5 - tyle minut czytania

W swoich skromnych progach staram się Was od czasu do czasu zachęcić do spróbowania małych, prostych rzeczy, które owocują czasem zupełnie nieprzewidzianymi efektami. Jak już pisałem, w małych rzeczach drzemie wielka moc, ale głównym powodem jest to, że bardzo często mogę Wam powiedzieć – wiem że to działa, bo sam tego spróbowałem. Wtedy wiem, o czym piszę, a jeśli mam okazję, mogę też wyjaśnić trochę bardziej szczegółowo skąd taka, a nie inna propozycja wynika.

Wspominałem Wam już, że warto z rozwagą zarządzać swoim czasem, polecałem Wam książkę Michała Szafrańskiego o finansach osobistych, opowiedziałem Wam, że w zasadzie bez odczuwania jakichkolwiek trudności można oszczędzić tysiąc złotych w rok (zupełnie bez wysiłku 😉 ). Pokazałem, że świat się zmienia na tyle, że człowiek dobrze po 30stce może dorosnąć do pre-paida. Co dziś mam dla Was?

Dziś chce Was zachęcić do spisywania swoich wydatków. Nie tylko dlatego, że to pomaga w planowaniu domowego budżetu, ale dlatego, że w jakiś zupełnie niezrozumiały sposób, to wpływa na to, ile pieniędzy zostaje Wam w portfelu / na koncie.

Skąd pomysł na spisywanie wydatków?

Kiedy czytałem „Finansowego Ninja” (a wcześniej 100 potwornych opowieści o pieniądzach Macieja Samcika), wielokrotnie przewijała się potrzeba budżetowania swoich wydatków – zaplanowania tego, co z pieniędzmi robimy. W myśl zasady – pieniądze mają pracować. Jak nie pracują (czytaj: nie wiesz, gdzie są, ile ich jest i nie składają nawet małych procencików) to się rozleniwiają. A leniwe pieniądze rozchodzą się. Przy okazji, gorąco zachęcam (nie pierwszy już chyba raz) do przeczytania opowiadania Rafała A. Ziemkiewicza pt. Żywa gotówka.

Z budżetowaniem miałem taki problem, że to ma służyć do zrozumienia, gdzie pieniądze są, ile wydajemy, ile mamy do wydania i czy mamy gdzieś luzy. Ma służyć do tego, żeby zaplanować oszczędzanie, bo oszczędzanie jest ważne ;-). Gdzie zatem problem? Cóż… budżetowanie jest nieco ograniczające, a ja przecież zacząłem już sobie swoje górki, poduszki, zaskórniaki składać. Pewien mechanizm i regularność wdrożyłem, środki powoli zaczęły się zbierać (choć jeszcze nie bardzo wiedziałem, po co). No to czy to całe przyglądanie się wydatkom jest mi potrzebne? Co też może z niego dobrego wyniknąć?

Mimo swoich wątpliwości i przekonaniu o tym, czy to pomocne, postanowiłem podjąć wyzwanie. A raczej podjąć wyzwanie raz jeszcze, ponieważ wcześniej wielokrotnie już ten temat podejmowałem, tylko za każdym razem po kilku dniach brakowało mi determinacji, żeby to utrzymać. To wymaga regularności. Codziennej, najlepiej spisania wydatku po każdej płatności, ale…

Moje wymówki aby nie spisywać wydatków

No właśnie, ale… Dotychczas nie znalazłem aplikacji, która by mi to ułatwiała. Jestem leniwy, chciałbym mieć taką aplikację, która będzie:

a) wygodna,
b) intuicyjna i łatwa w obsłudze,
c) będzie pozwalała wygodnie obsługiwać wiele kont 
d) będzie pozwalała na podpięcie kilku użytkowników
e) będzie miała interfejs www.

Chyba tyle… jeszcze fajnie by było, żeby była albo darmowa, albo za rozsądną cenę. Abonament jak dla mnie taką aplikację dyskwalifikuje (może kiedyś napiszę o tym, co mnie wkurza w usługach opartych o abonament).

Aplikacji, które miały mi pomóc w budżecie spróbowałem kilkanaście. Bardzo mocno wierzyłem w polski MoneyZoom, ale padli. Próbowałem YNAB (You need a budget), ale… aplikacja była oporna, potem wprowadzili abonament. Daily Budget Original, Spending Tracker, Good Budget, Expense Diary – to te próbowane w ostatnim czasie. Wciąż jeszcze daję szansę Spendee, ale… niestety bez przekonania.

Co więc zrobiłem? Wybrałem kilka kryteriów (darmowe, wygodny rozwój, webowy dostęp, wielu użytkowników) i postawiłem swój budżet na Google Docs. Pewnie można by to zrobić także na Office, ale… no cóż, to by wymagało tłumaczenia paru rzeczy w rodzinie, a Google Sheets po prostu działa. Wada? Nie ma wygodnego sposobu wrzucania wydatków z komórki. Tzn. pewnie by było, tylko musiałbym do tego siąść.

Co daje spisywanie wydatków?

Dość dygresji. Ułożywszy sobie arkusz na Google i wdrożeniu w temat rodzinę, zaczęliśmy spisywać wydatki. Codziennie wieczorem krótkie sprawdzenie co kupowaliśmy. Krótko, treściwie, wygodnie. W jakiś magiczny sposób, samo spisywanie wydatków, sama kontrola wydatków zmienia wydatki. Nikt inny nie patrzy, nikt inny nie wydaje, nikt inny nie ocenia, a pieniądze się pilnują i słuchają. Pańskie oko konia tuczy, czy coś. Dość niezwykłe było to, że na koniec miesiąca zostało mi na koncie kilkaset złotych więcej niż zwykle. Mała wielka rzecz.

Niestety, choć nie umiem tego dobrze wyjaśnić, nawet początkowe sukcesy nie zdołały wspomóc nawyku spisywania. To żmudne, to nudne, to mało sexy. To zabiera trochę czasu i wymusza codzienną regularność. I bardzo łatwo jest znaleźć sobie od tego wymówkę. Chcę do tego wrócić. Od dziś mocne postanowienie poprawy powrotu na dobry szlak.

Dotychczasowe doświadczenie pokazuje mi bowiem, że warto spisywać wydatki. Choć to czasem boli i nuży, to przede wszystkim porządkuje. I znajduje pieniądze. Pomaga zrozumieć, gdzie pieniądze się rozchodzą. Zatem dość wymówek. Spisujemy.