4 - tyle minut czytania

Pamietam, że kiedy czytałem pierwszą książkę Michała, miałem co i rusz myśl, że muszę czytać szybciej, aby móc z czystym sumieniem mówić o niej znajomym – bo lubię wiedzieć o czym mówię i co polecam. Tak jak wtedy, tak teraz uważam, że to Finansowy Ninja to lektura obowiązkowa dla każdego. Natomiast będąc świeżo po przeczytaniu „Zaufanie, czyli waluta przyszłości” mam zgryz, dla kogo ta książka jest i kto musi się z nią zapoznać.

„Zaufanie…” czyta się szybko, ale to chyba przecież znak rozpoznawczy autora – w sumie można się tego właśnie spodziewać po autorze poczytnego bloga;-) Do przeczytania książki wystarczyła w zasadzie kolejowa podróż z Poznania do Krakowa… I za to też #kochamPKP 😉

Czym jest „Zaufanie czyli waluta przyszłości

Zacząłem się zastanawiać, jak dobrze określić to, co przeczytałem. Najlepszym porównaniem jakie znalazłem jest: to rozbudowana historia, jaką mógłbym pobieżnie poznać w jednym z rozdziałów „Niskobudżetowy startup” Chrisa Guillebeau, o którym zresztą Szafrański wspomina. Czyli raczej autobiografia, trochę studium przypadku, za to mniej podręcznik, czy instruktaż. Kolejny dowód na to, że w życiu opłaca się być przedsiębiorczym i że trzeba umieć wychodzić poza strefę komfortu i wygody, bo tam czekają konfitury. Może nie na wszystkich, może nie jest to spacer do spiżarni, ale są i czekają na odważnych, zaradnych, pracowitych i zuchwałych 😉

Zachodzę w głowę, czy po lekturze wiem o autorze więcej, niż wiedziałem wcześniej. Wydaje mi się, że nie, ale wynika to przede wszystkim z tego, że jestem sporadycznym czytelnikiem jego bloga i dość uważnym słuchaczem podcastu WNOP, więc wiele tez czy opowieści zawartych w „Zaufaniu…” już znałem.

Kto najwięcej skorzysta z książki?

Czy to problem? Nie. Ale… prawdę powiedziawszy po zachwytach jakie widziałem w sieci, spodziewałem się książki równie uniwersalnej co Finansowy Ninja, książki dla każdego, którą moim zdaniem niestety nie jest. Jest za to grono ludzi, którzy powinni się z tym zapoznać i podzieliłbym je na dwie grupy:

1. Blogerzy, którzy chcą się blogowaniem zająć na poważnie. Określenie „bloger” jest tu wytrychem, bo mam na myśli każdego, kto chce żyć i zarabiać z samodzielnego tworzenia treści wszelakiej do Internetu. Ludziom, którzy powinni zrozumieć, że nie ma drogi na skróty, i że warto postawić na wartość. Że to waluta, która wcześniej czy później zacznie zdobywać na wartości, aż ostatecznie stanie się bezcenna. Że ważniejsi są odbiorcy i treść, a nie SEO. Że warto rozumieć jak co działa, ale nie wierzyć w magiczne rozwiązania. Że warto mieć swój pomysł na pozyskiwanie partnerów i rozumieć, że to partnerzy a nie dojne krowy i ich interes też jest ważny. Przy okazji opowieść Michała jest też dowodem, że wszyscy twórcy mają wątpliwości, a to, że ktoś jest „skazany na sukces” widać dopiero z perspektywy sukcesu, a nie drogi do niej. Tym, którzy szukają drogi na skróty z tej książki nic się nie przyda.

2. Marketerzy, którzy chcą zrozumieć co jest ważne aby prowadzić wartościowe współprace z influencerami i że „wartościowe” są dopiero wtedy, kiedy są korzyścią dla klienta, blogera i czytelników. Dlatego warto poświęcić czas na dobór Internetowego twórcy i wspólne _wymyślenie_ formatu. „Zaufanie…” daje dowody na to, że partnerska forma współpracy sprawdza się lepiej, niż poszukiwanie kolejnej przestrzeni, na której można zawiesić swoje logo czy baner reklamowy.

Dodatkową wartością dla obu powyższych grup będzie to, że mają to zebrane w jednym miejscu i nie potrzebują szukać, a potem wczytać się / wsłuchać się w archiwalne materiały Michała.

A co jest najważniejsze dla mnie w „Zaufaniu..”?

Z książki mocno wybrzmiewa jeszcze jedna myśl i którą chciałbym abyśmy masowo stosowali. Jeśli jest ktoś, kogo słowa lub treści wpłynęły na Ciebie – powiedz mu / jej o tym, bo wcale nie musi o tym wiedzieć, a może to być niezbędne paliwo do dalszego tworzenia treści, z których być może Ty, a być może ktoś inny skorzysta. I nie ma znaczenia, czy ten ktoś pisze do dziesiątek czy do milionów osób – Twoja wiadomość ma moc przekazania pozytywnej energii 😉

Dla mnie książka jest pretekstem do tego, żeby zrobić sobie mały rachunek nie tylko blogowego sumienia. Spodziewam się, że wyjdę z tego dość poobijany, a najgorsze jest to, że nie wiem czy będę umiał się zastosować do wniosków… Przy czym… może być jak z prysznicami – nie zawsze trzeba robić tylko to, co milusie.