7 - tyle minut czytania

Wpis w skrócie: Rozważam następującą myśl: co jest większym problemem – zła decyzja i jej konsekwencje, czy ilość czasu (swojego i cudzego) i energii (swojej i cudzej), które się marnują gdy decyzji lub działania brak? I jakie znam sposoby na to, by ułatwić sobie podejmowanie decyzji i zrzucanie tematów z głowy.

Jestem też ciekaw, jakie mechanizmy Ty stosujesz w tym kontekście i chciałbym Cię poprosić o podzielenie się nimi w komentarzu;)

Brak podejmowania decyzji lub działania to zjawisko, które ma bardzo fachowe i trudne do zapamiętania określenie – prokrastynacja. 

Prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia.

Tylko że nazywanie pewnych rzeczy, to także oswajanie się z nimi, uznawanie ze są Ok. Odwlekanie działania to jeden z moich demonów i to zdecydowanie nie jest moim zdaniem Ok. [pstryk] Skoro już go znam i go nazwałem, to chciałbym się z nim zmierzyć, nawet jeśli już parę razy próbowałem i dotychczas postępy były… dyskretne. Równocześnie – jak nie będę próbował, to nic z tego nie wyjdzie.

Przewrotne jest to, że pierwszy wewnętrzny odruch niechęci do pisania w codziennym ciągu łapie mnie w chwili, kiedy wymyśliłem sobie / zaplanowałem pisać o niemożnościach w podejmowaniu decyzji. Rzeczywistość ma dość… osobliwe poczucie humoru.

Trzeba podjąć decyzję

Dzień jak co dzień, chwila jakich wiele. Stajemy przed wyborem.

Jeśli podejmiemy dobrą decyzję, czeka nas sukces. Czy raczej kroczek w stronę sukcesu. Nie ma co jeszcze mrozić szampanów.

Jeśli decyzja będzie neutralną (i raczej większość jest takich) to nic się nie dzieje, wszystko toczy się dalej tak jak powinno, żadnych zwrotów akcji, żadnego przyspieszania.

To co mnie często paraliżuje, to obawa, że podejmę złą decyzję i będę musiał się zmierzyć z jej konsekwencjami. Więc wolę pogłowić się chwilę dłużej, rozważyć opcje od a do z, czasem nawet do ź i ż. Wierzyć, że podejmę lepszą decyzję po tym jak zbiorę więcej informacji. Proste? Właściwe? No właśnie nie.

Zacznijmy od oczywistości – złą decyzję niemal zawsze można naprawić (nie jesteśmy generałami na wojnie). Obrany kierunek można skorygować (nie płyniemy Titanic’iem na górę lodową). Czas stracony na niewłaściwe działanie można „odzyskać” wyciągając wnioski i ułatwiając sobie decyzje w przyszłości.

Analizowanie wszystkiego, branie pod uwagę absolutnie każdego aspektu danej sytuacji i wszelkich możliwych następstw nie jest efektywne, nie jest produktywne, nic nie wnosi i nic nie ułatwia. Nic nie przynosi. Co więcej, są dowody na to, że im więcej wiemy, tym gorsze podejmujemy decyzje (więcej o tym prawie na pewno piszą we freakonomics… a jak nie piszą akurat o tym, to to i tak jest książka, którą warto przeczytać). 

Otoczenie podejmowania decyzji

Nasza codzienność nie ułatwia nam podejmowania decyzji, bo  co i rusz musimy się na coś decydować, tylko zamiast nabierać w decydowaniu doświadczenia, rozmieniamy swoją uwagę na drobne. W rzeczach małych i dużych. Chciałem spytać czy wiesz ilu świadomych lub nie wyborów (decyzji) podejmujesz chcąc napić się kawy*, ale to przykład tak oklepany i wyświechtany ze mi trochę wstyd. 

Jesteśmy zanurzeni w wyborach, na które nie mamy ochoty, lub których nie jesteśmy świadomi.  Z pomocą w radzeniu sobie z codziennością przychodzą nam nawyki i automatyzacje (aby dowiedzieć się więcej o nich polecam sięgnięcie po Siłę nawyku czy Pstryk). Jesteśmy tak stworzeni, że wiele rzeczy możemy robić na autopilocie, nie skupiając  się specjalnie na danej czynności. Dzięki temu nie wariujemy, co nam ułatwia życie.

Więc może da się coś zrobić, przyjąć jakieś zasady, wypracować jakiś nawyk, który ułatwi podejmowanie decyzji?

Zasady ułatwiające mi podejmowanie decyzji / działań

Ta, która ma oczyścić przedpole z szumu – jeśli coś zajmie mi kilka sekund, to powinienem to zrobić od razu (bo dzięki temu nie będę tracił czasu na wracanie do tematu, który mogłem rozwiązać z marszu). 

Ta, która ma pomoc podejmować decyzje – jeśli coś nie jest kategorycznym tak, jest kategorycznym nie. To ma pomóc w robieniu rzeczy, które chce robić i wzmocnić działanie tego czego chce. Nieco zabawne i dość przewrotne jest to, że jestem człowiekiem, który zbyt często bywa na nie;). 

Tak swoją droga, mam na czytniku książkę „One second ahead” która traktuje o tych małych sposobach usprawniania swojej efektywności. Chyba powinienem do niej wrócić, nawet jeśli sugeruje wyłączenie maila po 10 rano.

Co zmienia decyzja?

No właśnie… wszystko i nic. Nawet najlepsza decyzja, najbardziej przełomowa decyzja to ledwie impuls. Ważny, bo bez niego nic się nie dzieje, ale i nie decydujący bo na tym etapie jest jedynie pustym gestem.  Impuls spuszcza hamulec i pozwala przystąpić do działania, ale rzadko kiedy samo wyrażenie woli (chyba że jesteśmy kimś naprawdę wysoko) niesie ze sobą sprawczość. Wolę trzeba poprzeć działaniem. Decyzja jest warunkiem koniecznym, aby móc zacząć działać, a działanie potrafimy korygować. Wniosek: Decyduj szybciej i od razu zaczynaj korygować.

Druga rzecz – decyzja niewypowiedziana to wciąż brak decyzji. Przełożenie póki co ma takie, jak wizualizacja na rzeczywistość. Fajnie fajnie i co z tego. Trzeba umieć zakomunikować wolę. Dla siebie, i dla innych, aby rozumieli jaki jest teraz kurs, aby wiedzieli jak się do niego ustawić. Docelowo dobrze się upewnić, czy odbiorcy zrozumieli komunikat, ale nie komplikujmy.

Wnioski?

Obserwacja: Przeprocesowanie zagadnienia i wyartykułowanie wyniku bywa dla mnie wyzwaniem, choć wiem, że wyjście z trybu oczekiwania wszystkim ułatwia życie. Niepewność męczy, a ja nie chce męczyć ludzi. Mimo to często walczę ze sobą, z „wydaniem z siebie komunikatu” niezależne od tego, jak bardzo jestem do decyzji przekonany. Muszę nad tym popracować.
Zadanie: Decydować i komunikować szybciej.

Nie działa na mnie deadline, nie działa na mnie lista todo, nie ogarniam kalendarza. Próbowałem zapoznać się z koncepcją getting things done – i to wciąż dla mnie zagadka. W tym momencie jak wspominałem, wszyscy potencjalni pracodawcy palą wrotki, a obecni pewnie nerwowo się rozglądają. Na pocieszenie, mimo tego że jest mnóstwo rzeczy które na mnie nie działa, wciąż jeszcze żyję, działam i od czasu do czasu coś mi się udaje 😉

Zazdroszczę tym, którzy łatwość w powyższym (decydowaniu, działaniu, komunikowaniu) wyssali z mlekiem matki. Ale podobno tego też da się nauczyć. Więc jeśli masz swój sprawdzony sposób – podziel się proszę, na przykład w komentarzu.

Ufff… Nie było łatwo zabrać się za i przysiąść do tego wpisu. Co pomogło?

Pomogła chęć utrzymania regularności. Pomogło zaplanowanie tematu z pewnym wyprzedzeniem. Pomógł moment pstryk, kiedy okazało się, że wiem dlaczego to dla mnie ważne. I tu obserwacja – decyzje i działania łatwiej podejmuje się tam, gdzie coś dla nas ważne i coś od nas zależy. Ale może też to doświadczenie i spostrzeżenie jest ważne, aby wdrażać ją także w obszarach obowiązku i pracy, zanim obowiązek i praca przejdą z trybu muszę do trybu chcę. Równoważność jako wzajemna implikacja.


[pstryk] ten moment w którym nagle zaczynam rozumieć czemu napisałem ten tekst. 

* Kawa. Przykład tak bardzo oklepany że aż mi wstyd. Więc, ilu wyborów dokonujesz chcąc kawę? Jak dla mnie można spokojnie dojść do co najmniej 10 wyborów w tej raczej prostej kwestii. 

Chcesz kawę?

  1. W domu czy na mieście?
    Na mieście (swoją droga, wiesz ile kosztuje kawa?
  2. A jaką? Mieloną czy rozpuszczalną
    Mieloną. 
  3. Arabicę, Robustę? Może mieszankę?
    Mieszankę 
  4. Z mlekiem czy bez?
    Z mlekiem. 
  5. Zwykłe, odtłuszczone, sojowe, migdałowe? 
    Zwykłe. 
  6. Spienionym czy jedynie wlanym?
    Spienionym. 
  7. Spienionym na ciepło czy na zimno?
    Na ciepło. 
  8. Słodzisz?
    Tak. 
  9. Cukier biały, trzcinowy, ksylitol?
    Trzcinowy
  10. Syrop do smaku?


Ugh. Kawę. Chciałem kawę. Więc biorę espresso.

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu