3 - tyle minut czytania

To będzie wpis chyba nieco ekspiacyjny. Może nawet delikatnie „coming outowy”. To także wpis co sobie sezonował, bo pierwszy raz w mojej głowie pojawił się rok temu. I nareszcie dojrzał, by go w słowa ubrać.

Mam taką, zdaje się niejednokrotnie potwornie irytującą, manierę zadawania pytań. I w pracy, i w domu, i poza domem. Co gorsza, zwykle jest tak, że na jednym pytaniu się nie kończy, a najlepsza nawet odpowiedź zazwyczaj nie gwarantuje, że przestanę drążyć. Raczej im lepsza odpowiedź, tym większa mam ochotę pytać dalej. Co więcej, czasem pytam nawet wtedy, gdy kolejne pytania nic nie wnoszą. Pytam także wtedy, gdy znam odpowiedź (albo wydaje mi się, że znam odpowiedź). Więc po co pytam?

– Bo chcę wiedzieć. Bo wydaje mi się, pierwszym krokiem do zaspokojenia ciekawości i do znalezienia odpowiedzi, jest postawienie pytania. Czasem sobie, czasem komuś innemu. Ale nie znajdę odpowiedzi, jeśli nie postawię pytania. Do tego czasem jestem tym, od którego oczekuje się, żeby pytania stawiać.

– Bo moja odpowiedź nie musi być właściwą (choć jeśli mam odpowiedź, to trzeba mieć dobre argumenty, żeby mnie przekonać); Więc pytam, aby ją skonfrontować. Czy pytam z tezą? Chyba czasem tak. Ale też jest to zaproszenie do konfrontacji z moją tezą. A im mocniejsze argumenty, tym ciekawsza konfrontacja;-)

– Bo czasem pytanie jest ważniejsze od przedstawienia docelowej odpowiedzi. Oznacza to, że czasem wolę pytać i pozwolić komuś dotrzeć do odpowiedzi, zamiast mu ją na twarz dawać. Kiedy daję swoją odpowiedź, mogę kogoś wprowadzać w błąd, oraz co gorsze, pozbawiam go możliwości przemyślenia pewnych kwestii. Że to niefajne, często niewygodne? Nigdy nie twierdzę, że ze mną cokolwiek jest fajne i wygodne. Zazwyczaj nie jest. Ale w miarę upływu lat, na tę kwestię przychodzi mi do głowy tylko jeden argument – „deal with it”. Ja sobie ze sobą muszę radzić. Nikt inny nie musi;-) Naprawdę nie musi.

Dygresja – jesteśmy chyba przyzwyczajeni do tego, że pytanie oznacza egzamin. Pyta ten, który wie, pytany jest ten, który wiedzieć powinien. Dla mnie nie. Mogę pytać również dlatego, że nie wiem. Mogę pytać, również dlatego, że moim zdaniem w ten sposób daję sobie szansę dowiedzieć się więcej, niż początkowo zakładam. Wreszcie pytam i pytam dalej, bo pytania wynikają z odpowiedzi, rośnie ciekawość, rośnie ilośc dróg i ścieżek, którymi można podążyć, więc znowu warto pytać, żeby
a) odkryć nowe, nawet jeśli nowe nie jest tym o co pytałem na początku,
b) żeby wiedzieć w którą ze ścieżynek warto zainwestować czas.

Do tego pytanie jest wyzwaniem także dla mnie. Więc nie pytam, by przepytywać. I nie chcę sprawiać takiego wrażenia. Choć zdaje się, że takie właśnie sprawiam. Niezamierzenie.

Pytam też dlatego, że kiedy pytam, lepiej mi się myśli. Bo muszę się skupić na odpowiedzi, przepuścić ją przez pryzmat mojej wiedzy. Bo to wymaga więcej uwagi.

Bo kiedy pytam, rozmówca zaczyna kombinować.

Swoją drogą, pytam chyba również dlatego że czasem to najłatwiejszy sposób na to, żeby wytłumaczyć swój tok rozumowania, ale też po to, aby znaleźć wszystkie błędy w moim myśleniu.

I tak, na to wszystko nakłada się także, że pytam bo lubię. A czy lubię być pytany. Przepytywany? Odpytywany… to już temat na zupełnie inną notkę.

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu