7 - tyle minut czytania

Ten wpis mi siedzi na wątrobie już czas jakiś. Nieco pływa, czasem nabierając wyraźniejszych kształtów, innym razem rozmywając się tak bardzo, że nie umiem go chwycić. To myśl, która się przebiera, rozmaite formy przybiera, ale jej sedno jest oczywiste. I prawdę powiedziawszy, zupełnie nie rozumiem, jak to możliwe, że nie rozmawiamy o tym non stop. Jak to możliwe, że nie rozmawiamy o tym przy każdej możliwej okazji. Choć równocześnie wiem, że to oczywiste. To dla nas za trudne, zbyt straszne, a i tak nic z tym nie możemy zrobić.

Tym tematem jest śmiertelność, czyli coś, co nie powinno być dla nas jakimś zaskoczeniem. To nas nieuchronnie dotyczy i jak byśmy się nie starali i jak daleko nie uciekali – dopadnie nas. Czemu więc o tym piszę?

Za małolata myślałem, że to ogarniam. Wiedziałem, że mnie to czeka, wiedziałem że nie ucieknę. O czym tu gadać, o czym pisać. Żyjesz z wyrokiem. Tylko że przez długi czas to była intelektualna zabawa w świadomość śmierci. I ta zabawa, to ledwie jedna strona medalu. Nie spodziewałem się, że przyjdzie jeszcze takie coś, jak doświadczanie śmiertelności. A to zupełnie inna para kaloszy. Przyjaciel ostrzegał. Mówił: i Ciebie dotknie smuga cienia. Nie wierzyłem. Aż przyszła. I została.
Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi bawić się w radio

Kostucha, tchórz i ja

Dobrze pamiętam okoliczności. To były pierwsze godziny po narodzinach syna (nigdy nie sądziłem, że tego zwrotu użyję.. to brzmi cholernie dorośle…). Młody z mamą byli jeszcze w szpitalu, ja z kolei łapałem ostatnie chwile spokoju w domu. Przed zaśnięciem myśli pomknęły w stronę tego, jaki będzie Jaś, kiedy dorośnie. W kilkanaście minut zahaczyłem o to, co go czeka, z czym się będzie mierzył, co będzie mu sprawiało frajdę, jaki będzie miał charakter, jak poskłada mu się rzeczywistość, jak będzie sobie radził, kiedy będzie miał 15 lat.. 20 lat.. 30 lat.. i wtedy trzasnęła mnie refleksja – ale kiedy on będzie miał lat 30, to ja będę miał lat 60. I skoro wiem, ile mi zajęło dojście do mojej 30stki, to ten rzekomo odległy czas jest w zasadzie już. O.o

W ogóle ciekawa rzecz. Odkąd dowiedziałem się, że będę ojcem, w mojej głowie pojawił się lęk. Lęk codzienności. Lęk tego, że codzienność, błahe rzeczy, jeden moment nieuwagi czy czysty przypadek może wywrócić wszystko, co pozornie poukładane, do góry nogami. I że to będzie nieodwracalne. Niektórzy szukając adrenaliny sięgają po skoki na bungie, ja zacząłem czuć niepokój idąc z kimś po schodach, bo przecież mógłby się potknąć i się połamać. A kiedy po schodach szła ciężarna (niezależnie czy mi bliska czy całkiem obca) to odzywała się paranoja do kwadratu.

Więc najpierw zacząłem się bać, a potem zacząłem czuć kostuchę za plecami, jej ciepły oddech na karku. Więc teraz sobie idziemy w egzotycznym tercecie przez świat. Kostucha, tchórz i ja.

Policzalność

Kiedy się nad tym zastanawiamy, kiedy pozwolimy sobie się zatrzymać, okazuje się, że czas nam przelatuje między palcami. Niezależnie od tego, jak bardzo staramy się go wypełnić, albo … wypróżnić.. no nie najszczęśliwiej to brzmi… Niezależnie od tego, jak bardzo naładowany mamy grafik, czas nam umyka, przy czym zwykle tego nie czujemy. Jasne, od czasu do czasu łapiemy się na tym, „o, już październik, a nie, właściwie to listopad, a tak po prawdzie to mamy nowy rok za pasem”. Wtedy się trochę poużalamy i szybko wracamy na karuzelę. Musimy sobie jakoś radzić i w tyle miejsc jeszcze zdążyć.

Lubimy zerkać w przyszłość. Zwykle patrzymy na to, co nas czeka. Wypatrujemy jakiegoś punktu w przyszłości, jakiegoś dnia, jakiegoś święta, jakiejś premiery, jakiegoś koncertu, jakiegoś spotkania. To teraz pokażę jak zrobiłem sobie krzywdę.

Wszystko, co nas czeka w przyszłości, niezależnie od tego ile tego będzie, jest policzalne. Policzalne, czyli nawet gdyby tego było bardzo, bardzo, bardzo dużo, to tego jest skończona liczba. I nie będzie jakoś szczególnie więcej. Jest skończona liczba koncertów, na które pójdziesz. Skończona liczba razy, kiedy odprowadzisz dziecko do przedszkola. Skończona liczba książek, które przeczytasz. Skończona liczba wigilii, które spędzisz z rodziną. Skończona liczba miejsc, które odwiedzisz. Sam fakt uświadomienia sobie skończoności dał mi w kość.

Co to zmienia? Oprócz tego, że mnie smuci, ma także zadanie podnieść wartość spędzanych chwil. Bo już nie są jednymi z nieograniczonej puli. Są częścią relatywnie małego zbioru. Warto więc dbać o to, aby je docenić.

Jak zatem brzmi

największe kłamstwo świata? Jeszcze będę miał na to czas

Już o tym pisałem… Ale się powtórzę i przypomnę. Tak dla Ciebie czytelniku, jak i dla siebie.

Nie, nie mam tego czasu. Nie tylko dlatego, że czas ucieka, nie tylko dlatego, że nie mam nad nim kontroli, nie tylko dlatego, że często czekanie na lepsze okoliczności jest tylko złudzeniem. Przede wszystkim dlatego, że zupełnie nie mamy pojęcia czy kiedykolwiek w przyszłości będziemy mieli jeszcze jedną szansę. Może ta która jest, jest jeśli nie jedyną, to ostatnią.

W Internecie trafiłem na piękny cytat, który nie tylko przetłumaczę, ale i sparafrazuję;-) Wszak wszyscy wierzymy w zbiorową mądrość sieci;-)

Wychodzenie ze strefy komfortu po to, aby sięgnąć po coś, czego sie chce bywa trudne, może nawet przerazić. Ale wiesz co jest bardziej przerażające? Żal, że się nawet nie spróbowało.

Tym bardziej, że ten żal zostanie z Tobą na dłużej.

Czego nie powiedziałem w ostatniej rozmowie

Tym co mnie tchnęło, aby wreszcie to z siebie wyrzucić, oprócz potrzeby, aby przestać to w sobie kisić, była także refleksja, że nigdy nie wiesz, kiedy jest ostatni raz. Pierwsze razy pamięta się łatwiej, dużo łatwiej jest je także wskazać palcem. O – to był pierwszy raz kiedy spróbowałem tego, albo pierwszy raz kiedy zrobiłem tamto. Co więcej, wiesz kiedy będzie pierwszy raz, bo przecież nigdy wcześniej tego nie robiłeś. A ostatni raz?

Ostatni przeważnie nie dostanie okazji do świętowania, do wybrzmienia. Nie będzie okazji zaznaczyć – to jest ostatni raz kiedy jadę na nartach, albo to ostatni raz kiedy będę w teatrze, albo to ostatni raz kiedy pójdę do kina. Jasne, są takie sytuacje, kiedy decydujemy – to jest, lub to był mój ostatni drink / papieros / skok w bok. Może nawet dotrzymamy słowa, i to będą te ostatnie razy. Ale myślę że jest wiele „ostatnich razów” które przemijają niezauważone i dopiero po jakimś czasie łapiemy się na tym – o… wtedy była ostatnia szansa, kiedy mogłem coś zrobić, coś powiedzieć…

I nagle wszystkie powody, które tak dobrze tłumaczą czemu tego wtedy nie zrobiłem, przegrywają z „ale przynajmniej mogłeś, teraz możesz tylko powzdychać”. Nie ma znaczenia to co mam teraz do powiedzenia, nie mają znaczenia wszystkie pytania, które chciałbym zadać, albo rzeczy, które chciałbym wyjaśnić. Nie ma znaczenie żadna moja chęć, skoro brak możliwości przebija wszystko inne. I nie, nie mówię o próbie kontaktu z zaświatami, choć tak się też czuje. Wystarczy, że ktoś nie ma chęci z Tobą rozmawiać i już.. Zostają słowa niewypowiedzianie i z pokorą listy niewysłane.

Zostaje też pustka, niedosyt, żal, z którym bardzo nie umiem się oswoić. Zostaje też nadzieja, że to może jednak nie był ostatnia szansa, że wygram jeszcze jeden na loterii los, ale… to chyba próba zaklinania rzeczywistości.

Ciekawe czy się z tego czegoś nauczę.

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu