6 - tyle minut czytania

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że kiedy trzeba podjąć jakieś działanie, to w kwestii determinacji aby je realizować, przydatne jest „chcieć”. Chcieć, która pomaga nabrać rozpędu, a potem, jak mawiają anglojęzyczni, utrzymać momentum. Wtedy doszedłem do oczywistego wniosku – chcieć jest ważniejsze od musieć.

Z biegiem czasu wyjaśniło się, że „chcieć” wcale nie jest łatwo znaleźć i nazwać. Zwykle, pozwalamy aby cudza potrzeba zajęła miejsce naszego „chcę”. Wtedy mamy kłopot z głowy – nie musimy szukać własnego, mamy cudze i tak długo, jak nie zaczyna nam ono doskwierać – jest dobrze. Jest wygodnie. Jest bezwysiłkowo. Do tego stopnia, że przestajemy swoich potrzeb szukać.

Tylko czy „musieć” jest konieczne? Zawsze? Wydaje się że tak, że jest oczywistym elementem motywującym. Mamy podstawowe potrzeby do zaspokojenia, bez nich zginiemy. Z tego co Masłow przedstawił w piramidzie wynikają konsekwencje i powiązane z nimi działania. Równocześnie, nie zapominajmy o tym, że jesteśmy sprytni;-) I z nie takimi problemami potrafimy sobie poradzić;-)
Tego wpisu możesz odsłuchać, bo autor lubi bawić się w radio

Duże „nie muszę”

To najważniejsze życiowe „muszę” wynika z tego, że (w XXI wieku) muszę mieć fundusze, aby żyć. Aby utrzymać siebie i najbliższych, którzy są ode mnie w części zależni. Z tego „muszę” wynika też sprzedaż swojego czasu (nawet bardziej niż umiejętności) pracodawcy. Mamy od tego „muszę” urlopowe przerwy, ale… mamy też dziwną skłonność do skracania naszych urlopów, więc rzadko kiedy bierzemy urlop dłuższy niż dwa tygodnie. To z kolei oznacza, że rzadko kiedy dajemy sobie szansę na odpoczynek od pracy. Nie cielesny, a umysłowy. O ile wiem, umysł przez pierwszy tydzień wakacji zapomina o pracy, a przez ostatni tydzień wakacji się do niej przygotowuje. Wiec jak bierzesz dwa tygodnie, to odpoczynek masz fest;-)

Scenariusz, w którym „nie ma muszę”, bo nie ma pracodawcy (a jednak jeszcze nie wszystko mi Lotto), jest dla nas raczej przerażający i to wizja dla wielu destrukcyjna czy nawet depresyjna. Wpędza nas to w kłopot, bo brak pracodawcy oznacza zazwyczaj brak nowych środków, a to oznacza problem (bo wydatki zwykle nie biorą na wstrzymanie). Dygresja – są też sytuacje, w których pracodawca jest, muszę jest, a środków jak nie było, tak nie ma, ale nie wchodźmy na tę ścieżkę. Ścieżkę do tej ścieżki najlepiej jednak zapomnieć. Czyli brak muszę jest problemem.

Można na to zaradzić. Przynajmniej w pewnym stopniu. Otóż można się do „nie muszę” przygotować. Za wczasu (najlepiej). O tym zresztą mówią wszyscy, którzy chcą uczyć nas budować świadomość finansów osobistych i finansową niezależność. Mówią – zbieraj zasoby na czas, w którym źródło dochodów wyschnie lub straci pełnię swojej życiodajności. Mówią też, żeby mieć możliwie mocne źródełko i możliwie dużo źródełek. No nad tym jeszcze pracuję;-)

Kiedy masz zasoby, a nie masz „muszę”, to pojawia sie coś dziwnego. I to oprócz tego, że pojawia sie zapalenie zatok (check) i angina (check). Pojawia się wolność i to jest bardzo fajne uczucie. Polecam spróbować i przypomnieć sobie, jak to jest. Pewnie ostatni taki czas wypełniony „nie muszę” był między liceum, a studiami…

Iluzja nie muszę

Oczywiście, z tym się wiąże ryzyko. Poważne i niebagatelne, z poważnymi konsekwencjami. „Nie muszę” jest tak fajne i wolność jest tak… uzależniająca, że może się zdarzyć, że zasoby zaczną sie kurczyć szybciej, niż pojawi się chęć działania, albo źródełko, co zasoby uzupełni. To oznacza kłopoty. Więc muszę się pilnować, nie stracić tego co ważne z pola widzenia i odpowiednio szybko wrócić „na koń”.

Druga rzecz jest taka, że „muszę” jest potrzebne. „Muszę” jest bardzo mocnym bodźcem do tego, żeby wyjść z rutyny, sięgnąć po nowe. Kiedy nie muszę, wydaje mi się, że mogę trochę kaprysić. Mogę rozważać, zastanawiać się, z pewną ciekawością przyglądać się wszystkiemu co dookoła się dzieje, także temu, jak czas między palcami przemyka (to nigdy nie jest dobre). Nie muszę rozleniwia, a ja chyba nie chcę się lenić. Widać potrzebuję muszę;-) Bo człowiek zajęty ma po co żyć. Człowiek wolny, jeśli nie potrafi się zdyscyplinować, tylko nurza się w prokrastynację – rozłazi się po kątach.

Jednocześnie zapewne kolejny taki czas wolności (o ile wszystko pójdzie dobrze) to mi się trafi za kilka lat. Teraz podejmuję decyzje na zapewne kolejną dekadę. Więc dobrze by było, wykorzystując zaistniałe okoliczności, wybrać mądrze (no pressure ;]).

Jeszcze jeden mały wniosek – aby „nie muszę” mogło trwać jak najdłużej, muszę zgromadzić więcej środków. I kółko się zamyka;-)

Małe nie muszę

Kilka lat temu, na urodzinach mojego przyjaciela, w późnych godzinach nocnych miała miejsce mniej więcej taka sytuacja. Jest późna noc, w koszu zalega już kilka butelek wysokoprocentowego alkoholu, dogasa grill, trwają nocne Polaków rozmowy. Ktoś pyta która godzina, ktoś inny odpowiada, a ja, z wrodzoną sobie gracją, poprawiam, bo najwyraźniej uznałem, że margines błędu w odpowiedzi został przekroczony. Nawet nie pamiętam o co chodziło, ale pamiętam wzrok kogoś, kto zwrócił na to uwagę i pełne niezrozumienia spojrzenie poparte słowami „ale Ty tak na serio?”. No.. ja tak na serio.

To jest silniejsze ode mnie. Nie to, żeby kogoś poprawiać, ale żeby doprecyzować (wedle mojej wiedzy). Nie po to, żeby komuś dokuczyć, ale po to, aby rozmówca wiedział lepiej. Tak jakby tego potrzebował. Tak, jakby to cokolwiek zmieniało. Zazwyczaj nie zmienia. A ja i tak nie potrafię się powstrzymać.

A może nie muszę? Może wszystkim (i mi, i światu) bedzie się żyło łatwiej, jeśli przestanę. Może nikt nie potrzebuje „lepszej” wersji, kiedy ta, którą ma – działa. Czy czerpię jakąś satysfakcję ze stawiania na swoim? Albo z postawienia ostatniej kropki w rozmowie? Nie czerpię. Może więc nie muszę tego robić? Hmmm… może nie muszę. Coś nad czym powinienem popracować. Zamiast próbować zawsze szukać rozwiązania doskonalszego, zostawić to „działające” w świętym spokoju i swoją energię przenieść tam, gdzie będzie bardziej potrzebna.

Tylko boję się tego, że jak się nauczę odpuszczać, to stracę tę swoją… cechę także tam, gdzie będzie ona potrzebna. Muszę się zatem nauczyć dobrze nad nią panować;)

A czego Ty chciałbyś / chciałabyś nie musieć?

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu