5 - tyle minut czytania

Zanim zachęcę (bo zwykle o zachętę mi chodzi) do czytania czegoś, co sam niedawno przeczytałem, odpowiem na niezadane pytanie – czy piszę o wszystkich książkach, które przeczytałem? Nie. I nie chodzi o to, że czytam więcej i nie chcę się chwalić (jakby było czym). Raczej chodzi mi o to, że o niektórych książkach nie wiem co napisać. A skoro nie wiem co napisać, to po co męczyć siebie i czytelnika… I nie chodzi nawet o to, że to złe książki. To mogą być dobre książki, tylko… ja nie wiem co o nich napisać. Dużo łatwiej mi się pisze, jak mam coś do powiedzenia.

Po pierwsze Lemetre i „Suknia Ślubna”. Autora już wychwalałem (tu i tu), a o samej Sukni słyszałem wiele dobrego i nie rozczarowałem się. Co prawda w moim prywatnym, raczej nigdzie nie publikowanym, rankingu wyżej stawiam trylogię Verhoveena, ale… Lemetrowi w Sukni udało się bodaj dwu czy trzykrotnie sprawić, że mi się bebechy z wstrętu, obrzydzenia, i szeroko pojętego niesmaku wywróciły. To ten moment, w którym szczęka spadła na podłogę a Ty nie masz siły jej podnosić, tym bardziej że doskonale wiesz, że nawet jak ją pozbierasz i dopasujesz, to jeszcze długo będziesz czuł niesmak w gębie po tym, co przeczytałeś. A równocześnie nie sposób się oderwać od lektury. Wciąga, łapie za fraki, szarpie za fraki, wybija zęby, sprawia, że ciarki po plecach wędrują w górę i w dół, a zegar litościwie wybija drugą w nocy, kiedy Ty po raz niewiadomojużktóry obiecujesz sobie, że ten teraz rozpoczęty rozdział będzie ostatnim. Ooooostatni. No prawie…

I tak, niezmiennie ustawiam trylogię wyżej, ale też do czytania Sukni gorąco, gorąco zachęcam.

Po drugie, „Wyspa na prerii” Wojciecha Cejrowskiego. Autor, tłumacz i redaktor (a przy tym rzecz jasna podróżnik) w jednym, każdą swoją książką sprawia, że mu zazdroszczę. Tego gdzie był, tego co przeżył, co zobaczył, z kim rozmawiał. Przy tym opisuje to w sposób tak lekki i tak prosty (absolutnie nie mylić z prostackim) że nie sposób mu nie wierzyć, tym bardziej, że czytając można odnieść wrażenie, że na jego miejscu mógłby być każdy (pod warunkiem, że miałby dość śmiałości aby kupić bilet za wielką wodę sprzedając przyniesioną na plecach lodówkę lub ruszyć do kraju gdzie posługują się językiem którego zupełnie (czyli że w ząb) się nie zna).

Połknąłem „Wyspę” i chcę na prerię. Chcę poczuć piach i kurz, chce poznać ten świat po PPP (Pierwszym Praniu Portek), chcę poznać ludzi, którzy tworzą Stado, a Stado zawsze człowieka zna lepiej, niż zna on siebie sam. I tu trochę smutna, zupełnie dziwna konstatacja… Coś mi się zdaje, że aby poczuć to „stado”, aby poczuć się dobrze wśród ludzi, trzeba być daleko od naszej rzeczywistości. I nie chodzi o to, że źle mi wśród ludzi, z którymi na codzień spędzam czas, chodzi raczej o to, jaki mam stosunek do szeroko pojętego społeczeństwa… a stosunek mam taki, że niestety wracając z dalekich wakacji słysząc polską mowę mam niejednokrotnie ochotę odwrócić się na pięcie… dziwne to uczucie. Jeszcze gorsze? Mniej mi doskwiera niemiecki szwargot… Ale to dygresja z książkami nie związana. Wyspę polecam. Choćby po to, by posmakować czym pachnie i zgrzyta odległy, odległy świat.

Jedno tylko mam małe ale… Wyspy nie ma na czytnik.. i nie chodzi o to, że źle mi się teraz z papieru czyta, ale… już jestem chyba ebookowym narkomanem i bardzo sobie cenię wygodę, która z tym się wiąże…

No i mała ciekawostka. Pamiętam, jaką falę hejtu musiał na siebie przyjąć Jarosław Kuźniar za historię o tym, że w Wallmarcie można wszystko kupić, a potem wszystko oddać. Trafił na sam szczyt szczytów Cebuladeals. I mając to na uwadze, proponuję przeczytać ze zrozumieniem opowieść WC o tym jak działa Wallmart i dlaczego tak właśnie działa ta sieć.

I jeszcze jedno polecenie, tym razem kolejny skandynawski kryminał (a raczej kolejny skandynawski autor kryminałów) – Jorn Lier Horst. Możecie śmiało poczytać Jaskiniowca, Psy Gończe (to już za mną) i Poza sezonem (to jeszcze przede mną). Żadne wielkie aj waj, ale za to porządne pisarskie rzemiosło. Ciekawi bohaterowie, niezgorsze intrygi, ale też nic nowego dla tych, co kryminały pochłaniają (nie twierdzę, że sam pochłaniam, ale wiele dobrych rzeczy do czytania polecam, i to też jest niezłe, natomiast jeśli ktoś ma ochotę na coś dobrego, to w ciemno niech bierze Lemetra).

No i właśnie… ponieważ w jakimś stopniu Millenium Larssona utożsamiam z impulsem, który ponownie pchnął mnie do czytania. Millenium czytałem kilka razy i pewnie jeszcze raz lub dwa mi się zdarzy… No i do tomu czwartego (Co nas nie zabije) podchodziłem nieufnie, ostrożnie i… Cóż, póki co pozostanie pozycją do przeczytania na później, choć zdarzyć się może, że będzie książką po którą nie sięgnę nigdy. Sami bohaterowie to nie wszystko, nawet intryga to nie wszystko. U Larssona mistrzowski był sposób zawiązywania historii, drobiazgi, które porywały i uwiarygadniały opowieść. Nowe Millenium, przynajmniej po pierwszych paru rozdziałach sprawia raczej wrażenie zabawy w „połącz kropki” czyli idź z punktu a do punktu b, gdzie dowiesz się o punkcie c, niż dobrą, wielowątkową powieść. Wiem, to prawie jak ocenianie książki po okładce, ale… myśl taka mnie czasem napada, zbyt wiele jest dobrych książek do czytania, i za mało czasu, żeby tracić czas na przekonywanie się do czytania książek, które na pierwszy (a także drugi i trzeci) rzut oka dobrymi nie są. Zwyczajnie nie ma sensu się męczyć.

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu