9 - tyle minut czytania

Jestem pewien, że ją znasz. Tę opowieść, o człowieku, który był skazany na porażkę, ale miał w sobie dość determinacji, aby wygrać. Albo o tej dziewczynie, którą wszyscy gnębili, nie miała żadnych predyspozycji, ale jednak, na przekór wszystkim wygrała. Albo o tym facecie, który przez całe życie próbował zrobić swój własny biznes, ale wiele razy przegrywał i dopiero pod koniec swojego życia zapewnił spokojny byt swojej rodzinie, choć już wszyscy w niego zwątpili. No i na pewno opowiadali Ci o tym młodzieniaszku, który z kumplami w garażu zbudował apkę, którą potem sprzedał za dużą bańkę. O nich wszystkich słyszałeś, prawda?

Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale wszędzie wokół nas są historie. Każdy historie opowiada. Każdy próbuje. Jasne, zapamiętujemy te najciekawiej opowiedziane, te najlepsze opowiadamy dalej. Najbardziej lubimy te z morałem, z jakimś przewrotnym elementem. Kochamy wracać do tych, które są motywujące. Opowieści są super. Tylko… czy na pewno?

Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi bawić się w radio

Dawno dawno temu, za górami, za lasami

Opowieści nie są przecież niczym nowym. To nasz sposób, na przekazywanie (i przyswajanie) wiedzy. Temu służyły mity, legendy, przypowieści, podania, baśnie, powieści. Zachowaniu zdobyczy wiedzy i zdobyczy kulturowych dla przyszłych pokoleń. Być może prób zachowania i przekazania wiedzy było więcej, ale drogą ewolucji ([sarkazm mode on*] tej hue, hue, hue lewackiej teorii [sarkazm mode off]) – co nam z dawnych wieków zostało, dowodzi, jakie były najsilniejsze, najskuteczniejsze metody. Być może Homer próbował na sto sposobów przekazać przesłanie z Iliady i Odysei, ale przez lata zachowała się jedynie ta przekazywana z ust do ust w formie opowieści. To, że znamy opowieść gościa, który żył w VIII wieku przed naszą erą pokazuje niebagatelną siłę opowieści właśnie.

Skoro więc działa, a ja sam zachęcam do tego, aby próbując przekazywać wiedzę wykorzystywać ten mechanizm, to o co mi chodzi? Co takiego się zmieniło, że teraz stało się to nagle problemem?

W morzu opowieści

Wyobraźmy sobie, że jakiś producent wytworzył dobry, słowo klucz – innowacyjny – produkt. Produkt, z którego chcą korzystać klienci, bez którego nie potrafią sobie już wyobrazić życia. Producent zaczyna zarabiać, konkurencja go podpatruje i zaczyna robić swoje wersje tego samego. Są tacy konkurenci, którzy się do tego przyłożą, zrobią to dobrze. Są tacy, którzy żyją z tego, że czyhają na okazję do wypuszczenia podróbki, która ma wyglądać, ale niekoniecznie działać. Oni chcą na tym zarobić, więc time beats quality. Po pewnym czasie, rynek zalany jest produktami takimi jak ten wymyślony, są dobre i masa złych. I jako że zły pieniądz wypiera dobry pieniądz, to masa złych zaczyna deformować ideę produktu (chyba właśnie niebezpiecznie ocieram się o Platona…).

Co w związku z tym? Jaki jest morał tej opowieści? Czy chodzi o to [lewackie teorie mode on] do czego prowadzi agresywny kapitalizm? [lewackie teorie mode off]. Nie. Chodzi mi to, że kiedy coś działa, ludzkość ma w naturze eksplorować ten obszar do maksimum, nie zastanawiając się, jaki będzie tego efekt. A radzenie sobie ze skutkami, wyciąganie wniosków i uczenie się, wyrabianie nowych nawyków zaskakująco długo trwa… To znowu może mieć coś wspólnego z ewolucją.

Żyjemy w dobie content marketingu (blogi, seriale, książki, wykłady). Chyba już wszyscy marketerzy dowiedzieli się, że to opowieści na nas działają. W związku z tym starają się nas opowieściami zalać. Tzn oni chcą do nas dotrzeć ze swoją bajką, która musi być lepsza od wszystkich innych bajek. Trwa więc walka o naszą uwagę, którą potem można zmonetyzować, na Twojej uwadze zarobić.

Zalewa nas masa historii, których nie potrafimy jeszcze (?) weryfikować. Pokusa opowiedzenia historii, która poniesie się dalej, choć nie będzie prawdziwa, zamiast opowiadać historię prawdziwą, ale pozbawioną pierwiastka „efektywności” jest tym większa, im więcej na opowiadaniu historii można zarobić. Zarobić, czy raczej zyskać, bo przecież nie zawsze chodzi o żywą gotówkę. Czasem chodzi o przekonania, wiarę. Coraz mniej chodzi o to, jakie są fakty. Coraz bardziej o to jakie mogłyby, lub wręcz powinny być. A skoro powinny i mogą, to są. I można o tym bezkarnie opowiedzieć. Taki efekt życia w post prawdzie. Odwracanie natomiast dobrych, ale fałszywych historii jest trudne. To jak próbować obalić miejską legendę.

Czego nie mówią opowieści

Załóżmy nawet, że historie są opowiadane w dobrej wierze i są oparte na faktach. Czy wtedy z nimi jest wszystko ok? Nie jestem pewien. Tu posłużę się przykładem wykorzystywania opowieści w treningach, ćwiczeniach, które mają zachęcić, do uwierzenia w siebie. Niezależnie od tego, jak opowieść brzmi, schemat jest zwykle podobny. Pokazać kogoś takiego jak my (lub w nawet kogoś o gorszym położeniu niż nasze), pokazać jak mało prawdopodobny wydawać się może sukces danej osoby, a następnie pokazać, że wszystkie przeciwności to nic, bo nasz bohater / bohaterka dała radę. WoooHooo. Ale to jeszcze nic, bo skoro on / ona dała radę, to na co Ty, potencjalny zwycięzco czekasz? Jaka jest Twoja wymówka. Wracaj na karuzelę i kręć po zwycięstwo. Znacie to? Czy to tylko ja tak mam…

Uwielbiamy success stories. Tylko że… W takiej historii widzimy, zwracamy uwagę, i – co najważniejsze – zapamiętujemy tylko to, co opowiadający chcą nam pokazać. Historia jest uproszczeniem wydarzeń. Jest kilkuminutową pigułką z wielu tygodni, wielu miesięcy, wielu lat czyjegoś wysiłku i czyjejś pracy. Wysiłku, którego nie widać. Potknięć, o których się nie wspomina. Wątpliwości, które nie wybrzmiewają i bólu mięśni, o którym mózg słuchać nie chce.

Dygresja – w tym miejscu zdradzę Wam pewien sekret życia.

Muszę Wam to powiedzieć. Nie ma Świętego Mikołaja, a facet w czerwonym wdzianku to wymysł marketerów Coca-Coli. Sorry.

I jeszcze jedno. Sukces nie przychodzi w jedną noc, bez wysiłku. Ani Tobie, ani innym. Nawet geniuszom. Nawet mistrzom olimpijskim. Sukces jest efektem pracy, wytrwałości i szczęścia (warunek niezbędny, ale nie wystarczający). A to że kiedyś się komuś zdarzyło, jest równie prawdopodobne jak to, że ktoś inny widział jednorożca. Może i widział, ale nie wiemy co brał wcześniej.

Więc kiedy słyszysz o sukcesie, nie zapominaj też o pocie, krwi i łzach (albo górze niepowodzeń) która go poprzedzała. I kwestionuj to, co Ci opowiadają.

Wszystko zmieniająca perspektywa

Kiedy ktoś przedstawia nam logiczny i chronologiczny ciąg zdarzeń, nasz mózg lubi to. Podąża tą ścieżką i mówi – no tak, przecież to oczywiste. Tylko że coś, co wydaje się oczywiste z perspektywy końca ścieżki, rzadko kiedy wydaje się równie oczywiste z perspektywy kogoś, kto dopiero rozpoczyna wędrówkę. Bo jak gdzieś idziesz, to trafiasz na rozgałęzienia i potrzebujesz zdecydować, w którą stronę pójdziesz. Gdy zaczynasz wędrówkę, to zarówno droga do celu jak i sam cel, wyglądają zupełnie inaczej, niż kiedy go zdobywasz. O ile go zdobywasz.

Znając efekt, przesłanki które do niego prowadziły wydają się znacznie bardziej wyraźne, prawdopodobne, wiarygodne. Bo znasz efekt;)

A że każda treść w internecie brzmi bardziej wiarygodnie kiedy odwołasz się do liczb i (nie popartych źródłami) statystyk, pamiętaj o tym, że na każdego zwycięzcę przypada dziesięciu, albo stu innych, których po drodze rozszarpali wilcy jacyś… Kłopot w tym, że historie o przegranych (choć były istotne dla tych, którzy je ponieśli), nie sprzedają ani siebie, ani nic innego. Rzadko kiedy kręcą o nich filmy. A jak już kręcą, to rzadko kiedy w filmach gra ich Leonardo Di Caprio. Albo chociaż Cezary Cezary. I cóż z tego, że to by były dobre filmy, skoro nikt ich nie chce oglądać.

I tak zupełnie poza wszystkim – ta dobrze opowiedziana historia jest tak dobra, że nie musi być prawdziwa. Ważne, że Ty drogi czytelniku / słuchaczu jesteś zmotywowany do tego, by wygrywać.

Warto znać swoją opowieść

Opowieści o sukcesach innych mają być dla nas motywacją i natchnieniem do tego by dążyć do swoich celów. Skoro jest tego taka masa, to zapewne działa. Zastanawia mnie tylko, dlaczego motywacji szukamy w sukcesach innych. Tak jakby ich wyzwania były większe od naszych, ich pozycja wyjściowa była gorsza od naszej, a dzięki temu że ich sukces był mniej prawdopodobny, to nam ma się w jakiś magiczny sposób udać.

A nie lepsza byłaby historia o tym, kiedy człowiek taki jak Ty, żyjący w świecie takim jak Twój, mający doświadczenie i umiejętności takie jak Ty, mierzył się z wyzwaniami takimi jak Twoje… I jeszcze potrafił sobie z nimi poradzić… Znasz kogoś takiego?

Ja znam. To Ty. Czy Tobie coś przyszło łatwo? Samo? W myśl dowcipu
– Co jesz?
– Mięsko.
– Skąd masz?
– Samo przypełzło

Przypełzło Ci coś kiedyś samo? A może jednak wszystko co masz, masz bo musiałeś / musiałaś o to zawalczyć, postarać się… Tylko tak bardzo i tak chętnie patrzysz do przodu, i tak bardzo porównujesz się do innych, i tak bardzo chcesz czerpać i podziwiać sukcesy innych… być podziwianym / podziwianą za te sukcesy jak inni, że… trochę jednak zapominasz o tym, jakie trofea i jakie nagrody zgromadziłeś / zgromadziłaś na swojej drodze.

Nie zastanawiasz się nad tym, bo przecież już je masz. Już to zdobyłeś / osiągnęłaś. Teraz pora po więcej. Po następne. Są kolejne „skalpy” do zdobycia. Są. Ale całkiem niezłą motywacją do tego, aby znaleźć sposób jak masz je zdobyć, jest Twoje doświadczenie, Twoje umiejętności, Twoja historia.

Zresztą, gdybyś popatrzył na dzisiejszego siebie oczami siebie z przed 15 lat, to co byś zobaczył? Co powiedziałby o Tobie 15 letni Ty?

Kończąc mam jedno pytanie. Jak brzmi Twoja historia?

I na deser, dla wytrwałych i zdeterminowanych czytelników, prawdziwe ciacho;-)

*nigdy tego nie robiłem, nie podnosiłem tabliczki z napisem sarkazm, ale tu sprawa jest na tyle delikatna, że musze to zaznaczyć, na wszelki wypadek. Taki disclaimer

Lektura nieobowiązkowa

czyli skąd mi się to wszystko w głowie uroiło:

Malcolm Gladwell – Co widział pies
Malcolm Gladwell – Outliers
Malcolm Gladwell – David and Goliath
Dan & Chip Heath – Make it stick
Dan & Chip Heath – Myth of the garage

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu