1 - tyle minut czytania

Jeśli komuś zależy na recenzji w pięciu słowach i dwóch znakach interpunkcyjnych, oto ona: „Tak, ten film warto zobaczyć.” A teraz nieco dłuższa wypowiedź.

Zaczynając od wad – ten film nie zaskakuje, przynajmniej w warstwie fabuły. Ta sama zagadka, ci sami bohaterowie, te same wątki. Co prawda są drobne odstępstwa (np. reżyser uznał, że Blomkvist nie będzie sypiał z każdą napotkaną kobietą i nie spędzi kilku miesięcy w odosobnieniu) ale są to takie drobiazgi, że nie ma sensu się do nich przywiązywać. I jeśli chodzi o wady to w zasadzie tyle;)

Film trwa 160 minut (chyba że obsługa Multikina najpierw uzna, że widownia nie potrzebuje napisów, a potem stwierdzi że warto trzykrotnie powtórzyć pierwsze pięć minut przeplatając je czarnym ekranem) i te minuty się nie dłużą. Historia opowiedziana przez Larssona jest oddana wiernie, choć widać że Fincherowi brakuje jednak dokładności, by adaptować książki z wprawą Polańskiego (u którego odnosi się wrażenie, że kolejne sceny to kolejne rozdziały w książce – jak w Pianiście czy GhostWriter’ze). Aczkolwiek jest to o niebo lepsza próba przeniesienia na ekran historii Lisbeth i Mikaela, niż ta którą podjęli Skandynawowie.

Przy okazji – Craig udowodnił, że jest kimś więcej, niż tylko świetnym Bondem – ogląda się go z prawdziwą przyjemnością.

Warto było na ten film czekać. Teraz, z rozbudzonym apetytem pozostaje oczekiwać kolejnych dwóch części… Bo przecież nas tak nie zostawią w pół poczęstunku.. póki co, na zabicie czasu, sięgam ponownie po Millenium. Z prawdziwą przyjemnością;)