6 - tyle minut czytania

Wersja krótka. Byłem, jechałem i… tyle. Zero emocji, zero ekscytacji, może trochę poczucia obciachu. Jakiego obciachu? A to już w wersji dłuższej.

Wersja dłuższa zaczyna się od tego, że wcale nie chciałem o tym pisać. Ale skoro piszą wszyscy, to co, gorszy będę? Nie będę. Tym bardziej że byłem, jechałem, widziałem nawet się trochę wody napiłem. Tym razem będzie nietypowo, bo wersja długa będzie relatywnie krótka i prawie (żarcik taki) w punktach.

Śmieszno smutnym jesteśmy krajem, w którym wielkim wydarzeniem jest wtoczenie się na tory kilku wagonowego pojazdu, który nie różni się niczym od innych znanych nam już kilku wagonowych pojazdów. Tzn. PKP robi co może aby tę różnicę wykazać, ale w zasadzie z mizernym skutkiem.

Zaczyna się od pań i panów stewardów, którzy witają Cię przy wejściu i – na wszelki wypadek – pytają Cię uprzejmie czy aby na pewno masz bilet na przejazd. Nie, jestem tu przypadkiem. A kiedy pozwoliłem sobie spytać, czy miejsce numer ten a ten to raczej z tego czy tamtego końca wagonu, to rezolutny pan steward uznał, że to zależy od tego, jak stanął. No cóż… zaryzykowałbym tezę śmiałą, że ten pan jest tam od tego aby wiedzieć co i jak staje.

Jak już wsiądziesz wita Cię Chopin. To znaczy niestety nie częstują Cię wódką, ale z głośników płynie Chopina mazurek jakiś, czy coś innego co wyszło spod jego pióra. Coś co zwykle słyszysz (albo Maciej Stuhr słyszy) kiedy próbujesz się połączyć z infolinią… Tym razem muzyka jest wstępem do informacji że aby podróżować tym pociągiem musisz mieć bilet i to musisz go mieć w garści, bo w przeciwnym razie jesteś w tak zwanej kropce. Biletu nie kupisz u konduktora, co dotychczas było normą i co dotychczas wiązało się z symboliczną dopłatą. Teraz opłata owszem i jest, ale nie symboliczna bo to bagatelka sześć i pół stówy polskich złotych. Za sześć i pół stówy można się wybrać z Krakowa do Warszawy LOTem w te i z powrotem… Serio – przed chwilą sprawdziłem.

Jest jeszcze informacja podana (tym razem bez Chopina) na 10 minut przed odjazdem, że lada moment odjazd i wszystkich bez biletów (wściekli się czy jak?) uprasza się o opuszczenie najnowszego cudu kolejowej techniki. Bo jak nie, to kara. I to ostatni komunikat przed odjazdem, potem już żadnego gwizdka, żadnego uwaga uwaga, żadnych fanfarów. Z gracją pociąg toczyć się zaczyna…

Ledwie się rozbujał a już pan kierownik wita na pokładzie życzy miłej podróży. 5 minut ciszy i dawaj z informacją, że zapraszamy do WARSu*. 10 minut przerwy i informacja że wszystkiego o tym cudzie techniki można się dowiedzieć z ulotki, która znajduje się w oparciu fotela przed Tobą… z ulotki dowiesz się tego, że pociąg ma tyle a tyle wagonów, tyle a tyle miejsc, tyle a tyle przedziałów i że to cud techniki. No i że jak się porządnie rozbuja, to może jechać nawet 250km/h. To wszystko mógłbyś przeczytać zapewne także na stronach pkp, gdyby nie to że cud techniki nie oferuje Ci pasażerze (pozdrawiam wszystkich anglojęzycznych) fifirifi. No bo na co to komu dziś. Tak czy inaczej po kolejnych 10 minutach dowiadujesz się, że na pokładzie jest człowiek odpowiedzialny za utrzymanie czystości i w przypadku nastąpienia sytuacji w efekcie której pojawią się wyjątkowo uporczywe zabrudzenia należy skontaktować się z przedstawicielem drużyny obsługi pociągu. To nie jest dosłowny cytat, ale słowa „wyjątkowo uporczywe” i „drużyna” wystąpiły w tym komunikacie na pewno. Po kolejnych 15 minutach kierownik pociągu informuje że właśnie osiągnęliśmy prędkość 200 km /h i że pociągi PKP jako jedyne w tej części Europy Środkowej mkną po szynach z taką to właśnie prędkością. Po kolejnych 15 minutach stoisz w (niemal dzikim) polu a kierownik pociągu informuje Cię że będziemy mieli mniej więcej 10 minutowe opóźnienie… Na całe szczęście był to jeden z ostatnich komunikatów nadanych dla umilenia podróży pasażerom…

Aby podróż była przyjemna, nad głowami części pasażerów a także nad przejściem zamontowane są monitory na których wyświetlane są bardzo ważne informacje. Bardzo ważną informacją dla pasażerów podróżujących na trasie Kraków Warszawa jest np. to, że rozpuszczalna kawa po czesku to rozpustna kawa. Możesz się także drogi pasażerze dowiedzieć, jak otyłość wpływa na stan kolan. Możesz także obejrzeć (prze-okrutnie nudny) film promocyjny PKP i informację o tym że człowieku są nowe czasy i nowe ceny i że tym to pięknym pociągiem możesz pomknąć nawet za 49zł. (No chyba że masz 650zł na zbyciu). Monitory wykorzystywane są także aby zachwycać podróżujących zdjęciami naszej (chyba naszej) flory… No po pokazany jest np piękny jeleń.. i nie, nie jest to pasażerów portret własny. Są też pingwiny i niedźwiedź polarny (to chyba jednak flora odrobinę zapożyczona…). Są też ptaki w zimie. I drugi obrazek również ptaka w zimie. Rozumiem, pingwina łatwiej rozpoznać. I podpisać.

Wszystko to jednak blaknie przy tym, co dla pasażera mimo wszytko najważniejsze, a najważniejszy wydawać by się mógł komfort przejazdu. A Pendolino jest zwyczajnie ciasne. Siedzisz przy oknie, powiesisz okrycie zwierzchnie i już zapomnij o wygodnym rozłożeniu laptopa (burżuju). Z tym laptopem to w ogóle zabawna sprawa, bo oparcie fotela z przodu oferuje stolik. Rozłóż stolik, połóż laptopa, siądź w fotelu i zrozum że o ile powinieneś mieć talię Anny Muchy, to ręce już lepiej Marcina Gortata… I o jakiejkolwiek pracy z wykorzystaniem tego stolika to raczej zapomnij. I kolejny drobiażdżek… jak zawsze przewoźnik oferuje napitek (kawa, herbata, woda, sok). Bierzesz sok i kombinujesz przez najbliższe kilkadziesiąt minut, gdzie go postawić żeby łatwo do niego sięgnąć, nie zgubić, żeby się nie sturlał, nie wylał i żeby Ci pod siedzeniem nie uwierał. I co? I nie ma takiego miejsca… A dla jednego soczka nie będziesz przecież stolika rozkładał… I takie to zagadki Cię w Pendolino czekają.

Przydałaby się jakaś pointa…. Wniosek jest taki – pociąg jeździ w takim czasie jak już jeździł, spóźnia się tak jak się spóźniał, nic nikomu nie urywa, a jedynie pasażerowie jeszcze się nie nauczyli, że współpodróżników absolutnie nie interesuje 10ta rozmowa o tym że halo halo nic nie słyszę bo jadę pendolino, i zadzwonię do Ciebie bo nic nie słyszę, no bo Pendolino. I koniecznie do tego musi być jeszcze Marimba w komórce, żeby każdy wiedział że z nie byle jaką komórką mamy tu do czynienia. Na całe szczęście po dojechani do stacji końcowej nikt nie klaskał…

* Jedyna taka piosenka o PKP…

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu