6 - tyle minut czytania

Dziś wpis z wysokiego C. I jeszcze powinienem dodać, że to nie będzie notka pełna łez i żalów i szlochów tylko próba odpowiedzi na to trudne pytanie – co robię źle. Ale jako że tłumaczy się tylko winny, to chyba jednak muszę ze dwa słowa dodać. Nie mówię o sobie bloger ani nie bloguję dla poczytności. O tym dlaczego piszę choć niewielu mnie czyta, też będzie notka (taki mam przebiegły plan). Nie łudzę się, że czeka mnie świetlana promkowa przyszłość, ale ponieważ lubię, gdy moje ego jest łechtane, przyjemnie byłoby wiedzieć, że ktoś jednak poza nielicznymi krewnymi (którym współczuję z tego miejsca) jednak czasem ktoś tu wpadnie, poczyta, uśmiechnie się i popędzi dalej w swoją stronę. A jednak tego nie robią.

Dlatego, postanowiłem spróbować się zmierzyć z tą trudną materią i odpowiedzieć sobie (skoro nikt inny nie czyta), czemu nikt inny nie czyta. Przystępując do ekspiacji (trudne słowo na pralkę) nieśmiało wymienię swoje okołoblogowe grzechy (te autentyczne i te domniemane).

Po pierwsze, być nie mam nic ciekawego do powiedzenia

Muszę to brać pod uwagę. Wydaje mi się, że bloger (rozumiany jako byt internetowy wyrażający siebie, niekoniecznie na piśmie) jest od tego, żeby jednak otwierać innym oczy. Żeby mieć własne zdanie, poparte jakimś doświadczeniem, poparte jakąś wiedzą. Najlepiej żeby pisał o czymś więcej niż jego własne widzimisię, albo żeby to widzimisię broniło się przed innymi misiami. Być może to co piszę nie jest na tyle ciekawe, żeby wracać po więcej. No to się może jednak pochlastam.

Po drugie, być nie umiem pisać

Polska język trudna język (o czym można się przekonać czytając m.in. ulotki rozmaitych politykowych wannabe. Gramatyka, składnia, ortografia. Pewna logika wypowiedzi też bywa mile (choć rzadko) widziana. Humor – przydaje się. Sarkazm – najlepiej, gdy niewymuszony. Styl – ooo, tak, poproszę ze dwa kilo. To wszystko sprawia że jednych chce się czytać, a przy słowach innych po prostu zęby bolą od zgrzytania (a dentysta zaciera zęby). W tym miejscu moja polonistka (lub wszystkie moje polonistki) krzyczą błagalnie „Kończ waść…” (a żeby sobie wstydu oszczędzić, wiem że mówił Kmicic do Wołodyjowskiego a nie np. imć Zagłoba). I tym sposobem do notki o tym że nikt mnie nie czyta wrzuciłem sobie wniosek taki, że potem to choćby Potop.

Po trzecie, bo nie piszę regularnie

Moja największa bolączka. Nie tylko blogerska. Czasem uznaję że mam o czym pisać, czasem tematy narzucają się same, A innym razem pustka w głowie, brak weny, muz dookoła nie widać i posucha… Niby warto by było z przyzwoitości kilka słów skreślić ale chyba jednak tak nie potrafię. Na siłę nie idzie. No nie idzie. Ale wiem, to też nikomu nie pomaga w regularnym wracaniu do niecodziennego. Natomiast, wierzcie lub nie, niecodzienny nazywa się niecodzienny bo jest – hłe, hłe, nie codzienny.

Po czwarte, bo piszę za długie teksty

Widocznie mam za mało czasu na to, aby pisać krótsze. No i próbuję nadrobić długością braki w umiejętnościach, tematach i regularności. Poza tym, być może nazbyt lubię taplać się w słowach przez siebie samego poukładanych w takie, a nie inne ciągi…

Po piąte, bo nie piszę na jeden konkretny temat

No bo… Niecodzienny to coś pomiędzy (nieco)dziennikiem, a pamiętnikiem, a notesem z luźnymi skojarzeniami. Piszę o tym co mnie wkurza (to częściej) co mnie zachwyca (a nie jest to proste, strasznie jestem wybredny choć nie wyglądam jak Brad Pitt). Czasem podzielę się zdjęciem, czasem książką którą przeczytałem. innym razem zanurzę się w polityce. Blog – wychodzi na to – bardzo osobisty o mojej osobistej rzeczywistości. Gdybym pisał o gadżetach, wiadomo – wchodzisz poczytać o gadżetach. Jakbym się znał na marketingu mógłbym pisać o marketingu. Jakbym się znał na księgowości, mógłbym pisać o księgowości. A ja piszę o tym co widzę, słyszę, czuję. Może to jednak nikogo nie interesuje? (w przeciwieństwie do gadżetów, marketingu i księgowości).

Po szóste, bo nie korzystam ze wsparcia platformy blogowej

Chyba w życiu każdego blogera pojawia się to pytanie – pisać u siebie (na swoim serwerze) czy u kogoś. No i to u kogoś wiążę się z jednej strony z pewnymi ograniczeniami – nie wszystko można poukładać tak jakby człowiek chciał (mogą to być małe i duże rzeczy), ale z drugiej… cóż – duża platforma to duży zasięg, którym duża platforma dzieli się. Im więcej tam piszesz, tym większa jest szansa że pomogą CI znaleźć czytelników. Mi nikt nie pomaga. Ba, chyba sam sobie nie pomagam. Ale cóż, zasmakowałeś wolności we własnych pieleszach, to teraz nie zagnieździsz się u innych, no bo jak. Jak potem sobie w oczy spojrzysz, no jak?

Po siódme, bo nie piszę o skandalikach, nie szukam tanich tematów

Można pisać na tematy, które ludzi nęcą tu i teraz. Trzeba się wsłuchiwać w newsy, podchwytywać je i pisać, pisać, pisać. Nadawać chwytliwe tematy, nastawiać się na to, co ludzie w informacjach / wiadomościach usłyszą, a następnie będą tego szukać i trafią do mnie. Tak, wiem, można tak robić. Nawet wiem, że to działa. Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to to, że to nie moja bajka. Nie piszę tu po to, aby być hieną lub sępem na życiu medialnym. Nie chcę tworzyć byle czego tylko to, co mnie w jakimś stopniu obchodzi. I może się okazać, że tylko mnie obchodzi…

Po ósme, bo za mało krzyczę

Nie ciskam piorunami w marki, nie bluzgam budyniów, kisieli czy innych. Czasem sobie pomarudzę, czasem poszydzę, ale nie robię z tego krucjaty. Nie prowadzę z nikim wojen, nie angażuję innych w jedynie słusznych sprawach, nikt mi cholera żadnego procesu wytoczyć nie chce. Nudziarz ze mnie.

Po dziewiąte, bo inni piszą więcej i ciekawiej

No i dlatego właśnie nie lubię konkurencji. Nawet jeśli bezpośrednią konkurencją nie jest. Może jednak trzeba się do tematu odnieść z pokorą i od lepszych uczyć… Na innych wpływu nie mam, mogę podglądać, poczytać, powyciągać wnioski… może z czasem uda się wejść w relacje i wykorzystać to, że inni są lepsi.. kto wie, kto wie;-)

I teraz zrobię coś, czego nigdy nie robiłem, czyli spytam Ciebie drogi czytelniku co jeszcze Twoim zdaniem robię źle, że nikt mnie nie czyta… Ale ponieważ jeszcze mniej osób mnie komentuje niż czyta, to jakoś zalewu komentarzy się nie spodziewam… Choć może tym razem właśnie rzeczywistość postanowi sobie ze mnie zadrwić…

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu