6 - tyle minut czytania

Podobno bardzo trendy jest kasować swoje konto na fb. Podobno wynika to z coraz bardziej agresywnej polityki dotyczącej prywatności użytkowników stosowanej przez ludzi Zuckerberga, albo z jakąś mniejszą lub większą wpadką, albo dlatego (ale to chyba przede wszystkim w stanach) że są tam nasi rodzice, a nie koniecznie chcemy by wiedzieli wszystko, czym dzielimy się ze znajomymi. Może nawet to my niekoniecznie chcemy wiedzieć, czym dzielą się nasi rodzice. Co ciekawe, przeszkadza nam to mnie w przypadku naszych pracodawców…

IMNSHO prywatność na fb jest mniej więcej taka sama jak w całej sieci, więc trzeba z tym po prostu życ i rozsądnie dzielić się swoimi danymi, zdjęciami i całą resztą. Wpadki? Cóż.. Nie błądzi tylko ten, co nic nie robi (wybaczcie ten głodny kawałek), więc wpadka jest nieodłączną częścią działania. Z tym też trzeba żyć.

Z czym więc mam problem? Z tym że facebook nie działa. I nie chodzi o to, że się psuje. Chodzi o to, że nie spełnia swojej podstawowej funkcji – nie wspiera komunikacji, nie buduje relacji, nie pomaga w promocji, nie umie dzielić się ciekawymi treściami. W skrócie jest nudny. I co gorsza, jest powtarzalny. Do bólu i do… znudzenia.

Jakiś czas temu, sieć podbijało hasło „kuracja” i był odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki. W skrócie chodzi o to, że w Internecie informacji jest mnóstwo i trzeba je jakoś dobrać… W mediach tradycyjnych robił to za nas redaktor naczelny – jego zadaniem było dobranie tego, co do gazety trafi, a co się na jej łamach znaleźć nie może, bo jest słabe, głupie, błędne. W Internecie każdy sobie sterem, żeglarzem, okrętem więc każdy ma prawo i możliwość wybrania sobie tego, co go interesuje… Tylko źe przy takiej ilości chłamu nie jest łatwo te treści znaleźć i tu lekarstwem miały być wyszukiwarki, agregatory i serwisy społecznościowe… I wszystkie one działają, znowu imnsho, wcale nie tak sprytnie.

Nie wykorzystujemy mocy wyszukiwarek, bo nie zadajamy poważnych pytań. Swoja drogą, też ciekawe, zaryzykuję tezę, że wyszukiwarki zwalniają nas (większość nas) z myślenia. Masz pytanie – sprawdź w google. Masz wątpliwość – google. Nie pamiętasz? Google. Nie znalazłeś odpowiedzi? Zmień pytanie i znowu google. Tylko że google jest dość… jednopłaszczyznowy… A rzadko kiedy takie są nasze problemy… Ale to dygresja. W każdym razie, Google nie daje Ci prawidłowej odpowiedzi, tylko daje Ci odpowiedź, która miała najzdolniejszych pozycjonerów… I niewiele jest obszarów nieskażonych pozycjonerką. Co więcej, google też lepiej od Ciebie wie, czego chcesz i poda Ci odpowiedź, która Ci się najbardziej spodoba. I zupełnie się nie przejmuje tym, że Cię tym samym ogranicza. I ogłupia. I znowu dygresja – google nie poszerzy Twoich horyzontów, bo google (na całe szczęście) nie odpowie Ci na pytanie, którego nie zadasz, czyli nie wypchnie Cię poza Twoją strefę komfortu. Chociaż oczywiście informacji to on ma pod dostatkiem. I jeszcze trochę.

Agregatory treści – czyli wykop i spółka. Coś co ma działać na podstawie społecznego dowodu zaufania. Ktoś za nas decyduje i pomaga nam wybrać te co bardziej smakowite kęski. Niestety, nie bez przyczyny duże serwisy (mam tu na myśli ogólnopolskie portale) karmią nas przetrawioną papką skupioną na seksie, przemocy i katastrofie. Bo to się sprzedaje, bo ludzie tego łakną. Więc, skoro na wykop trafiają rzeczy które zwróciły uwagę ludzi, to czego innego się tam powinniśmy spodziewać jak nie podobnej, choć nieco mniej tabloidowej w formie treści. I – nie oszukujmy się – wcale nie jest łatwo o popularność na wykopie. Bez pomocy ludzi nie wypłyniesz, znaczy się nie wykopiesz.

No i serwisy społecznościowe w tym przypadku tytułowy FB, który ma chyba problem z przetworzeniem ilości treści, którą jest zarzucany. Miliardy profili, miliony fanpage’y, każdy tworzy masę zupełnie miałkiego (no nie ukrywajmy) contentu. W tym wszystkim znowu wygrywają te byty, które albo mają w bród kasy (na fikcyjną promocję, o czym za chwilę), albo takie, które – znowu – żerują najbardziej podstawowych instynktach lub obiecują ajfona bez folii. Facebook postanowił to ukrócić, wrócić do korzeni, postawić na komunikację międzyludzką i to, co (w założeniach fb) nas najbardziej interesuje, czyli słitfocie naszych znajomych, lub słitfocie dzieci naszych znajomych (więc nie ma co się dziwić, że młodsi ludzie stamtąd uciekają). Ale ileż można zachwycać się fociami… Napiszę tę straszną rzecz, ani ja, ani większość moich znajomych nie ma wiele ciekawego do powiedzenia, więc to też sprawia, że fb ma problem, bo nie ma treści, które by mnie zaangażowały, a ponieważ uznał, że trzeba wyciąć treści marketingowe, memowe lub inne, to przestałem dostawać cokolwiek. Może to etop przejściowy, może to katharsis albo etap dostosowywania filtrów, smutniej będzie, jeśli to rzeczywistość, która zostanie z nami na dłużej (pytanie tylko, czy my zostaniemy).

Na Facebooka patrzę też trochę przez pryzmat zawodowy. Próbuję badać zasięgi, analizować czy lepiej działa post z obrazkiem, czy sam tekst, czemu nie nic nie daje publikacja wideo i czemu strzałem w stopę jest dodawanie linku do postu. Próbuję wyciągać jakiekolwiek wnioski z facebookowych insightów, co jest zadaniem nie tyle żmudnym co zbędnym i mniej więcej tak racjonalnym jak wróźeniez fusów przez wróżkę Matyldę. Facebook czasem podaje jakąś tam ładną liczbę (totalnie abstrakcyjną) na poziomie kilku lub kilkunastu tysięcpy zasięgu, ale wystarczy odświeźyć stronę, aby przekonać się, że zasięg to suma aktywności użytkowników i teraz będzue liczona w setkach (jak dobrze pójdzie). Cały czas facebook chętnie teź wskaże, który Twój post generuje zaangażowanie, a im większe zaangażowanie generuje, tym szybciej fb jego naturalny (choć niewykluczone, że zupełnie fikcyjny) zasięg przytnie, po to tylko aby wystawić rękę i z pytaniem „czy zastałem tu jakiegoś cwaniaka?” szybko dobić targu „to daj piątaka”. I nagle, po zapłaceniu tegoż piątaka, cyferki w magiczny wręcz sposób skaczą chętnie do miliona, dwóch, trzech, prawie wcale nie przekładając się na jakiekolwiek wyniki. Ale za to prezentują się dumnie. Płacisz więc, nie widząc alternatywy, i choć to alternatywa żadna! Za piątka kupujesz spokój sumienia, przecież, przynajmniej spróbowałem…

No to co.. Obrażamy się? Aż tak, to nie. Ale widzę, że z roli źródła informacji, którym fb móglłby być, staje się bardziej rozbudowanym komunikatorem, który wyparł gg, tym samym przechodząc dokładnie odwrotną ścieżkę, niż ten jeszcze nie tak dawno najpopularniejszy klient do rozmów tekstowych w Polsce. C’est la vie.

*Facebook był przyczynkiem do napisania tego tekstu, ale jak widać, czepiam się wszystkich:-)

** slowa na wyrost.. ale teź trochę przepowiednia…