5 - tyle minut czytania

Hashtag #metoo trochę mnie zaskoczył. Widziałem, że obserwowane przeze mnie kobiety wrzucają go, często bez żadnych dodatkowych słów, na swoje „socialowe” profile. Początkowo wydał mi się totalnie niezrozumiały, choć było oczywistym że to jakaś „akcja”. Równocześnie zaintrygował na tyle, żeby go sprawdzić. Wszystko ma swój początek w aferze Harvey’a Weinsteina, ale ten temat wchodzi na dużo wyższy poziom.

Cytując za CNN:

Women — and some men — have used them [words – „me too”] to share personal stories of sexual harassment and assault.

Kobiety, czasem także mężczyźni używają ich [słów „ja też”] aby podzielić się historiami molestowana seksualnego lub przemocy, jakiej doświadczyli.

Nie mam żadnej opowieści, którą chcę się z Wami podzielić. Mam tylko obserwacje.

Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi się bawić w radio

Jeśli czytaliście pierwszy tom Millenium Larssona, to każda z czterech części opowieści otwierana jest statystyką wykroczeń wobec kobiet.

  • 18 procent szwedzkich kobiet doświadczyło choć raz groźby ze strony mężczyzny;
  • 46 procent szwedzkich kobiet co najmniej raz doświadczyło przemocy ze strony mężczyzny;
  • 13 procent szwedzkich kobiet doświadczyło przemocy seksualnej ze strony mężczyzn, z którymi nie pozostawały w żadnej relacji;
  • 92% Szwedek, które doświadczyły przemocy seksualnej nie zgłosiło tego na policji.

Tylko że to wszystko, nawet jeśli prawdziwe, dzieje się w lewackiej Szwecji, albo w korporacyjnie zgniłym świecie ameryki. Takie rzeczy nie mają przecież miejsca na naszej, zielonej wyspie. Tu takie rzeczy się nie dzieją.

#metoo #jateż – otwórz oczy – dzieją się.

Refleksja pierwsza. Jeśli przyjąć, na potrzeby chwili, statystyki od Larssona (przypuszczam, że aż tak bardzo się od Szwecji nie różnimy), to trzeba je trochę uczłowieczyć. Bo 46% brzmi abstrakcyjnie. Zmieńmy zatem perspektywę.

Ta wartość oznacza, że niemal pewnym jest, że połowa kobiet ze zbioru – Twoja mama, Twoja żona, Twoja siostra, Twoja była dziewczyna, Twoja córka, Twoja przyjaciółka, Twoja koleżanka z pracy – została w jakiś sposób skrzywdzona przez faceta (już pomijam to, jak duża jest szansa, że „tym facetem”, jest któryś z naszych kolegów).

Twoja mama, Twoja żona, Twoja siostra, Twoja była dziewczyna, Twoja córka, Twoja przyjaciółka, Twoja koleżanka z pracy. Każda z nich, z dużym prawdopodobieństwem, przynajmniej raz musiała (albo będzie musiała) zmierzyć się z przemocą i jej efektami, tylko dlatego, że jest kobietą.

Nie widzisz tego. Nie wiesz o tym. Nie myślisz o tym. Nie domyślasz się tego. Tylko… to że nie wiesz, oznacza jedynie, że nie musisz się tym przejmować. Jednocześnie wiesz, że nie masz trzech lat. Zamknięcie oczu nie sprawia, że problem znika.

Bo tak jest urządzony świat.

Refleksja druga. Świat mówi, że tak już jest. Więcej, świat bardzo często mówi, że to jest wina kobiety. Bo się za głośno śmiała, zbyt śmiało flirtowała, miała zbyt krótką spódniczkę, wypiła za dużo, spotykała się z niewłaściwym gościem. I… to wszystko prawda, o tyle, że tego wszystkiego kobieta powinna zapewne unikać, ale żadne z powyższych nie są odpowiedzią, dlaczego miała ją za to spotkać przemoc.

Wychowujemy się w świecie, w którym, zanim coś się stanie, wiemy, że to będzie „jej wina”. Ona to wie, więc będzie wstydziła się o tym mówić. On to wie, więc jest bardziej odważny. Świat to wie, więc łatwiej przymyka na to oko.

Teraz niby jest inaczej? Bo niby nikt nie próbuje ośmieszyć historii i znaczenia tego akcji w sieci…

Odwracając kota ogonem

Refleksja trzecia.
Od czasu do czasu uświadamiam sobie, że, choć do niego nie przystępowałem, należę do ekskluzywnego grona białych mężczyzn, żyjących w zachodnim świecie, którym jeśli nie wszystko się należy, to zwyczajnie jest im łatwiej. Mężczyzn, którzy nie muszą udowadniać, że są równie dobrzy co. Którzy nie muszą udowadniać, że są lepsi niż. Którzy nie muszą przebijać szklanego sufitu, nawet nie za bardzo zdają sobie sprawę z jego istnienia. Ten świat jest tak bardzo pod nich urządzony, że nawet o to członkostwo w klubie nie musieli zabiegać. Po prostu to dostali.

Dotychczas chyba nikt nie próbował mnie molestować. Równocześnie doskonale wiem, jak łatwo mi czasem dołożyć jednym prostym zdaniem. Ile się zbieram, kiedy ktoś wie, gdzie przyłożyć, albo dobrze swoją „szpileczką” trafia. Ile czasu i energii potrzebuję, żeby wrócić do pozycji wewnętrznego spokoju, także wtedy, kiedy cały świat jest mi przychylny i jeśli cokolwiek podpowiada, to „to nie Twoja wina, nie miałeś na to wpływu, ogarniesz”. Wiem też, że same słowa potrafią też doprowadzić do trudnych w odwróceniu decyzji, albo doprowadzić do zaniechania prowadzenia takiego czy innego projektu.

Nie umiem sobie wyobrazić czy bym sobie poradził z „naprawianiem siebie” gdyby ktoś naruszył moją prywatność. Gdyby ktoś mi wmawiał, że przecież tego chcę, nawet jeśli mówię nie. Gdyby cały świat wiedział i przypominał mi o tym, że to moja wina. Że sam tego chciałem. Że mi się to niemal należało. Wydaje mi się, że bym tego nie ogarnął.

Dziewczyny, Wy potraficie. Często samotnie, samodzielnie zbieracie się do kupy. Nie mówiąc nikomu. Nie mając odwagi się skarżyć, zmuszacie się, by wrócić do świata. Nie rzucacie ręcznika, nie dążycie do zemsty. Jesteście dość silne, aby walczyć i zdobywać swoje, pomimo wszystko. To nie oznacza, że wszystko gra. Że tak jest fajne i niech będzie, tak jak jest. Być może dojrzewamy do zmian.

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu