Pierwszy Fotospacer 2011
Wszyscy wiedzą, że czasem najważniejszy jest pretekst lub okazja. Warsztaty Sztuki Fotografii zaprosiły amatorów fotografii z Krakowa na spacer w 70 rocznice utworzenia getta w Krakowie. Dzięki temu, można było się czegoś nowego dowiedzieć, a co ważniejsze, wyżyć nieco artystycznie. Efekty? No takie jak widać poniżej:)
Pizza – smacznie, prosto i w domu
Lubię pizze. Dotychczas przepis był banalnie prosty. Mam ochotę, biorę telefon i zamawiam. Po jakichś 45 minutach dzwonek do drzwi ogłasza mi, że przepis znowu okazał się dobry. Ale ponieważ lubię sobie życie komplikować, zrobiłem tak... Potrzebowałem:
- Mąka - jakieś pół kilo. Dużo, owszem, ale i pizzy będzie trochę - tak mniej więcej na cztery mało/średnie.
- Drożdże - około 10g żywych (połowa tego, jeśli z proszku)
- Około 300 mililitrów ciepłej wody
- ćwierć szklanki mleka
- ćwierć szklanki oliwy z oliwek
- ser - w zasadzie dowolny, do zapieczenia
- łyżeczka soli,
- łyżeczka cukru pudru
- Trzeba pamiętać o tym, z czym pizzę lubimy, czyli składniki według Waszego uznania
- zioła
- Sos pomidorowy (można wykorzystać ten z przepisu na lasagne, jeśli ktoś nie pamięta - kilka cebul, kilka pomidorów, oliwa do smażenia, przecier pomidorowy, czosnek, pieprz, sól, - oliwa na patelnię, do oliwy wrzucamy pokrojoną cebulę, po chwili dodajemy czosnek, potem pomidory, potem przecier, potem pieprz, sól; zostawiamy, aż dojdzie [do siebie]; jak sprawdzić czy doszło? łyżeczką nabrać odrobinę i z tą odrobiną trafić do buzi; własnej).
Ciasto:
Drożdże rozdziabdziać (mało fachowe określenie - rozdrobnić placami) z dwiema łyżkami stołowymi ciepłej (letniej) wody. Do nich dolewamy wodę z cukrem pudrem, niech sobie drożdże podjedzą. Odstawiamy na chwilę.
Do miski (dużej) wsypujemy mąkę i sól - przemieszamy. Po odczekaniu chwili, dolewamy do mąki miksturę drożdżo-wodną. Ugniatamy aż uzyskamy ciasto. Dolewamy mleko, dolewamy oliwę, ugniatamy aż będziemy mieli w zasadzie gładkie ciasto, albo będziemy mieli w zasadzie dość. Jak będzie za rzadkie - dodajemy mąki. Ciasto należy z miski wyjąć, podsypać mąką, uformować, odstawić na 15 minut do ciepełka (myśl na dziś - drożdże są jak kobiety, lubią jak jest im ciepło i jak o nie dbamy pieszczotliwie do nich mówiąc i sprawdzając czy niczego im nie brak). Ciepełko to nie piekarnik. Ciepełko to temperatura około 20 stopni pod szmatką. I nie podglądać! Po 15 minutach dzielimy ciasto na równe, około 120 - 150 gramowe porcje. Robimy z nich kule, odkładamy na 30 minut do ciepełka i pod szmatkę aż urosną - tzn aż będą takie dwa razy większe niż są teraz. Ciasto gotowe.
Piekarnik rozgrzewamy na 240 stopni - czy coś koło tego. Ciasto rozgniatamy albo rozwałkowujemy na płasko - każdy kto widział kiedyś pizzę wie o co kaman. Smarujemy oliwą, zwłaszcza brzegi. Na spód dajemy sos, na sos dajemy to co lubimy na pizzy - ja akurat dałem trochę szynki, oliwek, pomidorów (ślinka cieknie, c'nie?). Nie obciążamy brzegów, wszystko co dobre jest w środku. Na wierzch kładziemy ser, posypujemy ziołami, parmezanem. Wkładamy do rozgrzanego piekarnika na środkowy pułap na około 10 minut (chyba, że ktoś lubi węgielek). Wyjmujemy, kroimy, czekamy na zachwyty zgromadzonej publiczności.
Smacznego :) Dajcie znać, jak Wam poszło. Mi poszło tak:
Co zrobić z ciastem którego nie wykorzystamy tego samego dnia? Można podzielone już porcje wsadzić do lodówki, następnego dnia wyjąć, uformować kulę, odstawić żeby się ociepliło i dalej postępować dokładnie tak samo, jak w przepisie stoi.
Being Down Under – kilka zdjec z Airlie Beach i WhitSunday Islands
Na poczatek odrobina prywaty. Wydaje mi sie, ze podroz powrotna (1124 km w ~13h, ze srednia 90km/h w kraju ktory nie ma nic wspolnego z Niemcami) jest calkiem niezlym personal best. Tym bardziej, ze przyszlo mi jechac pod prad.. caly czas;) No i wreszcie zrozumialem o co chodzi Clarksonowi z tymi przyczepami campingowymi.. To troszke tak, jak z dowcipami o Garfieldzie. Smiesza wszystkich, ale prawdziwe ich znaczenie doceniaja jedynie wlasciciele siersciuchow. I tak samo jest z tym nieszczesnym "karawaningiem". Dopiero kiedy na dluzszej trasie przychodzi czlowiekowi cierpliwie wlec sie za taka przyczepa, rozumie dlaczego TopGear'owi prowadzacy maja ochote zniszczyc wszystko, co z tym jest związane...
Zanim jeszcze zdjecia, slow kilka o drogach. Po pierwsze, wcale nie sa rewelacyjne, po drugie wcale nie sa szerokie, po trzecie strasznie sa glosne. Szum przeokrutny.
A kiedy przyjdzie wieczor, slonce zachodzi i w ciagu doslownie kilkunastu minut robi sie ciemno... Wtedy dopiero robi sie zabawnie, bo a) jedziesz z predkoscia 80 - 110 km/h, b) w odleglosci kilkudziesieciu metrow od Ciebie jedzie kolejne auto, c) drogi sa nieoswietlone i wreszcie d) z kazdej strony moze zaatakowac Cie kangur. A te wszystkie cudowne australijskie znaki ktore opisalem wczesniej? Well... totalnie niewidoczne, za dlugie do przeczytania przy takich warunkach i czasem nastawionych jest kilka w jednym miejscu - totalny absurd. Nocnej jazdy po Australii zdecydowanie nie polecam.
Ostatnie spostrzezenie odnosnie australijskich kierowcow. Z jednej strony super zdyscyplinowani, jak wspominalem, nie wyprzedzaja kiedy nie ma do tego warunkow, nie przekraczaja predkosci i uprzejmi sa w zasadzie do bolu. Co prawda uwielbiaja skrecac bez sygnalizacji, wjezdzac przed Ciebie gdy nie ma tam miejsca, nie potrafia przewidziec ze lewy pas zaraz sie skonczy i trzeba wpuscic jadace tam samochody, i kiedy zjezdzaja z glownej drogi, w zasadzie nie interesuje ich to, ze ktos moze jechac z naprzeciwka. Przeciez zdaza... a ta dluga przyczepa ktora za soba wleka.. coz.. sciesniaj, sciesniaj... A najciekawsze jest to, co robia w miescie. Ograniczenie predkosci do 60km/h, swiatla, zielone a ci rura do przodu, kto pierwszy. Dobijaja do 60tki i hample.. kto ich tu tego nauczyl?
A teraz czas na obiecane zdjecia... Kilka obrazkow z Airlie Beach:
Wszystkie zdjecia zrobione zostaly niezawodnym i niepowtarzalnym Nikonem D90 (naprawde mi za to nie placa:P ) Jedyna wada (?) Nikona jest to, ze ten akurat model nie jest wodoodporny.. ale za to dzielny jest:)
Jakby się ktoś pytał – Zima…
W teorii, jest prosto. Jest zimno, śnieżnie i mroźnie. Wszyscy mają czerwone policzki, spierzchnięte usta i zakutani są tak, jakby się wybierali na biegun północny... W tym roku praktyka postanowiła znacząco odejść od teorii...
Jeszcze kilka dni przed świętami, było biało i mróz szczypał tu i ówdzie. Potem przyszła wiosna, zrobiło się gorąco i cały śnieg trafił szlag... w zamian za to zobaczyliśmy całą gamę kolorów jesiennych... zresztą, sami zobaczcie:
Co więcej, najprzyjemniej oglądało się zdecydowanie niebo...
A najwięcej radości z takiej pogody miała młodzież.. całkiem młoda młodzież, która postanowiła wybrać się na grudniową wycieczkę rowerową... No ale cóż, nikt młodzieży nie obiecywał, że czeka ich wyjątkowo prosta droga...
Ja bym chyba jednak wolał trochę zimy tej zimy jeszcze zobaczyć...
Bombkowy wieczór
Święta święta i po świętach... no prawie:) Ale skoro się zaczęły, na pewno się skończą szybciej, niż może nam się wydawać. I wtedy właśnie przydadzą się zdjęcia, żeby móc powspominać sobie te przyjemne chwile...
Dla mnie święta to przede wszystkim choinka, a choinka to także bombki... tak sobie myślę, że dzisiaj zamiast słów, wystarczą zdjęcia;) W końcu trzeba zachować siły na dalsze świętowanie;)
Zatem raz:
i dwa...
Zatem dalszych Bombkowych świąt;)
PS. i co z tego, że to ta sama bombka.. ładna jest:P
Jesień przyszła…
Jakiś czas temu było sobie lato, potem pojawiła się zima, wreszcie jednak - nieco spóźniona, ale jednak wyczekiwana, pojawiła się w Krakowie jesień... Korony drzew ktoś pozłocił i tym skarbem postanowił podzielić się z nami, pozłacając też ulice i chodniki...
Najpierw zobaczyłem nieplanowanego autostopowicza:

Potem czekała mnie przeprawa w iście złocistych okolicznościach...

a na samo zakończenie złota korona rozbłysła nad najsłynniejszym krakowskim kopcem:

Nie ma to tamto, jesień przyszła, czy nam się to podoba, czy nie.. Ile u nas zostanie.. czas pokaże, ale na pewno zdążymy posłuchać tej piosenki jeszcze nie raz...
ps. Właśnie się dowiedziałem że zmarł Maciej Rybiński.. fuuuuuck... :(





