4 - tyle minut czytania

Gdyby mi ktoś powiedział, że jak zacznę wcześniej wstawać, to będą mi przychodziły do głowy tak dziwne pomysły… w takich ilościach i częstotliwości… a na koniec okaże się jeszcze, że będę miał dość bezczelności żeby ich próbować, to… pewnie bym się grzecznie odwrócił na drugi boczek i karnie poszedłbym spać dalej;-)

No to się popisałem. Piszę bezpośrednio w panelu, ledwie zacząłem i kliknąłem „opublikuj” więc teraz (choć to mało prawdopodobne) ktoś może na żywo podglądać co piszę. Także muszę pisać, jak to mawiają, biegusiem. To się chyba nazywa pisanie bloga live, czy coś…

A tu się chowa podcast  Niecodzienny na itunes. Trochę nie ogarniam;-)

Wyruszając w nowy świat

Jak wspominałem w podsumowaniu drugiego tygodnia, pomysł dodania głosu do Niecodziennego towarzyszył mi już jakiś czas. Ale dopiero niedawno postanowiłem spróbować i… spodobało mi się na tyle, że nie zamierzam przestawać. Lubię to.

Korzyści z tego płynące są takie, że muszę swój blog przeczytać co najmniej raz (kilka wpisów wymagały ponownego nagrania, i jeszcze jednego, i jeszcze jednego), a to z kolei pozwala na (i wymusza) weryfikację ciągu logicznego wypowiedzi. Widzę co w tekście zgrzyta, słyszę gdzie popełniam błędy. To naprawdę świetna sposobność do tego, aby wyłapać wszystkie pomyłki. I jasne, mógłbym to zrobić przed publikacją (zwykle to robię), ale to zwyczajnie nie to samo. Nagrywanie poprawia moje teksty. 

Czytanie na głos i powrót do tekstu daje też okazję do znalezienia nowych konotacji i przynosi pomysły na nowe wpisy. Często czytając łapię się na tym, że myślę sobie „a tu powinieneś jeszcze o tym wspomnieć.. i o tym”. Równocześnie, dobrze jest się pilnować tekstu, żeby nie wpaść w ciąg dygresji – to po pierwsze, a po drugie, tekst spisany ma już swoją strukturę. Freestyle słowny jest bardzo przyjemny, ale robi się nagle moc „mmmm”, „yyyy” i tym podobnych. Zupełnie inaczej brzmię, kiedy czytam i kiedy dopowiadam.

Czytam, aby ułatwić

Nagrania pojawiły się, ponieważ usłyszałem „ale Wit, rozumiesz, ja nie mam czasu Ciebie czytać”. Jak widać nie jest ze mną łatwo, wyrzucają mnie oknem, wracam kominem. Skoro nie masz czasu czytać – masz, posłuchaj. W tym momencie trzeba było powiedzieć – „Wit, tego się nie da słuchać”, ale w komentarzu dostałem „wooow” (lubię ten komentarz ;P ). I dlatego teraz spamuję kolejnymi odcinkami.

Niecodzienny na głos daje też możliwość trochę innego obcowania z tym co tam mi się w głowie układa. Pomijam już, że nikt nie krzyczy, że mamrotam i że ciężko się za mną czytającym podąża, ale nagrania, pozwalają na słuchanie mnie bez potrzeby wchodzenia na bloga. Można to robić w drodze do pracy, siedząc przy biurku, albo przygotowując sobie śniadanie. Co prawda z mojej perspektywy to zakrawa odrobinę o masochizm odbiorcy, ale też sprawia mi ogromną przyjemność.

Kolejny krok – podcast

Nagrania miały ułatwiać kontakt z treścią zabieganym, ale też wymagały ode mnie pilnowania aby wysłać to, co zostało nagrane. To na szczęście można zautomatyzować i tu właśnie pojawiają się podcasty. A raczej pojawia się jeden podcast. Mój podcast;) Dodatkowym bodźcem do tego, aby to w formę podcastu ubrać, było to że stan na dziś to 9 odcinków. Dziewięć. Nawet nie wiem kiedy to się wydarzyło. Na całe szczęście są krótkie;-)

Siłą podcastu jest nie tylko to jak to wygląda na blogu, ale to, żę daje możliwość zapisania się na „audycje” np. w itunes 😉 I co prawda póki co jeszcze tam go nie ma w katalogu (choć został już zgłoszony) to… możesz go dodać samodzielnie. Wystarczy że wejdziesz na aplikację podcastów -> moje podcasty -> na górze po lewej stronie masz plusik i klikniesz „dodaj podcast”. W okienku musisz wpisać poniższy adres: http://niecodzienny.net/feed/podcast i kliknąć subskrybuj. W ten sposób, wszystkie nowe odcinki i nagrania trafią na Twój telefon bezpośrednio. 

Zatem teraz założenie jest takie – codziennie wpis na blogu i prawie codziennie wybrany tekst będzie czytany.

Takie są właśnie konsekwencje niewyspania…