4 - tyle minut czytania

Są takie waluty w Internecie, które możesz wydawać bez żadnych kosztów, czy wysiłków. Nic Cię nie kosztują, a mogą wiele zdziałać (choć prawdę powiedziawszy, wiele materialnego za nie nie kupisz). Wbrew pozorom nie są one pochodną Eurogąbek i mają większe znaczenie, niż lajki na fejsie. Nie mają takiej siły zakupowej, jak bitcoiny, ale powinnaś / powinieneś o nich wiedzieć. I z nich korzystać. Czemu? Bo śmiem twierdzić, że mogą przynieść dużo dobrego.

Pierwsza – udostępnienie treści.

Prawie każdy z nas ma jakieś konto na profilu społecznościowym, a w najgorszym razie ma emaila i adresy swoich znajomych. A pierwsza wirtualna waluta jest ważniejsza od kliknięcia w facebookowe „lubię to” czy w twitterowe / instagramowe serduszko. Ważniejsza nawet niż komentarz w treści. I tak po prawdzie nie ma znaczenia, czy sprowadzi się to do kliknięcia w „udostępnij” / „retweetuj” przy jakimś wpisie, czy będzie konieczne skopiowanie adresu z przeglądarki i wklejenie go do swojego profilu, czy też sprowadzi się do bardzo rzeczywistych słów rzuconych prawie od niechcenia „wiesz, niedawno widziałem / czytałem / zetknąłem się z (…). Musisz to zobaczyć, musisz to przeczytać”.

Rekomendacja. Twoja rekomendacja. Twoja opinia. Twoje polecenie. W nawale treści najlepsze co możesz zrobić dla autora dowolnego dzieła jest podzielić się nim (dziełem) z kimś jeszcze. Postawić przy nim swój znak jakości. Kiedy brakuje sensownych źródeł informacji, kiedy brakuje wartościowych redaktorów, Ty możesz stać na straży tego co warto, a czego nie warto czytać. W obliczu lepszych i gorszych algorytmów doboru treści, Ty możesz pomagać promować rzeczy tego warte. (Tak, chodzi mi o kurację;) );

Druga – ocena i opinia dla aplikacji

Jeśli czegoś przybywa w tempie porównywalnym do przyrostu ilości treści, serwisów społecznościowych, materiałów wideo czy start-upów, to aplikacji mobilnych. Ceny spadają, rok mobile już mamy (tak, mamy, choć już nikt go tak nie nazwie – zwyczajnie przyszedł i jest), wszyscy muszą mieć aplikacje. Nie tylko telewizory, samochody czy notatniki. Nawet szczoteczki do zębów. Są aplikacje od wszystkiego i do wszystkiego.

Niestety cała masa jest do niczego i bez sensu, ale o tym twórcy aplikacji nie mówią. Nie mówią też, że aplikacje muszą być po coś i dla kogoś. I nie chodzi tylko o to, żeby były fajne. Chodzi o to, żeby odpowiadały na jakąś potrzebę użytkowników. Nawet najmniejszą. A kto najlepiej wie, czy jakaś aplikacja spełnia taką potrzebę? Jak to kto, Ty. Ty wiesz, czy z niej korzystasz, czy nie. Ty wiesz, czy przy najbliższym czyszczeniu pamięci zostanie na Twoim telefonie / tablecie, czy wyleci bez żalu i wielkiego zastanawiania się nad tym.

Bądź więc tak miły i pomóż innym w dotarciu do aplikacji, która jest tego warta. Oceń ją, zaopiniuj. Dodaj swoje wirtualne trzy grosze do społecznego dowodu zaufania. Zrób to niezależnie od tego, czy aplikacja jest płatna, czy nie. Ktoś się napracował, nakombinował. A coś, co Tobie zajmie ledwie kilkanaście sekund może zaowocować wielkimi rzeczami. Może się na ten przykład okazać, że będziesz bodźcem dla Twórców, żeby dany produkt rozwijać (wbrew pozorom Twórcom chodzi o to, żeby ich cudeńko sprawiało frajdę i było coraz lepsze, a nie tylko gwarantowało dostatnie życie na emeryturze pod palmami). Poza tym, zwyczajnie warto nagradzać dobre rzeczy.

Sprzężenie zwrotne

A złe rzeczy? Dobijać? Niszczyć? Zakopywać? Proponowałbym – komentować. Podpowiedzieć Twórcy, dlaczego wystawiasz mu „lufę”. Co zrobił tak bardzo źle, że nie godzien jest uwagi. Co zrobił tak bardzo źle, że wystawiasz ocenę oznaczającą – trzymaj się od tego badziewia z daleka. Wystawiasz „gorzej niż dno”? Bądź tak łaskaw poświęć jeszcze chwilę, napisz dlaczego. Po co masz pisać, skoro ten debil co to stworzył tego nie zrozumie? A skąd wiesz, że nie zrozumie? Opanował język programowania w stopniu pozwalającym mu na stworzenie aplikacji, jest szansa, ze zrozumie też Twoją opinię i – co ważniejsze – że weźmie ją pod uwagę przy rozwoju tej, lub tworzeniu innej aplikacji. Wbrew pozorom, najwięcej można się nauczyć z opinii krytycznych*. Rzecz jasna z krytyki sensownej i konstruktywnej. Stawianie „pały” bez dania racji nie ma z konstruktywnością nic wspólnego.

– Słowem wyjaśnienia – to, że wierzę w moc konstruktywnej krytyki, nie jest uzasadnieniem ani usprawiedliwieniem mojej wrodzonej uciążliwości. Nie jest też żadną wymówką… Nie jest też dowodem na to, że krytykując twierdzę, że niosę kaganiec oświaty. Krytykuję bo widać taki mam wredny charakter, sam wiem natomiast, że najwięcej, co wcale nie oznacza najprzyjemniej, można się nauczyć z kilku cierpkich słów. Pod warunkiem, że nie są zwyczajnym czepialstwem.