5 - tyle minut czytania

Przestaliśmy się słuchać. My naród. Na każdym możliwym poziomie. Nie, nie przestaliśmy słuchać wczoraj. Nie słuchamy się od lat. Choć może nigdy tego nie robiliśmy, może zawsze chodziło o wykrzyczenie, a jeszcze lepiej narzucenie swoich racji. I nie w tym rzecz, że ktoś nie słucha teraz tego co my mamy do powiedzenia, ale zwróćmy uwagę że my także nie słuchaliśmy wcześniej tych, którzy teraz nie słuchają nas. I nie słuchaliśmy ich, bo oni nie słuchali nas, a wszystko to dlatego, że wcześniej… I tak można drążyć, i zawsze ktoś znajdzie okazje, żeby wytłumaczyć, że pierwsza to jednak była kura, przed, którą jednak było jajo..

I jeszcze smutniejsze jest to, że już nie możemy sie doczekać tego, aby nie musieć nawet udawać, że będziemy słuchać, kiedy nareszcie przyjdzie nasza kolej. Właśnie wtedy dumnie stwierdzimy, że teraz jednak znowu k… my. Wiemy też,  jak to zrobic, by ta nasza kolej przyszła wcześniej. Trzeba tych po drugiej stronie obśmiac, obrazić, wyszydzić, sprawić, że będą o tacy malutcy. Naszym orężem będzie hejt. Hejt totalny. Hejt ponad wszystko. Bo przecież są głupi, źli i brzydcy i nie mają, nie mogą mieć racji. Żyjąc i umacniając się w tym przekonaniu, gwarantujemy sobie, że nic się nie zmieni. Nawet kiedy przyjdzie czas zmian i wejdziemy cali na biało, piękni, młodzi, światowi i oczytani My.

Obserwując naszą codzienność mam wrażenie, że powoli dochodzimy do Rzeczpospolitej Kibolskiej. I nie mam nic do kibiców wyrażających swoją miłość i swój irracjonalny fanatyzm do klubu, z którym są związani, oznaczający niemal nadaną z automatu nienawiść do wszystkiego co inne. Ale nie rozumiem jak możemy pozwalać na to, aby taka stawała Polska, w każdym możliwym aspekcie. Ta internetowa, ta medialna i ta jak najbardziej uliczna. Jak to się stało, że potrafimy jedynie krzyczeć i szydzić? W którym momencie pozwoliliśmy innymi Nas tak głęboko podzielić. Kiedy daliśmy komukolwiek prawo do podzielenia ludzi z którymi na codzień żyjemy, z którymi wiąże nas język, kultura, historia, na dwa coraz bardziej wrogie sobie obozy, przerzucające się inwektywami. Dlaczego z taką łatwością pozwalamy na  stosowanie przez wszystkich konwencji „tu stoimy my, a tam stoją oni”. Ten zwrot prowadzi ostatecznie do „tu stoją lepsi, a tam gorsi”. No a wiecie, rozumiecie, gorszych się przecież nie słucha, z gorszymi się przecież nie liczy, gorszych się przecież eliminuje…

Nie ma dla nas świętości, nie ma chyba już jednego punktu, w którym My naród możemy się spotkać i porozmawiać. Jesteśmy w totalnym sporze chyba niemal o wszystko. Co jeszcze gorsze, każdy kolejny temat, który moglibyśmy przegadać, taktujemy jako nowy doskonały punkt wyjścia w naszej podjazdowej wojence. Przecież nawet w rzeczach małych zgadzać się nie możemy, no bo jak? Moglibyśmy np. uznać, że rzeczą wartą wytłumaczenia jest jak to możliwe, że super bezpieczna limuzyna nie chroni przed absurdalnie banalnym zagrożeniem (i miejmy na uwadze, źe to nie pierwszy wypadek z wysokim rangą urzędnikiem – helikopter Millera, wypadek Casy, Tu-154.. jak widać sprzęt nie ma poglądów politycznych)*. Jednak nawet w tej sytuacji wolimy szydzić z Prezydenta i brzozy (całkowity brak klasy) lub też zwalać winę na poprzedników (jak długo jeszcze). A ciemny lud rechocze, bije brawo, toczy pianę, staje się bardziej ciemnym i wewnętrznie się gotuje.

Co dalej? A może raczej co teraz? Naprawdę tak być musi? A może jednak można jednak zrobić coś, co sprawi, źe zaczniemy nie tylko inaczej o tym wszystkim mówić, ale także o tym myśleć… Moglibyśmy zmienić retorykę. Zamiast korzystać z porównań wojenno / wojskowo bitewnych, zamiast dawać przyzwolenie na nawiązania sportowe, przejdźmy na kulinaria. W jednej i w drugiej sytuacji, mamy podobny zestaw autorów. Na arenie sportowej spotykają się dwie rywalizujące drużyny i pociesznie wyglądający facet, którego zadaniem jest zadbać, żeby się nie pozabijali. Przy jednym stole mogą siąść ludzie o zupełnie różnych poglądach, mający różne motywacje i będzie ich obsługiwać pociesznie wyglądający facet, którego zadaniem jest, wszyscy byli zadowoleni. Zamiast mówić kto, komu co i gdzie wsadzi, porozmawiajmy o tym, co nam smakuje. Zamiast nienawidzić naszego vis a vis i wymyślać mu od najgorszym, spróbujmy zobaczyć w nim człowieka, któremu wcale nie musi smakować to samo co nam, ale co też wcale nie oznacza, źe nigdy nie siądziemy przy wspólnym stole. Zamiast ubliżać arbitrowi i wypominać mu, żeby się w nasze sprawy nie wtrącał, moglibyśmy np zapytać sommeliera jakie wino najlepiej smakuje do naszego dania, bo on się przecież na tym zna.

Demokracja nie musi być polem bitwy, moźe być wspólnym posiłkiem. Różne poglądy nie muszą oznaczać zdrady i być karane śmiercią, mogą być po prostu przysmakami innej kuchni, które zechcemy spróbować i ktore – o zgrozo – mogą nam posmakować lub moźemy chciec nauczyć sie je przyrzadzać. Na stadionie i w dżungli wszystkie chwyty dozwolone, przy stole pewnych rzeczy robić nie wypada, poza tym od razu widać i słychać kto siorbie i kto rozlał zupę.. Na wojnie są rzecz jasna zwycięzcy, są pokonani, ale są takźe jeńcy i ofiary duźo, dużo krwi. Od stołu wszysycy mogą wstać najedzeni, zadowoleni. Przy stole można bez obawy powiedzieć „nie dziękuję” i nikt nie bedzie miał tego za złe. Przy stole siada sie po to, aby sie dogadać, na wojnę idzie się, by gwałcić i mordować. Przy stole ustala się, na co mamy ochotę, na wojnie zwycięzcy piszą (i przekłamują) historię.

A jeśli  „ci tam n a górze” nie będą chcieli siąść z nami do stołu… Cóż.. Oni tam są dla nas, nie my dla nich, choć póki co, to oni grają nami w swoje wojenki. Zmieńmy język, zmieńmy kontekst, zmieńmy retorykę. Zacznijmy rozmawiać, zanim będzie za późno.

Propozycja zainspirowana bardzo prezentacją TED o tym, że o seksie też lepiej rozmawiać jak o jedzeniu.

*To nie są podwaliny pod teorię spiskową, to raczej dowód naszej narodowej bylejakości… Ogarnijmy sie, przecież to niepoważne…