Od ostatniego wpisu na niecodziennym mija prawie miesiąc. Trochę strach sprawdzać kiedy był opublikowany ostatni podcast. I najsmutniejsze jest to, jedyną wyraźną przyczyną tego, że przestałem regularnie pisać jest to, że przyszło do mnie i zaprzyjaźniło się ze mną uczucie… zmęczenia pisaniem. Choć tak naprawdę w rozmowie z samym sobą nazywam tę emocję „rzyg na pisanie”. Taki odruch.

Z drugiej strony, niezmiernie mi tego pisania brakuje. Brakuje porządkowania myśli, brakuje satysfakcji z tego, że blog pęcznieje w treść, brakuje przyjemności z nagrywania nowych tekstów na podcast, bo… to też bardzo lubię. Tylko pomyślałem sobie, że nie chcę odgrzewać starych kawałków, a tych nowych jakoś przestało przybywać. Zaklęte koło.

Swoją drogą, zaraz obok „rzygu na pisanie” leży sobie „rzyg na słuchanie swojego głosu”. Mało kto chyba lubi słuchać samego siebie, a kiedy jesteś jednoosobowym bycikiem internetowym, to nie ma że boli, trzeba sie odsłuchać. No i kiedy się odsłuchujesz, oprócz tego dziwnego wrażenia słuchania swojego głosu, dochodzi jeszcze słuchanie wszystkich mankamentów, wszystkich „yyyyeeeee”, wszystkich manieryzmów… i są takie dni, kiedy to męczy bardziej. I ostatnio tych dni było więcej.

Zaległości

Jest kilka rzeczy, które chce spisać, którymi chcę się podzielić, ale nie znajdowałem motywacji do tego, żeby przysiąść i je z głowy powyciągać. Chowałem się za tym, że nie dojrzałem do spisania, że nie znajdowałem czasu, że nie znajdowałem przekonania, że to jest spisania warte (o tym jeszcze za chwilę). To nie są rzeczy wiekopomne, ale takie, które w głowie się pojawiały i… w głowie zostały. A im dalej w las, tym więcej drwa, tym trudniej mi po to sięgać. I z tego wszystkiego, robiła się coraz dłuższa cisza.

Najlepszy sposób radzenia sobie z zaległościami? Pisać na bieżąco i nie mieć zaległości. Proste? Proste. A raczej prosto brzmi. Tylko, że zaległości biorą się zwykle od tego, że na bieżąco sobie człowiek nie radzi. Kwadratura koła. Równocześnie dobrze by było spojrzeć prawdzie w oczy – jak nic z tym nie zrobie, to zaległości będą tylko rosnąć i tylko trudniej będzie się z nimi zmierzyć. Trzeba przerwać impas. Być też gotowym, ze wpadnę w kolejny. I znowu przerwać impas. I jeszcze raz. Do znudzenia.

Grzechy niecodziennego

Widzę trzy.

Pierwszy to taki, że niecodzienny jest o wszystkim i że bardzo trudno mi tu określić o czym tak właściwie jest ten blog. O czym piszę. O komunikacji? O książkach? O filmach? O ludziach? O rzeczywistości? O czym… no… o wszystkim po trochu. To trochę uniemożliwia ułatwienie komukolwiek obserwowanie go, a raczej danie powodu – czytam niecodziennego, bo tu zdobywam wiedzę / pomysły / rozrywkę. No nie. jakoś nie. To „o wszystkim” utrudnia też ściąganie nowych ludzi choćby z wyszukiwarek.

Drugi to taki, ze zgodnie z reklamą Ace – jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Czyli niecodzienny jest trochę o niczym, bo niczego nie pogłębia, nie rozwija. Jest zapisem moich rozmyślań, moich wizji, moich spostrzeżeń, a ja jeszcze jestem trochę za małą osóbką, żeby się moimi spostrzeżeniami przejmować. Co prawda czasem po latach mogę tekst jeden czy drugi wyciągnąć, ale… może to truizmy. To że o niczym z kolei sprawia

Trzeci to tak, że skoro to jest moje miejsce, moje rozważania, moje obserwacje, moja rzeczywistość, czyli mój blog to… może tu być trochę za mało mnie. To z kolei wynika z tego, że wcale nie mam pewności czy jestem dla odbiorcy ciekawy (to po co piszesz?.. ). Mógłbym też w końcu zrozumieć, że skoro ktoś czyta, to znaczy że ciekawe jest i to powinno zakończyć ten element rozważań. Ale to że mało mnie wynika także z tego, że nie bardzo umiem chyba wprost o sobie pisać. Wbrew pozorom.

Grzechów pewnie jest więcej, rachunek sumienia niepełny, ale skoro z głowy zrzucone, jest mi trochę lżej.

Prawo serii

Prawo serii mówi, że każda seria ma swój koniec. Przy czym, każda seria musi też mieć swój początek. Jak się zacznie, to trzeba tylko ciągnąć. A jak się zatrzyma / zatnie, to można siąść i płakać, albo ruszyć dalej. Więc właśnie próbuję ruszyć dalej. Z pokorą. Z nieśmiałością. Z górą obaw. Niepewny, czy powinienem to wrzucać w „dziennik”, czy mi wypada…

Potem podobno trzeba tylko dodawać kolejne kroczki. Rzekomo to metoda Jerryego Seinfelda – nie przerywaj łańcucha działań, a każdego dnia dodawaj jedno ogniwo.

Ile razy już mówiłem sobie – ten tekst to jutro napiszę. Na pewno napiszę. Na pewno jutro. Jutro… cudowna kraina, w której wszystko się wydarza. Potrzeba więc na przekór. Potrzeba dziś. A że dziś jest pierwszy lipca, to to jest bardzo dobry punkt startu. Głowa lubi ładne daty. Lubi ładne początki. Trzeba sobie pomagać. I nie warto czekać do jutra, bo najlepszy czas jest teraz.

A żeby nie było tak, że nic nie zrobiłem w ostatnim miesiącu, tu możecie posłuchać bajek, które czytam;-)

PS. Uffff… odczarowane…