Przychodzi taki moment, że żółw łapie zadyszkę. Nawet jeśli się specjalnie nigdzie nie spieszył, po prostu zabrakło tchu. Miało być łatwiej, miały zostać wyrobione nawyki, wzmocnione pozytywnym sygnałami, miała być wiosna i dłuższe dnie i wszystko to miało czemuś służyć. Przyszedł moment nieuwagi, trochę zmęczenia, odrobina nieregularności i… zawias. 

Moje przypuszczenie jest takie, że trochę się zachłysnąłem. Tym że mogę dorzucać sobie kolejne pomysły. Że dźwignę je sam. Że na wszystkie znajdę czas i na pewno nie braknie mi sił. Że siłą rozpędu zakrzyczę wątpliwości. Że rzeczywistość nie postawi weta i nie zacznie się domagać swojej działki. Brzmi tak, jakby mi zabrakło pokory.
Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi się bawić w radio

Restart

Spokojnie. Bez paniki. To nie jest koniec świata. To jest zawias. To jest czas na ponowną kalibrację, poukładanie sobie tego, czego się chce i jak można do tego dojść. Zamiast marudzić ze znowu nie wyszło, potrzeba wyciągnąć wnioski i szukać miejsca dla siebie.

Komputery kilka lat temu już nas nauczyły. Jak Ci się trafi zawias, potrzebujesz resetu i odpalenia od nowa. Wyczyścić pamięć podręczną, wyrzucić co niepotrzebne z zadań procesora i można znów podbijać świat. Nie wiem czy już jestem na etapie ponownego uruchomienia, czy dopiero sięgam po reset ale… chyba tego potrzebuję. Złapać oddech. Złapać perspektywę. Nabrać znowu ochoty do pisania.

To w sumie niezwykłe, że ostatnia myśl która mi towarzyszyła kiedy kończyłem pisać ostatni tekst brzmiała – i co, jutro znowu od nowa, zapiszesz pusty ekran literkami. To było trochę przytłaczające. Próbowałem uciekać przed obawą wypisania się ze wszystkiego, ale i tak mnie dopadła. Niechęć do tego, żeby myśli z siebie wypluć. Jakbym zapomniał, że w tym wszystkim kluczem ma być znajdowanie satysfakcji, a nie narzucanie sobie kolejnego ograniczenia czy przymusu

Skoro pisanie nie przynosi mi dochodu, to niech przynajmniej przynosi satysfakcję;-)

I po restarcie

Pomysły na teksty znów się roją w mojej głowie i mam nadzieję, że znowu będą to wpisy, którym daleko do samobiczowania się. Co prawda wynikają trochę z moich słabości, ale są układane i mierzę się z nimi po to, aby sobie z nimi radzić. 

Kolejna rzecz – widzę że musze zmienić częstotliwość. Poukładać sobie priorytety. Ponastawiać rytuały. Poczuć znowu frajdę z tego, że wcześniej wstaję, wiedzieć po co to robię. Pilnować tego, co przez te kilkadziesiąt minut mam zrobić. Może spacer… ooo… takie oto kusi. Jutro rano spróbuję zacząć od spaceru. 

Pokora – nie zrobię wszystkiego. Nie ma sensu robić po łebkach. Chcę pisać – bo to jest podstawa. Chcę nagrywać – bo to jest nowe, bo to chyba także Wam daje możliwość poznania tego co mi w głowie siedzi. Nie zrobię tego 7 razy w tygodniu, choćbym chciał. Muszę się dostosować do możliwości. Minimum trzy brzmi dobrze, choć skromnie. Ale trzy teksty plus dwa nagrania brzmi już całkiem nieźle… Zatem taka weryfikacja. Zamiast na złamanie karku, z pewnym spokojem. I może też znajdę czas na uczynienie bloga łatwiejszym w nawigacji. 

Tak… Wiosna czyli zabawa OdNowa. By znowu chciało się chcieć.

Wiem, że mogę.

Coś o czym nie chcę zapomnieć. Zabawa pisarsko gadająca od połowy marca dała mi pewne argumenty. Wiem, że wstawanie wcześniej jest fajne i wystarczy trochę determinacji, aby się działo. Wiem, że mogę pisać dużo i często, teraz dobrze by było jeszcze pisać mądrzej (w kontekście planowania, niekoniecznie w kontekście jakości, nie ma co się łudzić :p ). Wiem, że w tym co nowe drzemie dużo przyjemności i wiem ze chcę na to znajdować czas.

No właśnie, czas… Czasem gryzie w tyłek. Podobno człowiekowi łatwiej, kiedy się dużo dzieje, wtedy się spina i lepiej planuje. Może… ale do tego trzeba mieć świeży umysł. Ja musze poukładać sobie zarządzanie czasem, robić to z większą dyscyplina. Poszukać do tego narzędzi (i to jest kolejny prawdopodobny obszar do opisania na blogu). Zamiast narzekać, że nie mam na nic czasu (a trochę mnie korci żeby tak właśnie powiedzieć), przyjąć, że muszę go sobie lepiej poukładać. I przestać go głupio tracić. 

No… To już wiem co mnie czeka;) A teraz pozostaje mi tylko magia CTRL ALT Delete.

Cholera… na macu to nie zadziała… 😉