4 - tyle minut czytania

Wytrwać gdy i tym razem ziemia się nie zatrzęsie
Codziennie o zmianie

 
 
00:00 / 8:27
 
1X
 

Na trzy sekundy zagłuszam swoją skromność, zdecydowanie niefałszywą. Na trzy sekundy pozwolę dojść do głosu przekonaniu, że kiedy się do czegoś przykładam, kiedy mi zależy, kiedy chce robić to co robię, robię to dobrze. W tym konkretnym przypadku chodzi o pisanie, w szczególności chodzi o pisanie Niecodziennego. Znam bolączki swojego bloga, znam wszystkie przewiny. Ale na te trzy sekundy je przemilczę.

Bo czasem mam wrażenie, że popełniam dobry tekst. I tak, chyba mogę palcem wskazać, który to. Więc popełniam, publikuje i… nic. Efekt jest mniej więcej właśnie taki, jak bym napisał tekst zły (chociaż może mniej wstydu) albo nie napisał go wcale (chociaż wtedy, jak znam siebie, dojrzewał by w mojej głowie i męczyłby mnie, aż bym go napisał). Tekst napisany, jestem z niego zadowolony, chciałbym żeby ziemia drgnęła. Choć ciut. Ziemia ma na ten temat swoje zdanie.

Internet jak sejsmograf

Uwielbiam Internet za jego reaktywność. Za to, że kiedy coś jest dobre i się ludziom podoba, to ludzie od razu dają temu wyraz w najłatwiejszy i najbardziej wartościowy sposób – dzielą się tym ze znajomymi. Dzięki temu mechanizmowi, kiedy „wypuszczałem coś w pracy” bardzo szybko wiedziałem, czy „zażarło” czy nie. Jak żre, to sieje się jak grypa w przedszkolu (copyright Agnieszka albo Dawid)… i mało jest rzeczy, które daje podobne emocje. Kiedy nie żre… no to widać, że nie żre. Tego się nie da ukryć. Że jest słabo, że tym razem raczej znowu przeciętność, poprawność. I ta cisza w porównaniu z szumem generowanym przy „trafieniu” niemal fizycznie boli. Jest dowodem – to jeszcze nie ten czas. Przy czym jeszcze może sugerować, że „ten czas” kiedyś będzie. W tej kwestii jednak nie ma gwarancji.

Świat zna rozmaite techniki growth hackingu, zdobywania runku i przestrzeni.. gwałtownego wzrostu i tego co przychodzi miło, łatwo i przyjemnie (bo przecież wszystkim innym przychodzi.. dlaczego inni mają a ja nie.. poprawka, dlaczego ci, na których patrzę i na których zwracam uwagę mają, a ja nie… doprecyzowanie kolejne – dlaczego wydaje mi się, że to co inni sprawiają wrażenie mieć, zdobywają bez wysiłku, i teraz mi się wydaje, że ja tez chcę to mieć…). Growth hacking jest spoko, w końcu pierwszy milion też trzeba ukraść. Tylko że… jak pokazuje niecodzienny, ja tak nie potrafię.

Nie rośnie? No i co?

Moja głowa podpowiada, że nie dla mnie droga na skróty. Może na całe szczęście, bo ten skrót to pewnie zadeptany na amen. Naiwnie dość spodziewam się, że trzeba pracy, wysiłku, determinacji, by dać sobie szanse. Trzeba cierpliwości, powtarzalności. Widzieć w sens w tym co się robi, w nauce tego, co się robi, w stawaniu się lepszym. Chyba o to mi głównie chodzi. Być coraz lepszym. Na co dzień.  

We are what we repeatedly do. Excellence, then, is not an act, it’s a habit

mniej więcej tak by to powiedział Arystoteles, gdyby znał angielski. 

Cisza uczy pokory. Weryfikuje motywacje, trenuje determinację. Sprawdza, czy znajdziesz w sobie dość wewnętrznego wrrrrr, żeby grzecznie wrócić do pustej kartki i zapisać ją od nowa. I od nowa. I od nowa. I jeszcze raz. Czy poświęcisz na to swój czas, swoją energię. Czy będziesz czerpał z tego przyjemność. To w sumie dość oczywiste sprawdzenie tego, czy to co robisz jest dla Ciebie ważne. Z determinacją, jak z przyzwoitością, to czy ją masz czy nie widać najlepiej, gdy nikt nie patrzy 😉

Lektura uzupełniająca

I teraz jeszcze dwie rzeczy do uzupełnienia, co ciekawe dość sobie przeciwstawne. Jedną jest „Outliers” Malcolma Gladwella, gdzie przeczytać można, że aby być naprawdę świetnym w tym co się robi, nie ma znaczenia sam talent, ale trzeba na to poświęcić jakieś 10 tysięcy godzin. Bo czy ktoś widział zdolnego pianistę, który nie poświęcił tych wspomnianych 10000 godzin? Z drugiej strony, czy ktoś widział kogoś, kto poświęcił 10000 godzin i nie nauczył się grać na pianinie? Tu chyba kluczowe znaczenie ma jak szybko złapiemy bakcyla, a bakcyla złapać łatwo, gdy nam… łatwo;-) Potem liczy się determinacja.

Zatem kontra – Freakonomics i „the upside of quiting„, czyli korzyści płynące z tego, że odpuścisz, bo nie każda droga kończy się uznaniem i laurami. Może być tak, że droga będzie pełna wyrzeczeń i… tylko wyrzeczenia poznasz. Kwestia znowu – z czego udaje się czerpać satysfakcję. I dlatego niezmiennie, ważne jest wierzyć w to co się robi. Bo nie ma sensu inwestować i męczyć się. 

I jeszcze w uzupełnieniu zarówno dzisiejszego, jaki wczorajszego wpisu o polskiej reklamie, materiał który dziś przykuł moją uwagę:

I ostatnia z myśli – jeśli chcesz żeby ludzie czytali to co masz im do powiedzenia, daj im to. Albo przynajmniej rozważ ułatwienie im dotarcie do tych tekstów. Just saying.