Gdy przestanie wiać wiatr zmiany 3 - tyle minut czytania

Boje się. Boje się tego, że za dzień, dwa, tydzień zabraknie mi determinacji. Boje się tego, że w którymś momencie wszystkie mądre myśli, które mi się w głowie składają okażą się tylko pobożnymi życzeniami. Zbyt słabymi, aby przetrwać próbę czasu.

Boje się tego, że się gdzieś potknę, zabraknie mi regularności i z byle powodu wszystkie pozbierane doświadczenia wezmą w łeb. Okaże się, ze jednak nie umiem, nie potrafię, więc na co mi ten angielski, to wstawanie, to pisanie, to wszystko.

Boje się tego, że to tylko słomiany zapał. Że się wypali, nie da wiele ciepła, ale też nie będzie początkiem konkretnego, kontrolowanego ognia, który wytwarza energię przez dłuższy czas. Boje się, bo nie wiem co będzie, kiedy przyjdzie konkretny kryzys.

Boje się tego, że to tylko ten marzec, który obfituje w rozmaite momenty zmian – wszędzie dookoła czuć wiatr zmian. Pozytywnych w dużej mierze. Ktoś zmienia pracę, ktoś zaczyna ćwiczenia, ktoś inny uczy się nowego języka. Ja zacząłem wstawać, pisać, naprawdę staram się więcej uśmiechać. Ale co jeśli kwiecień nie będzie miał tej mocy? Dam radę?

Sposób na siebie

Myślę że stąd to moje pisanie. Nie wiem czy ono jest neurotyczne czy desperackie. Wątpliwości czy to moje pisanie jest wartościowe mam od samego początku, ale też pisze przecież przede wszystkim dla siebie. Od zawsze powtarzam sobie, że piszę tu tak jak wcześniej pisałem Wolfa dlatego, że to dla mnie wygodne. Łatwiej mi pisać do publicznej wirtualnej szuflady, niż składać kolejne karteczki w biurku. Swoją droga, tu przynajmniej mam szanse to jakoś ogarnąć, układać, katalogować, łączyć tematy.

Piszę, aby dać sobie szanse wyrobienia nawyku. Piszę, aby deklarować że się zmieniam i głupio mi będzie tak bez powodu przestać. Pamiętam – zacząłem to robić dla sienie i dla siebie mogę przestać, ale szukam kolejnych małych i dużych przeszkód aby nie przestawać. Aby wytrwać, bo widzę, że to niesie potencjał zmiany.

Małe radości

Cieszę się małymi zmianami. Cieszę się tym, że widzę jak budzi się dzień. Cieszę się tym, że zaczynam mieć ochotę do próbowania robienia niektórych rzeczy inaczej. Cieszę się tym, że pomysły mi się nie kończą i że zaczynam mieć ochotę żeby wychodzić do ludzi, powoli odświeżać nieco przykurzone ścieżki prowadzące do cennych ludzi. Ciesze się, że daje sobie szanse na ‚inaczej’, bo chyba jedynym sposobem znajdowania się w miejscach, w których mi dobrze jest przejście przez to ‚inaczej’. Tydzień temu zaczął się motyw ruchu i pomysł, że choć nie mam najmniejszego zamiaru przebiec maratonu, mam ochotę pojeździć na rowerze. Już wiem, że mogę zacząć dzień od przejażdżki wzdłuż Wisły. Przyznam Ci się do czegoś – nie mogę się pierwszej jazdy doczekać. Może jutro, może w przyszłym tygodniu, ale pojadę. 

Głupotą byłoby z tego wszystkiego zrezygnować i wrócić do bycia niby nie głupim, ale jednak wewnętrznie wkurzonym i spiętym jak agrafka gościem. Myślenie o sobie i dawanie sobie szansy ułatwia spokój. 

Równocześnie, ciesze się że spróbowałem. Nawet jeśli to ma się kiedyś skończyć, to mam za sobą już trochę bezcennego, niezwykle przyjemnego doświadczenia, które próbuję Ci przekazać i którym próbuję Cię zarazić. W najgorszym razie to będzie niosło znamiona bardzo wyjątkowego marca. Cholernie dobrego marca.

Pamiętam i podkreślam, że nie robię tego na zaliczenie, na ocenę. Nie robię tego bo muszę, a chcę. Nie robię tego bo ktoś mi każe, albo okoliczności wymuszają. Robię to tylko dla siebie i dlatego że ja chce. Dobrze jest siebie słuchać. Chce wierzyć, że słuchanie siebie i danie sobie kredytu zadufania i wolności zaakceptowania siebie to coś jak… Hmm… przeczytana książka, dobrze wykonana praca, opanowana umijętność – nikt Ci tego nie zabierze, i od zawsze będzie już z Tobą.

Natomiast póki się nie nauczę – wiej wietrze zmian. Nie przestawaj.