3 - tyle minut czytania

Czas najwyższy zmienić tytuł bloga z „niecodzienny” na „maruder”, „malkontent” lub „za wszelką cenę krytykant”, bo ciągle mam do czegoś ale i nic mnie nie zachwyca. A nie prawda, zachwyca mnie wiele, tylko rzadziej o tym piszę. A nie napiszę że mnie coś zachwyca, kiedy nie zachwyca. No bo jak…

Skąd mi się ta komunikacja miejska wzięła? Otóż drodzy państwo przed nami wybory samorządowe, więc w ramach kampanii co i rusz pojawiają się różne wyjątkowo dobre pomysły. Ostatnio na fali w różnych miastach, także w tych dużych, wydaje się być „darmowa komunikacja miejska”. Płacisz podatki – jeździsz za darmo. Taki deal. Tylko że…

Kto płaci za komunikację miejską?

Wbrew powszechnemu wrażeniu, nie płacimy za komunikację miejską – przynajmniej w Krakowie. My do niej co najwyżej dopłacamy, a i to wcale nie jakoś znaczną jej część. Bilety, które kupujemy to bilety miasta, a nie tego co usługę świadczy. Usługę natomiast miasto zamawia u przedsiębiorcy komunikacyjnego i o ile się nie mylę, dopłaca i to słono. Nie ćwiartkę kosztów, nie połowę kosztów, ale 2/3 kosztów komunikacji. Czyli do każdych dwóch złotych które płacisz za bilet, miasto dopłaca cztery.

Ok, pomyśli ktoś, ale przecież koszt usługi się nie zmieni – bo nie dodamy żadnych nowych połączeń, a jest szansa że więcej osób będzie z tego środka korzystać, dzięki czemu mniej będzie samochodów, mniejsze korki, mniejsze zanieczyszczenia i tym sposobem relatywnie niewielkim ekstrakosztem załatwiamy tyle spraw. Tylko czy aby na pewno? Miesięczny bilet na wszystkie linie w Krakowie kosztuje 89 złotych. Na okrągło 90, czyli (licząc litr paliwa za piątaka) 18 litrów. Ileż można przejechać za te 18 litrów miesięcznie? No dajmy na to 300 kilometrów bardzo oszczędnej jazdy. 10 kilometrów dziennie. No się najeździmy w te i na zad. Stawiam śmiałą tezę, że tych którzy jeżdżą własnymi samochodami stać na przemieszczanie się komunikacją, ale dla wygody lub z innych przyczyn tego nie robią. Zatem darmowa komunikacja ich nie przekona.

Napisałem, że nie dodamy nowych połączeń, bo to kosztuje. Podobnie jak kosztuje wymiana taboru. Rezygnując z dochodu w postaci biletów tracimy przynajmniej cząstki, która mogłaby na te potrzeby starczyć, a czy będzie nas stać i na darmową komunikację i na zwiększanie połączeń i na coraz lepsze pojazdy? Za co? Za kolejne kredyty?

Mała wielka różnica

Najważniejsze – jak traktujecie coś, co macie za darmo vs to za co musicie (niewielką nawet kwotę) zapłacić? To, co za darmo jest znacznie łatwiej zgubić, zepsuć, zapodziać. Mniej boli gdy ktoś inny to zepsuje, bo to przecież jest za darmo. A że płacisz za to swoimi podatkami? Nie czujesz związku, nie widzisz związku a zatem nie ma związku. Drobna opłata sprawia, że będzie użytkownikowi zależeć. I to jest nie do pogardzenia. (Nie wierzysz? Korzystasz ze smartfona? Kupiłeś kiedyś jakąś aplikację? ściągnąłeś kiedyś jakąkolwiek darmową aplikację? To powiedz mi jeszcze, którą z nich „łatwiej” Ci odinstalować 😉 )

PS Tekst był inspirowany ulotką Łukasza Gibały, który próbuje przekonać mnie także tym, że jego doktorat miał 261 stron. Who cares? Mógłby mieć nawet i tysiąc pińcset i cóż to do jakości doktoratu wnosi?

Podyskutujmy

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.