Wolność słowa w Polsce jest zagrożona?
Skoro zaczynamy od pytań absurdalnych, to dopełnijmy drugim - a kogo porąbało?
W Polsce można powiedzieć wszystko. Można powiedzieć, że premier do zdrajca, że wszyscy ministrowie ds. zagranicznych to rosyjscy szpiedzy, można mówić o tym gdzie stało ZOMO i czy żona prezydenta to czarownica. Można nawet mówić o tym, co się ma w swojej torebce i jakoś nikt nie widzi powodu, aby cokolwiek komukolwiek zakazać mówić.
Problemem pierwszym dla niektórych może być to, że nie wszyscy wszystkiego muszą chcieć słuchać. Że nie ma prawdy objawionej o polityce, zamachu, gospodarce.
Problemem drugim jest to, że można powiedzieć wszystko i to bezkarnie. Bez odpowiedzialności, bez potrzeby liczenia się z konsekwncjami.. A - chyba już to kiedyś cytowałem Młynarskiego - twarz wróćmy słowu, bo bez twarzy, największe słowo nic nie waży.
Swoją drogą, jak kogoś nie stać na prowadzenie własnej telewizji, niech sobie zrobi kanał na Youtube. Potencjalny zasięg będzie miał ogromny, a wszystko to za frajer.
Na to wszystko Hofman bredzi coś o tym, aby zapewnić katolikom równe prawa w życiu publicznym. Może się pogubiłem, ale ktoś im czegoś broni? Jakieś prawa odbiera? Dyskryminuje? Znaczy że co, w Ameryce biją murzynów, a w Polsce biją katoli?
1% podatku dla partii politycznych? Jestem na tak!
Dziś rano w radiu TokFm Jacek Żakowski w rozmowie z Łukaszem Gibałą przekonywał, że koncepcja aby przekazywać jeden procent podatku na partie polityczne w sposób podobny do tego, jak wolno nam przekazać część płaconego podatku na organizację pożytku publicznego to zło wcielone. Jednym z używanych argumentów jest twierdzenie, że przy takim rozwiązaniu to bogaci będą decydować o władzy a zwykli ludzie będą mieli mniej do powiedzenia i że to doprowadzi do tego by bogaci się bogacili a biedni pozostawali biedni... Pozwolę się sobie z tą tezą nie zgodzić.
Po pierwsze, takie rozwiązanie pozwala na płacenie tym, którym chcemy płacić. Nie tym, którzy akurat w tej chwili są przy żłobie/korycie/władzy. Co więcej, pozwala nam podejmować decyzję co rok, a nie co cztery lata. Oznacza to, że nasi kochani politycy musieliby się częściej starać o nasze "tak". Może zaczęli by coś robić... Poza tym, może trudniej zdobyte pieniądze (bo trzeba za nimi pochodzić) wydaje się inaczej, niż te, które wpaść muszą.
Po drugie, bogaci zazwyczaj nie są bogaci dlatego, że są głupi. Zwykle aby zdobyć pewien kapitał, trzeba wykazać się determinacją, skutecznością (czasem bezwzględnością), ale aby te pieniądze utrzymać, trzeba umieć je liczyć i wydawać. Jak wydasz za dużo - tracisz. Jak wydasz źle - tracisz. Jak przechomikujesz - tracisz. Jaki z tego wniosek? Bogaci znają wartość pieniędzy. Co więcej, bogaci to czasem także ludzie rozsądni, wyrachowani, znający związek między przyczyną i skutkiem. Państwo powinno być wyrachowane, rozsądne, wypłacalne. Powinno wiedzieć ile ma i ile może wydać. Wniosek - wolę, żeby ewentualny większy wpływ na wybór władzy mieli ludzie, którzy pracują pieniędzmi, niż ludzie, którzy oczekują, że ktoś im pieniądze da. Poza tym, nie oszukujmy się, bogate oszołomy znajdują po każdej stronie sceny politycznej.
Mądrych jest raczej mniej, niż głupich. Wykształconych, utalentowanych, pracowitych jest mniej niż leniwych, małorozgarniętych i sfrustrowanych. Niewielu jest ludzi, którzy odnoszą sukces. Ale wg opinii pana Jacka perspektywa, w której odrobinę większy wpływ na naszą rzeczywistość mają ludzie, którzy coś osiągnęli, jest przerażająca. No tak, być rządzonym przez ludzi, którzy coś wiedzą... Brrrr... Ohydztwo... Nie takeśmy się walcząc o demokrację umawiali...
Nadchodzą wybory obrzydzenia
Od kilku miesięcy stawiam sobie proste pytanie - na kogo zagłosuję. I, pomijając już fakt, że znowu znacznie łatwiej mi określić, na kogo nie zagłosuję, stoję przed cholernie niewdzięcznym zagadnieniem.
Nie pójście na wybory jest decyzją złą, o czym już pisałem. Nie zagłosuję na PiS, wcześniej odrąbałbym sobie prawą rękę i odgryzł lewą. Prezes i wdzięczne aniołki to zdecydowanie nie mój klimat, a poziom inteligencji Hofmana, który jest odwrotnie proporcjonalny do jego tupetu i poziomu bezczelności sprawia, że zaczynam zgrzytać zębami, na sam dźwięk jego nazwiska.
Nie zagłosuję na czerwonych, bo cytując Korwina (a ten cytat jest zawsze trafny):
Są tacy, którzy mówą, że białe jest białe a czarne jest czarne. Są inni, którzy mówią że białe jest czarne, a czarne jest białe. Ja Państwu powiem, że białe jest białe, a czerwone jest wredne...
Nie zagłosuję na Palikota, bo to oszołom. Wygadany, błyskotliwy, ale oszołom. Mógł coś zrobić, woli krzyczeć. I wspiera się Tymochowiczem. Może to i mądrzejsza wersja Leppera, ale wciąż jednak nie do przyjęcia.
Może i zagłosowałbym na PJN, bo cenię Pawła Kowala, ale... Kowal jest w europarlamencie, a ja nie mogę patrzeć na Jakubiak i nie mogę słuchać Poncyliusza, którego pomysły gospodarcze wołają o pomstę do nieba. Ktoś zwrócił uwagę, że on może gadać takie dyrdymały, bo w życiu nie będzie za gospodarkę odpowiadał, więc może w ten sposób zdobywać tani poklask, ale przez te jego ekonomiczne idoteorie wiem, że na PJN głosować nie wolno, bo to też złoooooo...
Jak zawsze, najchętniej zagłosowałbym na Korwina. Z czystym sumieniem, że głosuję na świra, ale to mój świr więc byłbym jakby spokojniejszy. Tylko że...
Wyobrażam sobie poranek 10 października 2011 roku. Budzę się po spokojnej, kto wie, być może nawet słonecznej niedzieli, i słyszę, że premierem naszego pięknego kraju jest Kaczyński lub Napieralski dzięki koalicji sejmowej PiS & SLD... Że co, że nie możliwe? Niestety, możliwe. Co więcej, oni w imię władzy są do tego zdolni. Że PiS nie dogada się z SLD? A z Samoobroną czy LPR mogli? Mogli. To i z czerwonymi się dogadają. W imię dobra narodu. W imię wyższych racji. W imię walki o Smoleńsk. W imię.. czegoś tam. Lud to kupi. I czarny i czerwony. Bo czerwoni mają potrzebę dorwania się do koryta. Byle z kim, byle by.
Wychodzi mi na to, że oddam głos na Platformę. Z najwyższym obrzydzeniem dla siebie i dla Platformy. Bo wolę Tuska, od Kaczyńskiego, bo wole Rostowskiego od Szydło, bo wolę Sikorskiego od Fotygi, a od Macierewicza, Brudzińskiego i wspomnianego Hofmana wolę kogokolwiek. Więc choć mi się rządy platformy nie podobają, to wiem, że Prezes i spółka w imię swoich racji gotowi są zgotować nam znacznie ciekawsze czasy... A te które idą, i tak będą ciężkie.
W ciężkich czasach potrzebujemy mądrego "wodza", który będzie nie tylko podejmował mądre (nierzadko trudne) decyzje ale wodza, który będzie umiał mówić do ludzi i być z ludźmi. A nie szaleńców, którzy chcą rozliczać przeszłość i trwonić resztki pieniędzy na zasiłki...
Społeczeństwo (jakby mniej) obywatelskie
Zgodnie z bardzo ogólna definicją, przytoczaną za Wikipediią, społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo charakteryzujące się aktywnością i zdolnością do samoorganizacji oraz określania i osiągania wyznaczonych celów bez impulsu ze strony władzy państwowej.
Społeczeństwo obywatelskie, w moim rozumieniu, to taka grupa ludzi, która nad Ja przedkłada My i działa niezależnie od tego, co zrobią Oni, czyli władza. Takie są założenia. Niestety, w naszej rzeczywistości, Oni robią wszystko, żeby Nam się chciało coraz mniej i żeby każdy z Nas skupił się tylko na swoim Ja, bo wtedy żaden z Nas nie będzie przeszkadzał Im. Trochę to straszne.
Od dziesięciu lat mam prawo i uczestniczę w wyborach. Lokalnych i krajowych. I z każdymi wyborami, coraz trudniej mi wybrać tego, na którego głos oddam, ponieważ nieustannie dociera do mnie, że znowu nie głosuję za, ale przeciw, a także że głosuję nie dlatego, że wierzę w to, że ta czy inna ekipa coś wprowadzi, ale po to, aby inna ekipa nie wprowadziła czegoś innego. Każde wybory, a potem każda kadencja odziera mnie ze złudzeń. Politycy robią co mogą, aby udowodnić mi, że jestem potrzebny raz na cztery lata, a w przerwach mam nie przeszkadzać w ich zabawie. I to niezależnie od szczebla. Świetnie bawią się ci na górze, świetnie bawią się ci na dole, tylko nam jakby mniej jest do śmiechu.
Mi wciąż się chce. Mam świadomość, że nie pójście do wyborów jest gorszą decyzją. Zaczynam rozumieć, że oddanie nieważnego głosu to jak wołanie na puszczy i to decyzja błędna (o czym za chwilę). Tylko że... takich jak ja jest coraz więcej, a tym samym powiększa się grupa ludzi, którzy ze stanu "nie wierzę w to, ale głosuję bo to mój obowiązek" przechodzą do grupy "nie wierzę w to, mam dość wybierania mniejszego zła i wy frajerzy za nic w świecie mojego głosu nie dostaniecie". Prawo do głosowania przestało być prawem i przywilejem. To tylko smutny, nic nie znaczący rytuał raz na jakiś czas.
Ta skuteczność naszej klasy(?) politycznej jest zatrważająca i tworzy coś na kształt nakręcającej się spirali. Im mniej ludzi głosuje, tym gorsza niestety jest ekipa która dochodzi do władzy, bo mniejszej ilości głosów potrzebuje aby wygrać. Im gorsza jest ekipa, tym gorzej rządzi, tym mniej ludzi wierzy w politykę, tym mniej ludzi pójdzie do wyborów, tym mniej głosów potrzeba aby wygrać, tym gorsza będzie ekipa rządząca. Tak to działa, tak to się kręci. I cztery lata temu mogliśmy się łudzić, że dzięki zaangażowaniu młodych, coś się zmienia. Tylko że PO przyszło do władzy i nic nie zrobiło. Sfrajerzyli, rozczarowali, olali. Okazali się tacy sami jak wszyscy inni, nic nie mają do zaproponowania, poza tym, że chcą przy władzy trwać. Że nie mam racji? Ktoś powie, że się starają, że walczą i próbują? Ktoś może nawet powołać się na fakty i decyzje. Tylko jakie znaczenie mają fakty? Znaczenie ma to, jak sytuację postrzega ta coraz mniejsza grupka wyborców...
Dlaczego nie pójście na wybory albo oddanie nieważnego głosu jest błędem? Przede wszystkim dlatego, że to działanie w konsekwencji legitymizuje wybraną władzę. Mówi się, że nie idąc do wyborów, tracisz prawo do komentowania i oceniania władzy.. Coś w tym jest, ale... Nie idąc na wybory, lub oddając głos nieważny, zmniejszasz pulę głosów, które decydują o wyniku. Co oznacza, że trzeba zgromadzić mniej głosów, aby wygrać wybory i przejąć władzę. Co oznacza, że nie idąc na wybory, głosujesz na zwycięzcę. I jesteś dokładnie tak samo odpowiedzialny jak Ci, którzy ich wybrali, a nawet bardziej, bo im to zwycięstwo ułatwiłeś - tym sposobem Twój głos liczył się podwójnie :) Takie to sprytne. Pozwoliłeś, aby mniejsza grupa zadecydowała, kto będzie rządził naszym krajem. Dzięki temu, 40 milionowy naród rządzony jest za pomocą głosów zdobytych od śmiesznej procentowo grupy ludzi. W takim układzie, szczęśliwie nam panujący nawet nie muszą się czuć odpowiedzialni (no bo przed kim), choć ciężar gatunkowy ich decyzji jest ogromny.
I na koniec dwie wiadomości. Dobra i zła. Zacznę od złej.
Coraz większa część z nas, skupia się na tym, co zrobić aby jednostce (mnie) było lepiej, niż społeczeństwu (nam) i tłumaczy to tym, że tak musi, bo wszyscy tak robią. Skoro wiemy, że wszyscy mają gdzieś przepisy, my też mamy je gdzieś. Skoro wszyscy oszukują skarbówkę - to my też ułatwimy sobie życie. Skoro inni robią co mogą, aby nie płacić podatków i załatwiać co tylko się da na gębę i bez papierów, to i my możemy. Skoro inni parkują gdzie im się żywnie podoba, to i my stajemy gdzie popadnie. Skoro inni mają w dupie czerwone światła, to i my zaczniemy traktować je z równym pobłażaniem. Co ciekawe, im więcej z Nas ma gdzieś jakiekolwiek regulacje i zasady, tym więcej zasad jest wprowadzanych, bo komuś się wydaje, że liczba przepisów wpływa na ich przestrzeganie. Tak czy owak, zmierzamy w kierunku prawa dżungli, gdzie wygrywa silniejszy, sprytniejszy i szybszy. Tylko skoro się na takie zasady zgadzamy, nie boczmy się na to, że inni są więksi, silniejsi i sprytniejsi. I lepiej od nas potrafią wykorzystywać nadarzające się okazje i łamać prawo skuteczniej od nas. Tak właśnie wygląda las tropikalny w klimacie umiarkowanym.
Gdzie więc ta dobra wiadomość? Jak tak dalej pójdzie, dojdziemy do ściany. Skumamy wreszcie, że tak się nie da. Ustalimy w końcu jakieś zasady, które będą nas obowiązywać i sami będziemy ich przestrzegać. Przestaniemy samodzielnie wybierać przepisy, które nam się podobają i te, które nam nie odpowiadają. Dojrzejemy do tego, że czasem grupa jest czymś więcej niż sumą tworzących ją jednostek i dojdziemy do tego, że warto respektować zasady taką grupę tworzącą. Zrozumiemy, że są pewne koszty, które trzeba ponieść, aby utrzymać grupę. Wcześniej czy później wśród tych zniechęconych pojawią się ludzie, którzy dostrzegą, że trzeba zmienić otaczającą rzeczywistość. Że zamiast narzekać, trzeba wykorzystać potencjał który w ludziach drzemie. Nie z pobudek idealistycznych, ale dlatego, że im silniejsze społeczeństwo, tym lepiej się żyje obywatelowi. Kiedyś do tego dojrzejemy. Nie prędko, może za jakieś sto lat...
I tylko szybkie wyjaśnienie. Grupa / społeczeństwo nie oznacza socjalizmu. Nie musimy żyć w komunie, aby żyć w społeczności. Nie musimy się wszystkim dzielić, żeby było nam dobrze. Wystarczy, że ustalimy pewne zasady i pewne wspólne koszty, które każdy z nas gotów będzie ponieść. Tylko tyle i aż tyle.
I tak zupełnie na koniec, polecam Wam obejrzenie serialu West Wing. Absolutnie genialne. Natomiast do tej notki pozwolę sobie przypomnieć wypowiedź Jeda Bartleta dotycząca tego właśnie tematu:
Here's an answer to your question that I don't think you're going to like. The current crop of 18-25 year olds is the most politically apathetic generation in American history. In 1972, half of that age group voted. In the last election, 32%. Your generation is considerably less likely than any previous one to write or call public officials, attend rallies, or work on political campaigns. A man once said this, "decisions are made by those who show up." So are we failing you, or are you failing us? It's a little of both.
Season 1, episode 22 - What kind of day has it been.
Kibice wkraczają do polityki…
Nie lubię obłudy. Żadnej. Ani telewizyjnej, ani prasowej, ani żadnej innej. Nie lubię, kiedy ktoś kłamiąc w żywe oczy, próbuje odwracać kota ogonem. Nie lubię. Przez długi czas wydawało mi się, że żyjemy już w czasach, kiedy jesteśmy choć trochę odporni na manipulacje i na to, że ktoś nam będzie wciskał kit, bo ten powinien nam już wyłazić uszami. A potem oglądam takie coś:
albo tu:
Takie troszkę pomieszanie z poplątaniem, odnoszę wrażenie.
Nie zapominajmy, że pan trybun ludowy, pan Piotr Staruchowicz ubliżał właścicielowi klubu, nie zapominajmy, że pobił piłkarza (może w emocjach, może sprowokowany(?), ale fakt pozostaje faktem). Przy okazji, pan Piotr Staruchowicz zaznacza, że nie widzi nic złego w odpalaniu rac, a to jest z polskim prawem i regulaminami stadionowymi niezgodne. Jest niebezpieczne - byc może nie w rękach pana Piotra Staruchowicza, ale w rękach róźnych ludzi, za których pan Piotr Staruchowicz odpowiedzialności nie bierze. Choćby nawet tak mówił i tak czuł, to jednak jej nie ponosi.
Po drugie, przeraża mnie to, że kibice idą łapka w łapkę z PiS. Wydaje im się, że to oni dyktują warunki, wydaje im się, że teraz to oni rozdają karty. Że "wygrają ten bój tak, jak wszystko co dotychczas wygrali". Tylko że oni są potrzebni prezesowi do ujadania premierowi. Tylko do tego i jak tylko ta zabawa się skończy, tak szybko przestaną być potrzebni. Ale uśmieję się, jeśli pan Piotr Staruchowicz wystartuje w jakichś wyborach - nie dlatego, że mu nie wolno, ale dlatego że - przypuszczam - wystartuje pod skrzydłami pana prezesa Kaczyńskiego. Ale o tym ciiii....
Po trzecie, kilka dni temu pisałem, że nikt w naszym futbolu za nic nie odpowiada. Ani PZPN, ani kluby, ani kibice, ani policja - no nikt, normalnie nikt. A jak się wreszcie pojawił szeryf, to wszyscy mają mu za złe, że się wpier... wcina w nie swoje sprawy. Nie, nie uważam decyzji Premiera za słuszną, ale być może nie było czasu na inna. Skoro nikt się nie czuje odpowiedzialny, to trzeba uderzyć tam, gdzie najbardziej boli. Po kieszeni. Może to sprowokuje zainteresowanych, do lepszego zabezpieczenia swoich interesów. Może to skłoni kluby i związek do tego, by lepiej zabezpieczały stadiony i imprezy, może to skłoni kibiców, to większej odpowiedzialności za swoich rzucających sztachetami i niszczących trybuny kumpli. Bo, kto wie, może pan Donald się znowu wkurzy i nasz stadion też zamknie. Tak swoją drogą - nie trzeba zmieniać prawa, wystarczy je egzekwować. I to najlepiej na miejscu, wyłapując tych, którzy niszczą mienie. Że to może doprowadzić do eskalacji (o to się rzekomo bała policja w Bydgoszczy)... cóż... policja jest od tego, aby sobie z takimi problemami radzić.
Po czwarte, tłum kibiców przypomina trochę tłum górników, którzy postanowili wyrwać trochę kasy dla siebie. (polecam wpis na blogu Azraela) Tylko strasznie będzie, jeśli ani z górnikami, ani z kibicami sobie rząd nie poradzi. Bo rząd nie jest od tego, aby ulegać jednej czy drugiej grupie, niezależnie od tego, jak silna będzie. Rząd ma być jak samiec alfa - ma dominować w stadzie. I jeśli pojawi się jakieś szczenię z zapędami do pokazania kłów i pazurów, powinien zostać z całą stanowczością nauczony pokory. A jeśli szczenię wygra, to samiec alfa z podkulonym ogonem powinien się zawijać z tego stada, bo słabe alfa, to złe alfa.
Po piąte, czy to znaczy, że kibic ma siedzić cicho i grzecznie klaskać na stadionie? Nie. Tylko kibic musi zrozumieć, że jego "zadaniem" jest doping, a nie burda. Że sposobem wyrażania radości nie jest rzucanie krzesełkiem i wreszcie, że nie jest sposobem wyrażania swojej dezaprobaty obijaniem kogoś po głowie. Stadiony nie są miejscem wyjętym z pod prawa (wręcz przeciwnie, tu można zacząć wyraźnie to prawo egzekwować), i skoro nie robię czegoś na ulicy, np. jako kierowca, to czemu mam ochotę to robić jako kibic tej czy innej drużyny. Nie obijam innych pieszych ani kierowców pięściami? Dlaczego? Bo choć czasem mam na to wielką ochotę, to umiem się powstrzymać, bo takie są zasady. Jak z tych zasad zrezygnujemy, to zacznie obowiązywać prawo dżungli. A jeśli zacznie obowiązywać prawo dżungli, to cofniemy się o kilkatysięcy lat w rozwoju cywilizacyjnym...
Po szóste wreszcie... Nie, nie uważam decyzji premiera za szczęśliwą. Nie uważam, że premier dobrze rządzi. Nie uważam, że to najlepszy rząd na jaki nas stać. Ale wydaje mi się, że i tak jest nieskończenie razy lepszy od rządu zgody narodowej czy tego, który został stworzony na pomy paktu dla polski (czy jak się porozumienie między PiS, LPR i Samoobroną nazywało). Wreszcie nie chcę wiedzieć, jakim samcem alfa będzie (dla niepoznaki nazywany) rząd ekspertów PiSu z SLD... I mam nadzieję, że się nie dowiem. A rząd Donalda Tuska lepszy nie będzie, bo w zaistniałej sytuacji chyba lepszy być nie może.
Na koniec przytaczam materiał, który zrealizował Polsat Sport dla Cafe Futbol
CafeFutbol - Dom Zły, czyli kilka (z tezą... przez ProTesster
Ej! Łapy precz od moich pieniędzy! Fedak You!
Polecam wywiad z panią minister ds. Pracy, która jest w Rządzie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej z ramienia PSL. Wywiad można przeczytać na stronie tokfm. I co też pani minister mówi?
OFE marnotrawią nasze pieniądze, dlatego że ustawodawca im na to pozwala - oburzała się w TOK FM minister pracy.
Nie WASZE, tylko MOJE, jeśli już. ZUS utylizuje pieniądze. OFE wybrałem sam, mogę go zmienić jak mi się coś nie podoba.
- Uważam, że w przypadku przekroczenia przez Polskę 55 proc.długu publicznego do PKB należałoby natychmiast wstrzymać przekazywanie pieniędzy do Otwartych Funduszy Emerytalnych - mówiła Jolanta Fedak
Ja wiem, że najłatwiej się oszczędza z cudzych pieniędzy, ale może zanim zaczniecie sięgać głębiej do MOJEJ kieszeni, ruszycie szarymi komórkami i poszukacie oszczędności systemowych. Dziura nie łata się od wsypywania większej kasy, tylko od zaszywania. Mniejsze wydatki = mniejsza dziura.
Na jaki temat pani minister nie ma nic do powiedzenia? Pani minister nie ma nic do powiedzenia na temat KRUS'u.
Reforma ubezpieczeń społecznych jest niezbędna, bo stan obecny prowadzi do coraz większej niestabilności finansowej. Tyle tylko, że rozwiązaniem nie jest pompowanie większych środków (już teraz cały dochód z vat jest ładowany w ZUS). Trzeba pilnować wpływów, pilnować wypływów i zmieniać system. Ten który jest, to prosta droga do urwiska. I jak tam dojedziemy, będzie prawdziwy krzyk...
Przepis na dopalacze…
Pomijając już fakt, że to najprawdopodobniej kolejna polityczna zasłona dymna, która ma odwrócić uwagę społeczeństwa od... bo ja wiem.. nowej inicjatywy Palikota? Tykającego licznika Balcerowicza? Rządu? Mam takie drobne spostrzeżenie i kilka pytań.
Po pierwsze, mam wrażenie, że od jakiegoś czasu, zwłaszcza w przypadku dopalaczy, rząd postanowił zrobić... wiele szumu, mało ruchu. Wypowiedź pana ministra Grasia z 25 czerwca 2010 roku (97 dni temu):
i co? I nic. To znaczy pracujemy. Minister Kopacz zapewnia w tvn24, że po ostatniej akcji zaczepnej, ma 44 dni (14 dni do odwołania się tych "złych" i 30 dni na ustosunkowanie się do tego Pańśtwa) na wprowadzenie nowej ustawy i mówi że Państwo zdąży. Dotychczas Państwo zdążyło zaatakować Dopalających Urzędem Skarbowym (dwukrotnie - przed wakacjami i zaraz po wakacjach) oraz obecnie Sanepidem. Dziurawego prawa załatać nie może.
Bo to trudne jest... Tyle rzeczy trzeba brać pod uwagę, no i ci dopalający głupi też nie są, i wykształceni są i w ogóle... Sorry panowie, sprawa się rypła, rządzenie nie jest sprawą prostą ani bezbolesną. Trza coś zrobić...
Boję się, że rząd działa troszeczkę na zasadzie "Dajcie mi człowieka, a ja znajdę paragraf". Kontrargument - przecież tak złapano Capone - nie poszedł siedzieć za przestępczość zorganizowaną, poszedł siedzieć za podatki... Okej... tyle tylko, że w naszej rzeczywistości, dopalacze nie są sprzedawane poza prawem, a zgodnie z prawem. Że to jest szkodliwe - tego nikt nie ukrywa, nie bronię produktu, ale nie podoba mi się to, co robi Władza, która - tym razem za przyzwoleniem społeczeństwa, pokazuje, że ma siłę. Siłę, która została wykorzystana chociażby przeciwko Romanowi Klusce, który znalazł sposób, lukę, przepis. Udupili? Udupili. Wtedy społeczeństwo się oburzało, teraz przyklaskuje. Państwo ma inne sposoby - tworzy prawo, naprawia prawo, egzekwuje prawo. Nie musi demonstrować siły. Zresztą nieudolnie.
Druga rzecz - zakazane zostaną dopalacze, choć ktoś przytomnie będzie argumentował, że to wszystko zabawa w "kolekcję". Ok - nie wolno zjadać własnej kolekcji. Czy w takim razie, zaczniemy zamykać sklepy chemiczne za to, że ktoś wypije rozpuszczalnik? Albo naćpa się klejem? A może zamkniemy sklepy z akcesoriami do remontów, bo ktoś będzie miał odjazd po lakierze albo farbie? Albo zakażemy sprzedawania trutek... i na wszelki wypadek zabrońmy sprzedawać wszelkie środki czyszczące (i przeczyszczające). Pomysłowość ludzka nie zna granic. Podobno są tacy, co odjeżdżają na aviomarinie.
Trzecia - kiedy Allegro zakazywało sprzedaży biletów rozdawanych przez Orange na jeden z koncertów, okazywało się, że bilet był dodawany jako nagroda za wygraną akcję kolekcjonerskiej puszki Coli. Ok. Co będzie, jeśli dopalacze będą dodawane jako - strzelam - wyjątkowo skuteczny środek sklejający modele samolotów... tego też już nie będzie wolno robić?
A może wystarczy napisać na tym - TRUCIZNA. Grozi poważnymi komplikacjami. Szkodzi skuteczniej od papierosów... Bo wiecie, jak ktoś chce zażywać środek będący połączeniem rozpuszczalnika, lakieru, kleju, trutki na szczury i Bóg wie co jeszcze, to ja zgadzam się z "królem dopalaczy", taki ktoś jest debilem.
Ważne. DOPALACZE SĄ SZKODLIWE, NIEBEZPIECZNE. ŚMIERTELNIE NIEBEZPIECZNE i trzeba zrobić coś, aby dzieciaki, młodzież i ludzie nieco starsi od młodzieży nie sięgali po tego typu SYF. I UŚWIADOMIĆ, ŻE PO TABLETKĘ KTÓRA ZAWIERA NIEWIADOMOCO SIĘGA TYLKO DEEEEEBIL! I tak, ważne jest, aby prawo pozwalało ukarać ludzi, stojących za takim procederem. Ale można też EDUKOWAĆ, TŁUMACZYĆ, WYJAŚNIAĆ, WYCHOWYWAĆ. Tego ostatniego za rodziców nie zrobi Urząd Skarbowy, ani nawet Sanepid.
