5 - tyle minut czytania

Zdarza się Wam czasem tak, że siedzicie w pociągu, przy oknie, gotowi do odjazdu. Uwagę czymś macie zajętą, kątem oka widzicie ruch za oknem spodziewacie się, że właśnie ruszyła maszyna po szynach ospale i nagle się okazuje, że owszem ruszyła maszyna, ale nie Wasza, tylko odjazd pociągu z innego peronu dał Wam poczucie ruchu. Wy siedzicie nadal w tym samym miejscu.

Zwodnicze uczucie. Zresztą ma miejsce nie tylko w przypadku pociągów;) Do tego, aby zrozumieć swój błąd, potrzeba punktu odniesienia. Trzeba zrozumieć w jakim układzie człowiek się znajduje. Gdzie gwiazdy, a gdzie ich odbicie. Moim punktem odniesienia stały się dwie rozmowy, oddzielone od siebie od niespełna 12 godzin. Dwie zupełnie różne osoby, dwa zupełnie różne światy, dwa wcale nie odległe od siebie pytania, wcale niełatwe wnioski.
Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi się bawić w radio

Więc co chcesz robić za 5 lat?

Myślałem, że to już mam przećwiczone. Że już jestem taki cwaniak za piątaka. Że znalazłem swoją sprytną odpowiedź, popartą sprytnym podprowadzeniem i teraz już będzie tylko „brawo, brawo”. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w połowie mojej opowieści jak to w drodze do Pragi doznałem rewolucji w trzewiach i olśnienia na swoją miarę dostałem zwrotkę – nie no, wszystko pięknie, ale co będziesz robił za pięć lat.

Nie słyszałeś? Słyszałem. Tylko wciąż nie wiem, co będziesz robił za pięć lat. Wciąż nie wiem, w jaki sposób to co robisz teraz, różni się od tego co robiłeś pół roku temu i w jaki Twoim zdaniem sposób, to co robisz teraz rzekomo przybliża Cię do czegokolwiek. Nie, tego rozwinięcia nie było, ale przypuszczam ze taki był sens pytania. Pewnie zasadny.

Za nim na dobre zdążyłem się pozbierać po tym, poukładać myśli, pozbierać je w jakiś konkret, zabezpieczyć swoje tyły, kilka godzin później dostałem drugie, równie proste pytanie

Czy wiesz, że to co robisz, robisz źle?

Odjęło mi mowę. Nie otrząsnąłem się jeszcze po pierwszym knockdownie, a znowu muszę zbierać się z desek. Oba strzały celne, oba od osób, które dobrze mi życzą. To nie były „power punch”. To nie były wielkie, latami ćwiczone prawe sierpowe. To były lekkie, cucące plaśnięcia w policzek. A ja leżę. 

Aż tak bardzo się pomyliłem? Tak bardzo uwierzyłem w energię wynikającą z rzekomo wprowadzanej zmiany, że uznałem że samo to wystarczy aby ruszyć się z odrętwienia… Że gdzieś zacząłem iść.. a tu się nagle okazuje, że jedyny ruch jaki ma miejsce, to ziemia uciekająca spod nóg.

Przez cały dzień chodzi mi po głowie chęć żeby odpuścić. Wrócić na swoje miejsce. Do szeregu. Wyrównać. Przyznać się, do pomyłki. Gdybym ten fragment wpisu czytał, to tu właśnie łamał by mi się głos. Rezygnacja to tak oczywiste rozwiązanie. Kuszące. Niezwykle kuszące. Równocześnie tak proste. Przestać jest znacznie łatwiej niż zacząć. Przestać, jest nawet łatwiej niż trwać. Zamiast pisać, udawać że zmieniam, nie robić nic. Może od czasu do czasu pomarudzić.

Nie rzucam ręcznika

Tylko że łamiący się, drżący głos, to dobrze znane uczucie bezsilności i towarzysząca jej frustracja. A tej parki mam dość nawet bardziej. I mam też jeszcze jeden powód… Nie umiem inaczej i nie chcę inaczej. Niecodzienny w codziennej formie nadal nie jest projektem internetowym nastawionym na podbijanie blogosfery.

Niecodzienny codziennie jest moim sposobem na to, żeby się wziąć w garść. Piszę, bo to jest mój sposób na radzenie sobie z emocjami. Są tacy, którzy się wyżywają na siłowni. są tacy, którzy szarpią struny, albo sprzątają. Są tacy, którzy odreagowują latając na szmatach albo odkręcają manetkę na maksa na motorze. Ja piszę. Czasem w głowie wyjąc pisze. Czasem nie umiem wydobyć z siebie sensownego słowa, a potem siadam i piszę. Bo nie umiem inaczej.

Czy chcę być czytany? Czy chcę się trochę otworzyć – tak, chcę. Tak, chciałbym. Ale znam swoje miejsce. To co robię, robię dlatego, że tak czuję. Drogi czytelniku wybacz – robię to dla siebie. To moja autoterapia. Jesteś tu mile widziany, ale… zrozum, nie umiem inaczej. Może gdzieś kiedyś w innym miejscu i w innym czasie będę potrafił pisać pod frazy, pod wyszukania, pod inne gusta. Może wtedy się przekonam, czy dobrze się z tym bawię czy nie. 

Czy pisałbym, czy gadałbym gdyby nikt nie czytał, nie słuchał… Są takie miejsca w sieci i takie moje teksty, których prawie nie czyta nikt, nikt ich nie znajduje, nikt ich nie szuka. Są i będą. Podobnie z fotografią, którą robię dla siebie. Mam za sobą ponad 10 lat, kiedy mnie nikt nie czyta, nikt nie słucha, nikt nie komentuje. Będzie mi z tym źle, będzie mi z tym przykro, będzie mi z tym ciężko, ale nie oddam. Nie odpuszczę. Nie dlatego, że jestem taki chojrak. Ja po prostu inaczej nie umiem. Muszę po swojemu. Muszę bardzo małymi krokami. Zazwyczaj mocno dookoła. Rzadko kiedy do celu.

I tak oto na niecodziennym powstał wpis numer 400. Chyba gdzieś po drodze nauczyłem się tego, że piszę głównie siebie.