Czy bycie bateryjką to nasza przyszłość 7 - tyle minut czytania

Chyba wszyscy lubimy zerkać w przyszłość. Sięgamy po prognozy pogody, horoskopy, przepowiednie. Snujemy plany, lubimy przewidywać, co też bliska lub daleka przyszłość nam przyniesie. Mamy tendencję do widzenia przyszłości raczej w jasnych, różowych barwach. Bagatelizujemy to co nieprzyjemne, minimalizujemy ryzyko i prawdopodobieństwo wystąpienia nieprzychylnych nam zdarzeń losowych.

Mam na to jakiś dowód? Żadnego. Ale taki oto eksperyment wykorzystał reklamie amerykański ubezpieczyciel:

Bierzmy poprawkę na to, że to reklama i nawet jeśli eksperyment nie został odpowiednio „podprowadzony” to reklamodawca chciał osiągnąć taki, a nie inny efekt. Ale i tak śmiem twierdzić, że dość łatwo przychodzi nam myśleć że przyszłość niesie to, co dobre. Nie zostawiamy sobie miejsca na czarnowidztwo.

I wtedy wchodzę ja. Nie koniecznie na pełnej k…ontrze, ale z czterema elementami, które w przyszłości mogą nam trochę pozgrzytać.

Sztuczna inteligencja

Dwa z nich związane są wprost z technologią. Wraz ze wzrostem mocy obliczeniowej komputerów, spadkiem ceny jednostek obliczeniowych i rozwojem algorytmów (ewolucyjnych, rozproszonych i uczących się) jesteśmy coraz bliżej stworzenia sztucznej inteligencji. Kiedy w 1997 roku Deep Blue ogrywał Kasparowa w szachy, twierdziliśmy że może w szachy to i owszem, ale w GO to nas (ludzkość znaczy) komputer nie ogra. Minęło niespełna 20 lat i coś co miało sie zdaniem teoretyków wydarzyć za lat trzydzieści wydarzyło się dziś. A właściwie kilka dni temu, kiedy komputer od Google’a ogrywał najlepszego ludzkiego gracza , nie dając mu w zasadzie cienia szansy na podjęcie gry. No dobra, komputery ograły nas w szachy, ograły nas w go, ale nie ograją nas w literaturę. Przynajmniej na razie, co nie oznacza że nie próbują – tu elektronicznemu twórcy naprawdę niewiele brakowało.

Z tego miejsca gorąco polecam serial „Person of Interest” zwłaszcza od trzeciego sezonu, gdzie wszechobecna AI zaczyna odciskać swoje piętno na życiu zwyczajnych ludzi.

Jeśli wydaje nam się, że możemy rywalizować z technologią, to mamy rację, wydaje nam się. Tu możecie posłuchać o tym, że sztuczna inteligencja bedzie ostatnim wynalazkiem człowieka, a potem… cóż.. potem będziemy zbędni. Tym bardziej, że już teraz potrafimy stworzyć roboty, które – można odnieść wrażenie – będą od homo sapiens jeśli nie doskonalsze, to na pewno bardziej wytrzymałe. Tak, sami sobie stworzymy wyższą formę życia i kto wie, czy nie przypadnie nam w udziale rola bateryjek.

Pokusy nierzeczywistej rzeczywistości

I tu płynnie przechodzimy do drugiego przerażającego mnie elementu technorozwoju – wirtualnej rzeczywistości, która ostatnio podbija serca, umysły, oczy i portfele gadżetomaniaków. Ludzie, którzy mieli okazje się tym pobawić mówią o początkowym dyskomforcie, dużym polu do ewolucji tej technologii ale i o jej ogromnym potencjale. Sam przekonywać się nie mam ochoty (mój błędnik wysyła już w tej kwestii do mnie petycje) ale i tak widzę tu pewne zagrożenie.

Jeszcze nie dziś, ale za kilka miesięcy lub lat będziemy dysponować narzędziami, które nie tylko pozwolą wiernie oddawać rzeczywistość jaką znamy, ale wręcz będą od niej lepsze. Świat będzie piękniejszy. My będziemy piękniejsi. Bez wysiłku będziemy bardziej wysportowani, bez żadnych operacji będziemy przystojniejsi i wreszcie kobiety będą mogły zapomnieć, przynajmniej wirtualnie, o celulicie. Wszystko co będzie nam potrzebne, będziemy realizować w wirtualu, który da nam więcej satysfakcji niż real. Tam wszystko będzie lepsze… Sama wizja wydaje się uzależniająca, niemal narkotyczna. A który ćpun chce wracać do szarego, burego świata realnego? No i po co tam wracać… Żeby zjeść i żeby wydalać… Cóż… gdyby tylko dało się podpiąć odpowiednie kabelki, które doprowadzą to, co potrzebne i odprowadzą to, co zbędne… tym sposobem wrócimy do zaszczytnej roli bateryjek… Ale za to szczęśliwych, naćpanych bateryjek.

Zresztą, świat w którym żyjemy już teraz jest uzależniony od komputerów. Maszyny są od nas szybsze, bardziej efektywne i bardziej od nas odporne na stres. Zależy od nich wiele, wiele optymalizują, usprawniają. W tym i rynki i giełdę i waluty i mnóstwo innych dziwnych narzędzi finansowych, które chyba mało kto rozumie (warto zerknąć na Big Short). Z tą różnicą, że kiedyś był czas na to, żeby przewidzieć co sie stanie, lub przeanalizować jakie efekty dało to czy tamto działanie. Teraz nie ma czasu na jakiekolwiek analizy, teraz trzeba tylko pędzić, wyprzedzać, kupować nie całkiem rozumiejąc co to da w dłuższym kontekście i co to oznacza dla szerszego kontekstu. A skoro nie rozumiemy co się dzieje, to trzeba działać szybciej, kupować agresywniej… Najlepiej za cudze, bo cudzymi obraca się jakby z mniejszą wątpliwością.

Poszukując ucieczki

W tym całym zamieszaniu, pojawiają się także ludzie, którzy proponują by zakwestionować to jak funkcjonuje współczesna gospodarka, bo zamiast służyć ludziom, służy kapitałowi (w ramach ciekawostki proponuję zerknąć w opowiadanie Rafała A Ziemkiewicza „Żywa gotówka”), i cały ta obsesja wzrostu nikomu nie służy, a przy okazji wszystko niszczy.

Niestety, przesłanek na to, że uda się to zmienić jakby brak, tym bardziej, że ani to proste, ani łatwe, ani przyjemne, a ci którzy z obecnego stanu rzeczy korzystają, wcale nie zamierzają ustępować pola ani weryfikować reguł gry.

Dorzućmy do tego, że gospodarka to system naczyń połączonych, wszystko opiera się na wirtualnych papierach dłużnych, że są kraje w Europie, które dawno już przekroczyły wypłacalny poziom zadłużenia (przy czym wcale nie mam na myśli Grecji) a korekta przyjść musi. Chiny maja problem ze spowolnieniem, surowce się kończą, a dziś każde delikatne zawahanie na giełdzie w jednym miejscu na świecie, przed długi czas odbija się czkawką tysiące kilometrów dalej. Na całe szczęście w ząb nie znam się na ekonomii.

Nie tylko komputery

Wreszcie.. jeśli nie pokona nas sztuczna inteligencja, nie wsiąkniemy bez reszty w świat wirtualny i nie pochłonie nas wielki kryzys, czeka nas bliskie spotkanie z bardzo obcą kulturą, której nie tylko nie znamy, ale i nie chcemy poznawać. Co więcej, zachodnia Europa, która jest dla nas kierunkiem rozwoju, zderzy się z tym szybciej niż skłonna jest to przyznać. Można nawet przyjąć, że już jest za późno. Wszystko dlatego, że pewien punkt krytyczny albo już został przekroczony, albo jesteśmy bardzo blisko tego przekroczenia, a dalej to już pójdzie z górki.

My, Europejczycy ani nie jesteśmy mocno związani wewnętrznie wspólną kulturą, wolność jest dla nas wartością podstawową i tak bardzo chcemy być tolerancyjni, że nie umiemy sobie poradzić z ludźmi napędzanymi wiarą, głodnymi naszych dóbr, a do tego dużo bardziej od nas płodnymi imigrantami. Co więcej, nie potrafimy podjąć żadnych decyzji i miotamy się ze skrajności w skrajność. Chcemy albo przyjmować wszystkich, albo wszystkich wyrzucać… Jedno jest głupie, na drugie jest i tak kilkadziesiąt lat za późno… poczytajcie sobie o Belgii

a potem zerknijcie na model tolerancji który zaprezentował Roman Łoziński (od 4:30)

Tu i teraz

Tak więc w mojej głowie przyszłość rysuje się… ciekawie. Na całe szczęście przepowiednie się nie sprawdzają, horoskopy to tylko dobry przykład technik zimnego czytania, a prognozy pogody to przede wszystkim wróżenie z fusów i mimo wszystkich naszych umiejętności ogrywania najlepszych w szachy i GO wciąż nie umiemy dobrze przewidzieć jaka pogoda będzie pojutrze… Więc na wszelki wypadek przypomnijcie sobie, co mówił pewien bardzo lubiany nauczyciel…

Mam wrażenie, że oto powstała notka na sterydach…

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu