3 - tyle minut czytania

Oberwało mi się ostatnio, że za mało mnie w moich tekstach. Że piszę tak bardzo dużo słów, a tak mało w tym człowieka. To w sumie może być jedna z bolączek Niecodziennego (może nie tylko niecodziennego a wszystkich moich prywatnych projektów).

Ci, którzy piszą po amatorsku (znaczy z pasji, a nie wykształcenia) potrafią pisać tylko o sobie, tylko o tym, czego doświadczyli. To drugie ze zdań, które od dobrych kilkunastu miesięcy mi w głowie siedzi. Znowu celne, znowu prawdziwe. Znowu chyba bardzo mnie dotyczące.

Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi się bawić w radio

Czytam, bo to Twoje

Od czasu do czasu napraszam się o komentarz do tego, co na blogu zamieszczam. Jestem zwyczajnie ciekaw odbioru. Potrzebuję… szturchnięcia, podpowiedzi, krytyki. Jak ta potrzeba ma się z tym, że piszę dla siebie? No ma się tak, że ja piszę, ale Wy czytacie. Chcę pisać lepiej, a skąd mam wiedzieć jakie błędy popełniam, skoro nikt ich mi nie pokazuje… Ja trochę za bardzo siedzę w tym swoim świecie, w mojej głowie (w cudzych głowach siedzieć nie potrafię), żeby dobrze umieć siebie ocenić. I dlatego potrzebuję weryfikacji czytelników / słuchaczy.

Kiedy słyszę lub czytam, że „tak, czytam bo to Twoje” to mam zgryz. Z jednej strony, to zawsze miłe. Bo to dowód na to, że ktoś lubi mnie na tyle, żeby przynajmniej udawać, że miał czas i głowę, żeby w te moje „wymądrzenia się” zerknąć. Z drugiej strony… odbieram to jako słabość samego tekstu. Że jego jedynym atutem, argumentem jest to, że to „moje”. I to trochę dla mnie mało. Może źle patrzę, może źle rozumiem.

Rozdział między twórcą a dziełem

Da się to rozdzielić? Chyba nie, stąd tak wielka czasem pokusa poważnych pisarzy, aby wydawać pod pseudonimem. Współcześnie zdecydowała się na to choćby J.K. Rowling, ale na taki krok zdecydował się kiedyś także Stephen King. W Polsce to też nie nowość. Nie tylko Remigiusz Mróz pisze pod pseudonimem, ale o ile wiecie, że pseudonimem jest Bolesław Prus, to, czy wiecie, że także Jan Brzechwa jest przybranym nazwiskiem?

My odbiorcy mamy chyba bardzo mocną konotację między tym, kto pisze / tworzy a tym, co zostało stworzone. To wpływa na nasz odbiór, na naszą ocenę. Bardzo możliwe, że wpływa też na to, czy w ogóle chcemy po coś sięgać. Może nie tylko lubimy piosenki, które już znamy, ale też lubimy dzieła ludzi, których już znamy. Oczywiste… Raz zgromadzony kredyt zaufania procentuje. Raz utracone zaufanie, będzie się potem czkawicą odbijać.

Czy zatem będzie mnie więcej w moich tekstach?

Nie wiem. Zwłaszcza jeśli wezmę pod uwagę, że ciężko mi powiedzieć, o czym będę pisał jutro, a pojutrze to już całkowita zagadka. Kierunek wydaje się kuszący, ale ja wciąż bardzo boję się niepotrzebnego ekshibicjonizmu. Tym bardziej że chciałbym pisać inaczej.

Chciałbym pisać lżej, krócej, zwięźlej. Chciałbym pisać ze swadą, z humorem. Chciałbym pisać mądrzej, może także konkretniej. Uwielbiam fraszki, słowne igraszki. Lec, Sztaudynger – wzorce niedoścignione, ocierające się w mojej głowie o uwielbienie. Inna rzecz, że nigdy nie próbowałem tej formy. Tylko że to wymaga niezwykłego zmysłu obserwacji i kondensacji słów. Muszę kiedyś się skusić…

Może czas dorosnąć, zacząć teksty przepracowywać, zamiast je z głowy wylewać. Dobrze przygotować, dobrze przemyśleć. Dopieścić pod względem formy i interpunkcji… Wizja piękna, ale chyba się prędko nie zrealizuje, ponieważ tak nie potrafię. Dokładniej rzecz ujmując – dotychczas tak nie potrafiłem. Może w innym miejscu, w innym czasie.

Piszę tak, jak umiem. Liczę na Waszą wyrozumiałość.

Na osłodę Wójcicki:)