Nowe Sukiennice – w sumie można by.. ale po co?
W pierwszych słowach tej notki, pozwolę sobie zaznaczyć, że ze mnie dupa, nie kulturysta i na obrazach znam się pobieżnie, to znaczy biegam i patrzę, jak mi się spodoba, to się zatrzymam i popatrzę. A że ostatnio mnie po muzeach ciągają (a raczej ciągać próbują), to i do Sukiennic wparować się udało. Bo nowe, wyremontowane, wypasione i w ogóle... No więc, czy było warto? Yyy... ee... Do Schindlera warto było na pewno... Na pewno warciej było...
Dlaczego? Bo o Sukiennicach tyle się mówi. Że nówka sztuka, nieśmigana. Że po latach zbiory wróciły do Krakowa. Że wystawa wciąga i ma tyle "interakcji". Że jest nowocześnie, nietuzinkowo i wspaniale. No po prostu cud, miód i orzeszki. Tylko jakby bez mleka.
Sedno jest, znaczy się obrazy są. Można je nawet oglądać. Można nawet z plecakiem wejść na sale (choć niechętnie na to patrzą panie pilnujące) - pod warunkiem jednak, że plecak będzie wisiał z przodu. Czemu z przodu? Tego mi nie powiedziano, ale jak nie zawieszę z przodu, to mnie pani wygoni... No dobra, czas się przyglądnąć temu, co to nam kustosz zechciał pokazać. Przy wejściu można sobie zakupić nawet audioguide, który obsługę ma wielce intuicyjną:
Klika pan jedynkę, potem jedynkę, potem zielone, znowu jedynkę i jedynkę. Potem wpisuje pan te cyferki co to są przy obrazkach i pan słucha. Jak by się pan zgubił (w tych jedynkach chyba) to koleżanki na salach pomogą.
taką instrukcję usłyszałem przy wejściu i już wiedziałem, że będzie dobrze. Wchodzę na salę, dopadam pierwsze dzieło, wklepuję ten ciąg jedynek a potem wartość podaną przy opisie i... cisza. Hmm.. jako, że audioguide pozwala na wprowadzenie 5 cyfr, a przy opisach są tylko 3, wpisuję 00 i te trzy cyfry i... cisza. Więc idę do pani opiekunki sali z pytaniem o co chodzi, dlaczego nie słuchać i jak to możliwe, że już zepsułem... No więc nie zepsułem. Po prostu tylko te obrazy, które mają przy opisie słuchaweczki, mają nam "coś do opowiedzenia"... Dobra. W tym miejscu zaznaczę, że mniej więcej co 10 obraz ma takie słuchaweczki. Jak się szybko okazało, nie wszystkie obrazy ze słuchaweczkami mają dograny opis "standardowy" a posiadają jedynie nagranie "dla dzieci". Po przesłuchaniu jednego z nich, postanowiłem polować już tylko na standardowe, po przesłuchaniu standardowego, przestałem polować. W trosce o własne zdrowie psychiczne.
Obrazów, jak to w galerii, naciupciane na metr kwadratowy do przesady. Światło - beznadziejne, bo zamiast oświetlać - odbija się od płócien i utrudnia oglądanie. Opisy - szczątkowe. Kto namalował, kiedy, na czym i jaki tytuł. Jakaś myśl w układzie na ścianach? Jakaś kolejność? Jakiś zamysł artystyczny? Niezauważalny dla tak niewprawnego oka jak moje. Na prawdę, brakowało mi tego, żeby zostać porwany w jakąś historię, w jakąś opowieść, której ilustracjami były by wielkie dzieła malarskie. A tu? Możemy sobie obejrzeć Rejtana Matejki, Ashauera Gottlieba, Kuszenie św. Antoniego i... pantofle muzealne. Serio, serio. W gablotce. Z opisem. I dzięki temu, jestem lepiej zorientowany z czego zostały owe pantofle muzealne zrobione, niż kto świętego Antoniego kusił.
Sukiennice miały być multimedialne, tylko że tej multimedialności nie widać. To znaczy podobno są jakieś małe telefoniki, które można dostać przy wejściu, z pomocą których można zobaczyć więcej, niż same obrazy, a wszystko przy dziwnych stojaczkach, które żadnego opisu nie mają... No cóż, przy wejściu o telefonikach nikt nie wspomniał, a sądząc po ilości ludzi, którzy te aparaciki trzymali (żadnej takiej osoby nie widziałem) nie byłem jedynym poszkodowanym. Jak by to powiedzieć... jak się nie będziecie chwalić, to się ludzie nie domyślą...
Na koniec zostawiłem sobie smakołyk. Jednym z najważniejszych (a na pewno najbardziej znanych) dzieł, które można w Sukiennicach zobaczyć, jest Szał Podkowińskiego.... I wszystko jest w zasadzie dobrze, jest obraz, jest ściana, jest fajnie:
Ale jakby komuś przyszło do głowy zobaczyć go na wprost, to...
To już nie jest to ani tak proste, ani tak oczywiste. Może więc nie mieli miejsca... Może nie wszystko może "oddychać"... Cóż.. jak by to ująć... powiedzieć... przedstawić... Jak kto śpi, to mu przeszkadzać nie należy...
i pieska nikt i nic zasłaniać nie powinien... można i tak.
Prawdę powiedziawszy, po szerokiej i ciekawej kampanii outdorowej, spodziewałem się więcej. Spodziewałem się innowacji, rewelacji i wrażeń, które będą zapierały dech w piersiach. Dostałem klasyczne muzeum, które zachwytu choćby chciało, nie wzbudza. No bo jak może zachwycać, skoro nie zachwyca? Klasyczne już nie wystarczy... i choć dzieła są z przeszłości, to cała, w tym i muzealna rzeczywistość poszła do przodu. Sukiennice zostały tam, gdzie były.
Kto żyw – niech gna do muzeum
W dobie narastających wymagań klientów, zachwytów nad warszawskim Muzeum Powstania Warszawskiego oraz przy zachwytach nad projektem muzeum II wojny światowej w Gdańsku, 10 czerwca otwarta została w Krakowie Fabryka Schindlera, ze stałą wystawą - Kraków w czasach okupacji. Komu się nie chce czytać więcej, powiem krótko. Niezależnie od tego, czy jesteś pasjonatem historii, czy kręci Cię wojna i czy lubisz kulturę, Fabryka Schindlera to pozycja obowiązkowa. To niewątpliwe Must See. To miejsce, która otwiera oczy szeroko zamknięte.
Można wejść tam tylko na chwilę, albo spędzić tam długie godziny. Można oglądać Kraków z przed półwiecza, można zadumać się nad wspomnieniami dzieci, które doświadczyły wojny i okupacji. Można lepiej, niż na stronach podręcznika, zobaczyć, a nawet poczuć wydarzenia z września 1939roku i tych, które po wybuchu wojny nastąpiły.
Zobaczyć Kraków w swastykach, wytapetowany w obwieszczeniach Trzeciej Rzeszy, wizytowany przez Adolfa... Flagę Zdobywców zatkniętą nad Wawelem czy posadzkę w nazistowski wzorek... To wszystko jest bezcenne i zmusza do refleksji. To przestroga, to nauczka, to także punkt odniesienia, do wszystkich problemów, które uznajemy za ważkie, kluczowe czy nawet decydujące o naszym życiu.
Obraz, który na długo zostaje w pamięci:
Więcej o muzeum i wystawie znajdziecie na stronach MHK; I raz jeszcze powtórzę. Dla wszystkich Krakusów, to pozycja obowiązkowa. Zobaczycie Kraków, jakiego nie znacie... jakiego nie chcecie znać... Jakiego nigdy byście sobie nie wyobrażali...
Being Down Under – nieco inne muzea
W dzisiejszej notce: Rzut oka na miasto. Bo takie widoki robia wrazenie...
Jesli chodzi zas o aspekty kulturalne... Postanowilismy dowiedziec sie czegos wiecej o Australii i dlatego wlasnie wybralismy sie do muzeum. Trzy pietra poznawania roslinek, chrzaszczow, zolwiow, kangurow, samochodow, rowerow (ciekawy eksponat - rower strazacki dla czterech ratownikow (w podwojnym tandemie 2x2 [prawie 4x4 :D] - z przyczepka pomiedzy i wezem ciagnietym za soba...) jesli nie potraficie sobie tego wyobrazic - zerknijcie do galerii na końcu posta.
Co dalej... Dalej byly tez wypchane zwierzatka, weze w formalinie, materialy audiowizualne i wszstko to, czego w muzeum mozna sie spodziewac. Czego sie nie spodziewalismy? Mikroskopow dostepnych dla kazdego. Tak wlasnie - sa stanowiska, do ktorych zwiedzajacy moze sobie podejsc, i obejrzec w doskonalym powiekszeniu muche, motyla, mrowke czy jakiegos innego owada, a jak sie wykaze odpowiednia pomyslowoscia, to nawet wlasna obraczke moze sobie kilkadziesiat razy powiekszyc. Wszystkie rysy widac:P
Sa tez monitory, na ktorych mozna ogladac to, co nad czym siedza pracownicy badawczy muzeum. Taka troszke permanentna inwigilacja. Sa tez stanowiska przeznaczone specjalnie dla dzieci - na trzech pietrach sa postumenty, na ktorych mozna odrysowac rozmaite ksztalty, a po obejsciu calej wystawy ma sie przed soba caly kilkunastoelementowy rysunek. Frajde sprawia to nawet nieco dojrzalszym zwiedzajacym.
Wiele eksponatow jest do pomacania, do zabawy, do wlasnego doswiadczania. Mozna na przyklad poczuc sie jak nietoperz - przymierzajac i machajac skrojonymi na wzor nietoperzowych skrzydel. Jest okazja aby porownac sie do najwyzszego czlowieka w historii (2.7m), najwyzszej kobiety (2,3m) ale tez hobbita (1m). Mozna sobie obejrzec czaszke walenia, ktory choc mial przed soba jeszcze troche dorastania, leb mial o przekatnej 4 metrow... i tak dalej, i tym podobne...
Najwieksza przyjemnosc czekala nas jednak w muzeum techniki. Kilkadziesiat stanowisk kazde traktujace o jakims zjawisku techniczno fizycznym. Mozna bylo zrobic burze w rurze, ZOBACZYC fale dzwiekowa (na wodzie), bawic sie z roznokolorowym cieniem, sprawdzic jak dlugosc ramienia wplywa na latwosc w podnoszeniu ciezarow, przekonac sie, ze gramofon musi miec okreslona predkosc katowa, zmierzyc sie w pojedynku biegowym z gepardem, zobaczyc jak pracuje nasz szkielet kiedy jedziemy na rowerze, stac sie przewodzicielem pradu...
Poczytac brailem, zagrac w trojwymiarowe kolko i krzyzyk, wejsc do tunelu ktory zaburza orientacje, polozyc glowe na polmisku z jabluszkami, dowiedziec sie, jak szybko leci wyrzucona pilka, uslyszec konkretna czestotliwosc, dotknac pioruna i wreszcie poczuc sie jak dziecko...
Jesli ktos tylko bedzie mial okazje - polecamy. Zabawa przednia. Caly dzien mozna tam spedzic i szalec, szalec, szalec...
Wszystkie zdjecia wykonane niezmiennie niezawodnym Nikonem D90 ( i za ta reklame naprawde nikt mi nie placi...)




