2 - tyle minut czytania

Chyba się starzeję. Lub – jak mówi Michał Ż. – chyba dojrzewam. I jako taki typ się starzejący, nie powinienem chyba szukać radości w oglądaniu filmów dla młodzieży. Chociaż… doprecyzuję – w oglądaniu filmów dla dzieci, bo młodzież teraz ogląda filmy na poważne tematy, takie jak „Galerianki” czy coś…

Opowieści z Narnii – Podróż wędrowca do świtu… na szczęście mój pobyt w kinie do świtu nie trwał. Film – jak film. Baśń, jak baśń. Dla dzieci – jak to dla dzieci. Pewne rzeczy są przesadzone, morał musi być wyrazisty, postaci wyraźnie zarysowane. Film – na szczęście – nie musi mi się podobać.

Być może młodszej widowni się będzie podobać… Dla mnie… za dużo w tym wszystkim kiczu… Z jednej strony realizatorski rozmach, z drugiej wszystko tak paskudnie cukierkowe… I choć to ekranizacja, i nie powinno mnie to dziwić, wszystko w tym filmie jest do cna przewidywalne. Żadnego zaskakiwania widza.. no chyba, że kogoś zaskakuje brak suspensu… Miałem też wrażenie, że producent na siłę wsadził wszystko w „3D”, jakby chcąc tym przykryć całą kiczowatość… Jakby to, że coś jest nakręcone w 3D było wartością samą w sobie…

Lubię od czasu do czasu pójść na zły film. Zły, czyli taki trochę niższej kategorii, taki, który nie udaje, nie aspiruje, nie obiecuje, ale i nie zawodzi, ale przy tym wszystkim doskonale bawi. Opowieści z Narnii w tą kategorię się nie łapią. To po prostu zły dobry film. Czyli taki, który trwoni swój potencjał, gdzie wszystko jest zbyt poważne, by potraktować to z przymrużeniem oka. Co ciekawe, pierwsza część Narnii była „lżejsza”, bardziej zabawna, pełniejsza radości… a może to ja byłem młodszy…

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.