Kilka miesięcy temu podczas pewnego ważnego wystąpienia na pewnym ważnym forum, osoba, z której zdaniem bardzo się liczę powiedziała o mnie „mój kolega, który wszystko neguje”. Tylko 5 słów, raczej nie istotnych w kontekście całej prezentacji. Do tego powiedziane z ogromną (chcę w to wierzyć) sympatią. Zapewne były wymyślone z potrzeby dookreślenia tła wypowiedzi, ale zapisały się dość mocno w mojej pamięci. Pewnie dlatego, że to naprawdę niezła i celna definicja. Przyjąłem, pozornie zaakceptowałem, może nawet sam przed sobą obiecałem poprawę.

Kilka dni temu inny mądry człowiek powiedział „Twojego bloga nie czytam, bo się go nie da czytać. Piszesz tak, jakby nic Ci się w życiu nie udało i wszystko było źle.” I tym razem muszę przyznać celność spostrzeżenia. Tym bardziej, że wiem jakie wpisy chodzą mi po głowie… O kłamstwach i budowaniu wizerunku w sieci, o tym jak wirtualna jest rzeczywistość wirtualna, o tym, że największym dramatem XXI wieku jest to, że nie wszystko da się wyjaśnić w minutę i o tym czy dobrym pomysłem jest wymuszanie przez wydawców wyłączania adblocka w zamian za publikację treści. Wszystko pozytywne jak cholera. Swoją drogą, powyższe teksty dojrzewają. Jak dojrzeją, to do nich zalinkuję. Nie ma linków – nie dojrzałem.

Negowanie jest złe

Myślę sobie, że musi się bardzo ciężko pracować z takim człowiekiem, który jest zawsze „na nie”. I to nie zależnie od roli w jakiej się z nim współpracuje. Czy jako zleceniobiorca, czy jako zwierzchnik, czy jako ktoś całkiem niezależny, kto tylko chce coś przegadać. Z jak dobrym pomysłem nie przyjdziesz, on jest na nie. Tego się nie da, tamtego nie potrzeba, to jest złe, a tamto się do niczego nie nadaje. Przecież to koszmar. Wszystko mu przeszkadza i zawsze znajdzie wymówkę, żeby czegoś nie zrobić. Zawsze piach w tryby. Co gorsza, to się musi odbijać na innych, którzy z takim negusem pracują i, o zgrozo, mogliby chcieć zrobić coś fajnego. A on ten zapał skwapliwie gasi. Przeraża mnie myśl, że to mogę być ja. Bo jeśli to ja, to jest to z krzywdą zarówno dla mnie, jak i dla otoczenia. I tym bardziej muszę nad tym popracować.

Refleksja sprzed kilku tygodni, wykraczająca nieco poza teorię komunikacji (która mówi, że w przypadku przekazywania informacji w najlepszej sytuacji mamy do czynienia z tym co nadawca chce powiedzieć, z tym co nadawca mówi, ze środowiskiem, przez który komunikacja przechodzi, z tym co odbiorca słyszy i z tym co odbiorca zrozumie). Refleksja sprowadza się do spostrzeżenia – Drogi rozmówco jak to nie wiesz wszystkiego o czym myślę. Jak to nie znasz wszystkich kontekstów i wszystkiego co składa się na to, że mówię to co mówię. I jak Ty miałbyś / miałabyś odczytać to wszystko tylko z tych dziwnych zbitek kilku moich głosek, albo literek… Z tych paru zdań, które z siebie wyrzucę.

Więc na wszelki wypadek, spróbuję raz jeszcze to swoje podejście wyjaśnić.

Czy jestem zawsze na nie?

Gdybym miał się określić gdzieś między pesymistą (który zawsze twierdzi, że gorzej być nie może) a optymistą (on wie, że zawsze może), przyjąłbym że jestem realistą. Więcej, utylitarnym realistą. Choć niejednokrotnie dość naiwnym. Realistą, bo jestem świadomy ograniczeń i potrzeb. Utylitarnym, bo wiem, że chodzi o to, aby ciągnąć wózek do przodu i dobrze by praca przynosiła efekty. Naiwnym, bo wciąż mi się wydaje, że warto sięgać po dobre, a nawet po wyjątkowe. I że to „wyjątkowe” wymaga zwykle mniej więcej takiego samego nakładu sił i środków co przeciętne i „ok”. Tak, wiem, „better done than perfect”. Tak, wiem „time beats perfection”. Ale dla mnie to wciąż nie oznacza byle co, byle jak, byle by.

Dużo, często i chętnie pytam. Jednak nie po to, żeby się czepiać albo negować. Nie po to, aby odbierać motywację. Po to, aby zrozumieć. Po to, aby pomóc znaleźć dziury. Tylko że nie szukam dziur po to, żeby je wytykać, ale po to, żeby je łatać. Żeby szukać rozwiązań, które pozwolą dziury uwzględnić. Żeby szukać lepszych rozwiązań. Żeby szukać prostszych. Żeby szukać sensu. Żeby zastanowić się, czy sens w tym działaniu w ogóle jest. I czy warto tracić na to energię, czas i środki. Bo jeśli ja kilkoma prostymi pytaniami potrafię to podważyć… to coś tu nie gra.

Sens pytań

Druga rzecz, skoro pytam, jestem ciekaw odpowiedzi. Skoro jestem ciekaw odpowiedzi, to znaczy, że wierzę i zakładam że rozmówca umie i może na moje pytanie odpowiedzieć. To znaczy, że wierzę, że te odpowiedzi mogą nas przybliżyć do zrozumienia. Do założonego celu, albo do określenia celu, który warto osiągnąć.

Tak, wiem, to może być męczące. Tak, wiem, powinienem umieć odpuścić. Tak, wiem, nie zawsze ma się ochotę na kolejne „bo ja mam takie jedno pytanie”. Przychodzi taki moment, w którym niezależnie do tego jak mocno to zaznaczę, kolejne pytanie zostanie odebrane jako, w najlepszym razie, uszczypliwość. I ja też powinienem umieć odpuścić.

A czy ja jestem zawsze genialny, idealny? Absolutnie nie. Czy mam prawo żeby wchodzić w rolę odpytującego, kwestionującego? Zdecydowanie nie. Tylko to nic nie zmienia w istocie samych pytań. Tzn. jeśli pytania są zasadne, to niekoniecznie musi mieć znaczenie kto je zadaje. A zwykle jest tak, że tylko ja pytam.

To działa? Śmiem, twierdzić że działa. To moja ostatnia linia obrony. Kwestionując i dociekając niejednokrotnie udało się znaleźć lepsze rozwiązanie. Nie każde było sukcesem, ale wiele z nich miało w sobie to coś, co dawało nadzieję na bycie i efektywnym i efektownym. Natomiast nie zdarzyło mi się chyba jeszcze, aby z braku kwestionowania i założenia ze „nie czepiaj się, będzie dobrze” wyniknęło coś wartego wspomnienia.

Stąd czas rozpocząć pracę nad definicją i wizerunkiem. Zrozumiałe kwestionowanie w miejsce nieproduktywnej negacji;)

Epilog

W marcu 2017 roku zacząłem pewien eksperyment. Przyjąłem, że musze trochę nad sobą popracować, aby żyło mi się lepiej. Chcę sprawdzić, na ile to „bycie na nie” wynika z tego, jak odbieram rzeczywistość i jak się w niej odnajduję. Dlatego zacząłem robić różne dziwne rzeczy i nawet próbuję pisać dziennik, w którym staram się spisywać i przemyślenia i efekty. 

zdjęcie z materiałów promocyjnych filmy Whiplash