Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Dołącz do 14 pozostałych subskrybentów

Po co niecodziennemu fejsbuk

Bardzo dobre pytanie. Lubię takie. Trochę w moim stylu. Nawet bardzo w moim stylu, skoro sam je nie raz zadałem. Nawet publicznie. O tu je zadałem. Oczywiście, że na fejsbuku… Tym bardziej że do Fejsa stosunek mam nieco… chłodny. Ooo tu – Fejsbuku cześć i dzięki za ryby, Fejsbuka kiepski pomysł czy Kto nam psuje social media.

A mimo to, od miesiąca Niecodzienny jest na fejsie i choć spektakularnych wyników brak, to powodem tego braku jest chyba przede wszystkim moje nieogarnięcie tematu i brak pomysłu na komunikację tam. I pewne wątpliwości, czy ja naprawdę i aby na pewno chcę tam z Niecodziennym być. I jak to jest, że na fejsbuku niecodzienny jest, skoro moje podejście do tematu w zasadzie się nie zmieniło… Czytaj dalej

Z zupełnie innej bajki

Jedno z najpiękniejszych i najprzyjemniejszych uczuć jakie towarzyszą blogowaniu jest to, że na niecodziennym o wszystkim decyduję ja. I jeśli przychodzi mi do głowy zrobienie czegoś z zupełnie innego świata i uznaję to za dobry pomysł, to najzwyczajniej w świecie to robię. I tak właśnie jest dziś.

Część z Was wie, że bawię się w podcast. Ale prawie nikt z Was nie wie, że czasem zabieram ze sobą mój zestaw małego podcastowicza kiedy idę czytać bajkę na dobranoc, a już na pewno prawie nikt nie wie, co tam wtedy czytam. Ani jak… Zdaje się, że parę razy skrzywdziłem Kłapouchego. Czas na mały, bajkowy coming out. Posłuchajcie… Czytaj dalej

A jeśli miłość nie jest lekiem na całe zło?

Zastanawialiście się kiedyś, czym jest miłość? Nawet więcej, zastanawialiście się, kto nas uczy tego, czym jest miłość? Co pomaga nam definiować to uczucie, co wchodzi w jego skład? Na wszelki wypadek dorzucamy sobie jeszcze takie określenia jak „wielka miłość”, „prawdziwa miłość”.

I doprecyzuję, że chodzi mi tu o miłość między dwojgiem początkowo obcych sobie ludzi. Nie chodzi mi o miłość braterską, która jest chyba pewną wersją przyjaźni. Nie chodzi mi także o miłość macierzyńską/tacierzyńską, bo ta jest raczej… Gatunkowo ewolucyjna i bliska chęci przetrwania. Chodzi mi o tę miłość, którą chłopak (dziewczyna) chce wyznać dziewczynie (lub chłopakowi) ze swoich marzeń i snów. Czytaj dalej

Krytyka totalna 2.0

Dziś będzie wpis o mediach, komunikacji i polityce. No tak jakoś wyszło. Przyczynkiem do wpisu jest sytuacja, jaka miała miejsce w zeszłym tygodniu, kiedy ktoś opiekujący się profilem społecznościowym Ministerstwa Kultury i dziedzictwa narodowego postanowił życzyć maturzystom powodzenia, ale niestety język giętki oddawszy to, co pomyślała głowa, wywinął mu jeszcze orzełka i życzenia złożył maturzystą. W tym miejscu przepraszam wszystkich językowych purystów, no ale wiecie – klawiatura nie takie rzeczy potrafiła przyjąć. Tu wpisujący się zreflektował i dość szybko błąd iście bolesny* poprawił, ale Internet nie wybacza, nie zapomina, a na to wszystko Facebook pozwala podglądnąć historię zmian w poście.  

No stało się. O czym ja chcę pisać? Otóż nie o błędzie, ale o reakcji na niego. Chwilę po tym, jak ktoś edycję postu zauważył, ludzie obecnej władzy nieprzychylni postanowili potknięcie wykorzystać, rozpowszechnić i napiętnować. Heheszki w służbie poważnej, brutalnej politycznej naparzance. Ktoś chyba nawet został oddelegowany do innych zajęć za ten, jak widzicie, śmiertelny w swych konsekwencjach błąd. Czytaj dalej

Tydzień w pigułce, odsłona siódma

Majówka mnie rozregulowała. Zamiast dać oddech i pozwolić znaleźć czas na wszystko, wszystko było w pogoni. W efekcie zamiast zrobić nadmiar, mam niedosyt, niedoróbkę i wrażenie nieco wytracanego impasu. Może to oznaki zadyszki… Mocno rwany tydzień z mną. Tydzień znaczony potknięciami, ale też pozwalający zweryfikować na czym mi zależy i dający nadzieję, że po potknięciach można się podnieść i wrócić. Cóż, dobre i to, choć wolałbym się nie potykać.

Raz po raz wraca myśl – nie znajdę na wszystko czasu. Zwłaszcza, że lubię pospać, zwłaszcza że jestem leniwcem. No i nadal mam kłopoty z robieniem jednej rzeczy na raz i skupieniem się na niej tak, aby móc ją rozpocząć, przepracować i zamknąć. Wciąż się rozpraszam. Wciąż szukam. Wciąż próbuję kilka sroczek za ogon złapać. I to bardzo chaotycznie. Przydałoby się to jakoś uporządkować. Czytaj dalej

Pokusa bycia kimś innym

Lubimy podpatrywać innych. Przyglądać się cudzym zachowaniom, podziwiać ich śmiałość lub krytykować bezczelność. Patrząc tylko na jakiś fragmencik cudzej rzeczywistości, jesteśmy przekonani, że temu komuś na pewno jest lepiej, na pewno jest łatwiej i na bank jego działania przynosi lepsze efekty. Jesteśmy przekonani, że jego wątpliwości są mniejsze, lub nie ma ich wcale. Skupiając się na tym, co widzimy, przychodzi nam do głowy, że może warto się zainspirować.. A kiedy inspiracja nie wystarcza, próbujemy naśladować, nawet kopiować. 

Z jakiegoś przedziwnego powodu, dość łatwo przychodzi nam kwestionowanie swoich wyborów (cholera, a może to tylko ja tak mam… ) Swojej intuicji (o tym miał być cały wpis… i będzie). Kiedy najważniejszy jest dla nas szybki efekt, korci nas wejście w cudzą formę. Równocześnie przekładamy formę nad treść. Bo to się sprawdziło, bo to działa, bo tędy droga. Czy aby na pewno?

Próba wiarygodnego odwzorowania kogoś obcego jest… karkołomna. Prawdopodobieństwo powodzenia raczej niewielkie, za to ryzyko dopuszczenia się karykatury znaczne. A jednak zafascynowani rzekomymi efektami osiąganymi przez kogoś innego lecimy w to rozwiązanie. jak ćma do ognia. Będzie bolało.
Czytaj dalej

Ile (powinno być) twórcy w tworzywie

Oberwało mi się ostatnio, że za mało mnie w moich tekstach. Że piszę tak bardzo dużo słów, a tak mało w tym człowieka. To w sumie może być jedna z bolączek Niecodziennego (może nie tylko niecodziennego a wszystkich moich prywatnych projektów).

Ci, którzy piszą po amatorsku (znaczy z pasji, a nie wykształcenia) potrafią pisać tylko o sobie, tylko o tym, czego doświadczyli. To drugie ze zdań, które od dobrych kilkunastu miesięcy mi w głowie siedzi. Znowu celne, znowu prawdziwe. Znowu chyba bardzo mnie dotyczące.
Czytaj dalej

Mruczando, bo dobrze sobie pomruczeć

Wszystko zaczęło się od potrzeby. Kiedy zacząłem nagrywać podcast, jednym z wyzwań było to, jak podcast powinien się zaczynać. Ponieważ od czasu do czasu słucham Freakonomics a także Michała Szafrańskiego szukałem pomysłu na muzyczkę wprowadzającą, która odda klimat.. która mi się nie znudzi. Wyzwanie tym większe, że nie miałem żadnego konkretnego motywu w głowie. Dużo czasu spędzonego na audiojungle, kilka momentów „ooo.. to bliskie” (np. takie ukulele) i za każdym razem było nie to…

Szukam, szukam, szukam, tracę nadzieję i aby nie utknąć gotów jestem wybrać coś, co jest „okej” choć nie jestem całkiem przekonany, ale na szczęście nagle przyszedł moment olśnienia.  Czytaj dalej

Finanse osobiste, czy warto spisywać wydatki

W swoich skromnych progach staram się Was od czasu do czasu zachęcić do spróbowania małych, prostych rzeczy, które owocują czasem zupełnie nieprzewidzianymi efektami. Jak już pisałem, w małych rzeczach drzemie wielka moc, ale głównym powodem jest to, że bardzo często mogę Wam powiedzieć – wiem że to działa, bo sam tego spróbowałem. Wtedy wiem, o czym piszę, a jeśli mam okazję, mogę też wyjaśnić trochę bardziej szczegółowo skąd taka, a nie inna propozycja wynika.

Wspominałem Wam już, że warto z rozwagą zarządzać swoim czasem, polecałem Wam książkę Michała Szafrańskiego o finansach osobistych, opowiedziałem Wam, że w zasadzie bez odczuwania jakichkolwiek trudności można oszczędzić tysiąc złotych w rok (zupełnie bez wysiłku 😉 ). Pokazałem, że świat się zmienia na tyle, że człowiek dobrze po 30stce może dorosnąć do pre-paida. Co dziś mam dla Was?

Dziś chce Was zachęcić do spisywania swoich wydatków. Nie tylko dlatego, że to pomaga w planowaniu domowego budżetu, ale dlatego, że w jakiś zupełnie niezrozumiały sposób, to wpływa na to, ile pieniędzy zostaje Wam w portfelu / na koncie. Czytaj dalej

Tydzień w pigułce, odsłona szósta

Ten tydzień przebiegał zupełnie wbrew planom. Nauczył pokory wobec pomysłów na poranek, ale też pokazał, że siła dobrego wstawania nie drzemie w budzeniu się o określonej porze (choć to pomaga), ale w znajdowaniu czasu dla siebie. Okazuje się, że nie ma nic mitycznego w 5:30, to nie jest godzina, kiedy wydarza się cud. Ale liczy się to, jak wstajesz. I bardzo warto to sobie przećwiczyć.

Druga rzecz, którą ten tydzień pokazał – nawet jeśli ja jestem pewien, że ruszyłem z bloków, to… wciąż nie ruszyłem się daleko od startu. Wszystko przede mną. Co prawda kierunek obrany, jednocześnie nic jeszcze nie zmieniłem. Dopiero zaczynam i długa, długa droga przede mną.

Mam do siebie żal o to, że sobota była bez wpisu. Mimo wszystko noc zarwana na podróż kochanym PKP odcisnęła swe piętno i nie podołałem. Traktuję to jako potknięcie, a nie jako wielki problem.
Czytaj dalej

Nowsze wpisy
Starsze wpisy