5 - tyle minut czytania

Dawno temu, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem, rodzice kupili w Kalwarii Zebrzydowskiej fotele. Fotele jakich wiele, nie wydaje mi się żeby czymś się szczególnie wyróżniały, chociaż na pewno były wygodne. Miały natomiast jedną szczególną cechę, na którą zapewne nie zwrócił uwagi żaden z domowników poza mną  – siedzisko nie przylegało idealnie do boków fotela. Nie było żadnej widocznej szpary, nie wpływało to na komfort siedzenia, ale od czasu do czasu mogło tam wpaść coś, co akurat miał w kieszeniach siedzący – jakiś papierek, jakiś paragon. Żadne wielkie rzeczy. Żadne kosztowności – fotel nie pożerał pierścionków.

Nie wiem czy często się Wam to zdarza, ale moi rodzice od czasu do czasu nosili w kieszeniach resztę z zakupów, głównie monety. Monety też wpadały między oparcie, a siedzisko, ale tym się różniły od papierków, że były dość ciężkie, aby wpaść „pod fotel”. Wykonawca wykańczając fotel obił go od spodu płótnem, mocując go do fotela przemysłowymi spinaczami. Tym sposobem monety z kieszeni moich rodziców bezdźwięcznie lądowały na płótnie. To, czego (chyba) nie zauważył żaden z innych domowników było to, że przy odpowiednim ustawieniu fotela i „odpięciu” jednego lub dwóch spinaczy, można było odzyskać monety.

Tak, fotel stał się moją skarbonką, i tym sposobem mogłem mieć dodatkowe środki na zaspokajanie swoich cukrowych potrzeb, czyli kupować chery coke albo jakieś lody od Algidy. „Utarg” był tym większy, im rzadziej z zasobów fotela korzystałem. Rodzice chyba nie zauważali tego wycieku monet, a ja czułem się bogaty:) A jak to się ma do zaoszczędzonego tysiąca?

Zainteresuj się swoimi finansami

Zapewne wiesz, że od jakiegoś czasu interesuję się tematyką finansów osobistych, zwłaszcza w zakresie tego jak zarządzać pieniędzmi. Nie pamiętam już od czego się to moje zainteresowanie zaczęło, pewnie gdzieś od myśli „Emerytury nie będzie, może jednak byś pomyślał jak to zrobić, żeby nie utrudniać życia innym, w jesieni swojego życia”. Podczytuję sobie Samcika, podczytuję Szafrańskiego (Finansowego Ninję już bardzo polecałem), szukam wciąż wygodnego narzędzia do budżetowania i panowania nad domowymi środkami. Staram się sprawdzać różne podpowiedzi od mądrzejszych od siebie i bardzo często zaskakuje mnie efekt. 

Jednym z narzędzi, które bardzo chciałem sprawdzić, było samoopodatkowanie transakcji i zakupów. W skrócie chodzi o to, aby do każdej płatności, którą realizujecie, dorzucić jakąś cegiełkę, która zostanie przeznaczona na oszczędności. Może to być konkretna kwota, może to być określony procent od wartości transakcji, może to być kwota „zaokrąglająca” wydatek do pięciu czy dziesięciu złotych. Wirtualna skarbonka na resztę z zakupów. 

Zacznij oszczędzać

Chęć stworzenia takiej skarbonki zbiegła się również z potrzebą uporządkowania domowych wydatków, tak aby były przejrzyste i łatwo zarządzalne – pomyślałem o dodatkowym koncie, które z Sylwią będziemy co miesiąc zasilać i z tego konta będziemy pokrywać wszystkie domowe koszty. Mogłem skorzystać z jednego z banków, których klientami już jesteśmy, ale wykorzystałem okazję do tego, aby poszukać tych które dają możliwość tworzenia automatycznej skarbonki. O ile pamiętam, znalazłem dwa, które dają taką możliwość – mBank i ING. Nie pamiętam dziś co mnie przekonało do tego, aby skorzystać z ING ale tak też się stało – na przełomie stycznia i lutego 2016 zaczęliśmy korzystać z usług tego banku.

Zaczęliśmy od wersji – każdą transakcję zaokrąglij do piątki i to co zaokrąglasz przelej na konto oszczędnościowe. Chyba po miesiącu przeszliśmy na wersję „zaokrąglij do 10 złotych”. W naszym przypadku w zasadzie nie ma różnicy w bezbolesnym odczuwaniu wysokości zaokrąglenia, a pieniądze „odkładają” się szybciej. Wartość skarbonki po roku zaskoczył Sylwię, a mnie utwierdził w przekonaniu, że warto było spróbować.

Efekt

Jak widać na obrazku tysiąc złotych oszczędności po roku wrzucania reszty do skarbonki. Wrzucania, którego się nie czuje, o którym – i to jest chyba najważniejsze – nie trzeba pamiętać. Dzieje się samo. I to nawet jeśli pierwotne założenie – wszystkie wydatki domowe płacimy z jednego konta – jest realizowane mniej więcej w 70%. Tak, wiem, to jest nasz tysiąc, w tym sensie, że on się nie wziął z powietrza, tylko z naszych pieniędzy, ale nie mogę przestać mieć wrażenia, że to jest tysiak z niczego. I myślę sobie, fajnie mieć takiego tysiaka z niczego. Dzięki niemu, czekający nas wydatek oczyszczacza powietrza (pozdrawiamy Kraków) będzie mniej odczuwalny w naszym budżecie. No że wow.

Swoją drogą, przez ostatni rok ING mnie trochę rozpieścił. Wygodą korzystania z bankowości internetowej. Z bankowości mobilnej. Apka, która działa. Która jest dobrze pomyślana, a nie jest próbą przełożenia strony internetowej do komórki. Lubię ING za to, że pozwala mi tworzyć w bajkowo wygodny sposób cele oszczędnościowe i tym samym tworzyć wirtualne koperty. Prawie polubiłem program bankujesz-zyskujesz, ale właśnie go zamykają. Dla mnie ING stanowi punkt odniesienia dla innych banków. Jak to nie macie dobrej aplikacji mobilnej? Jak to nie macie programu oszczędnościowego? Jak to nie macie powiadomień sms o zmianach na koncie. No jak, jak, jak? Swoją drogą, przy wszystkich tych zachwytach, ING nie stał się dla mnie podstawowym bankiem.. i w sumie nie wiem dlaczego.

Zachęcam – oszczędzajcie. Oszczędzanie nie musi boleć. Nie musi wiązać się z wyrzeczeniami. A efekty pozytywnie zaskakują. A tysiąc złotych… dużo czy mało.. Jeszcze nie tak dawno nawet taka oszczędnośc była dla mnie niewyobrażalna. Poza tym, mieć tysiąc a nie mieć tysiąca, to już dwa tysiące różnicy…