ładnej nazwie OFE trafiają do innego trzyliterowca, czyli ZUS. Mimo wszystko…

Różnice? Po pierwsze pieniądze w OFE są na naszym koncie, a w ZUSie sa na karteczce z naszym nazwiskiem. Czyli niby są, ale tak naprawdę to ich nie ma, bo już zostały wydane.

Po drugie, skoro ZUS już przejada 93% tego co do niego odprowadzamy, to po co mu kolejnych 5% do utylizacji? A właśnie.. w sprawie tych 5%… Jak ktoś z każdej stówy dawał nam 7,3 złote, a teraz będzie dawał nam 2,3 złote, to on nam nie zabrał 5%, tylko 5 złotych, które są znacznie bliżej 70% z tego, co nam dawał.. no ale pan premier będzie się upierał, że tylko 5…

Może jednak warto by tak coś zreformować – np. ZUS (żeby zbierał należne mu pieniądze – a nie bardzo mu na tym zbieraniu zalezy) albo KRUS – żeby to ruszyć.. Ale nie, najłatwiej zabrać te pieniądze, które wpłyną najłatwiej.

Swoją droga, to nieco nienormalne, że partia która wprowadziła podatek liniowy był SLD, a partia która podatki podwyższa, jest liberalna – rzekomo – PO. Swoją drogą, strasznie socjalni ci nasi liberałowie… Strach pomyśleć co będzie, jeśli zdobędą tą swoją większość w izbie niższej i jakie jeszcze rozwiązania gospodarcze mają w zanadrzu. Może liniowy podatek o wysokości 30%? A co! Na papierze będzie wyglądać super…

Wniosek – ja rozglądam się za wyborczą alternatywa w nadchodzącym głosowaniu. I zapewne po raz kolejny mój głos trafi do Janusza-brydżysty-Korwina-szowinisty-Mikkego. Nie, nie jest idealny, ale przynajmniej swoich pomysłów od kilkunastu lat się trzyma i ich broni. I wie, że czerwone jest wredne.

Żarcik z Sylwestra – za rok zapłacimy 1% drożej za szampana, który będzie miał 5% mniejszą zawartość alkoholu:)

Z innej beczki. Dziś po raz pierwszy w życiu stanąłem w szranki z biegówkami. I – któżby się spodziewał – biegówki mnie pokonały. I to wielokrotnie. Ale ponieważ jestem twardy – a na pewno mam twardą rzyć – to po każdym knock-downie wracałem do ringu. Oczywiście tylko po to, aby po chwili znowu leżeć na glebie, doświadczać twardego i zimnego podłoża i podziwiać umiejętności Justyny Kowalczyk. Bieganie na nartach wygląda banalnie, tylko że z normalną jazdą na nartach ma tyle wspólnego, co jazda na nartach ze skokami narciarskimi. I cóż z tego, że masz dwie deski przypięte do butów – Małysza to z Ciebie nie czyni. Biegówki zadały kłam wszystkiemu, co dotychczas wiedziałem o jeździe na nartach. Może poza jednym – jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Na nartach klasycznych, do skręcania przydają się pięty. W biegówkach pięty są luźne, jak portki australijczyka. Próbujesz przenieść ciężar ciała na stopy – leżysz. Próbujesz wstać opierając się na piętach – zanim wstaniesz, znowu będziesz leżeć. Stoisz – dumny z siebie, podziwiasz krajobraz – przenieś ciężar ciała za bardzo na tył – znowu leżysz. Chcesz pojechać pługiem – good luck. Zapomniałem już, jak się człowiek może napocić, jadąc pługiem… Dziś w ciągu 60 minut zdobyłem chyba kilka tytułów mistrza świata w wywijaniu orła na nartach w stylu dowolnym.  Ale nic to, twardym trza być, nie miętkim. Wkrótce drugie starcie. Bo z biegówkami to jest tak (podobno), że człowiek się rusza, póki ma siły. A potem nagle pada. Żadnego ostrzeżenia, żadnego „uważaj zmęczenie”. Jedziesz, biegniesz, padasz. Ja dziś przećwiczyłem przede wszystkim padanie.

Drugie natchnienie noworoczne. W dobie Internetu, społeczności, i bycia wszystkich dla wszystkich bratem łatą, w dobie kiedy mailing nic nie kosztuje, irytujące są wszystkie maile świąteczno – noworoczne wysyłane przez wszystkich do wszystkich. Mam na myśli przede wszystkim maile wysłane przez rozmaite firmy, adminów i tym podobne byty. Wszystkie, co do jednego trafiły do spamu. Co więcej, chyba powoli uczymy się, że nie ma sensu uszczęśliwiać wszystkich znajomych przedświątecznymi lub północno-sylwestrowymi lub świeżonoworocznymi życzeniami sms’owymi. Jak ktoś nas lubi – zadzwoni. Jak ktoś nas nie lubi aż tak bardzo, żeby zadzwonić, to po cholerę ma pisać. Keeping up appearances? Oh please… nie ma obowiązku być przyjacielem wszystkich. Miejmy jaja, miejmy własne zdanie, własny gust i własnych dobrych znajomych. A innych po prostu nie wkurzajmy – w ten sposób wszystkim nam będzie się lepiej żyło.

Czego niniejszym sobie i Wam życzę.

Aha, proszę się nie przejmować, że na blogu jest pusto. W miarę upływu czasu – i czasu posiadania – treści będzie przybywać…

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.