Wspomnienie lata zimą, czyli kilka kolejnych zdjęć z Hurghady
To już chyba będzie koniec wspominek z Egiptu... Chyba, bo jeśli o mnie chodzi, to nigdy nie można być niczego pewnym. Na pierwszy ogień dorzucę zdjęcie zrobione przy świątyni Hatszepsut. Skały, błękit, księżyc a wszystko na jednej fotografii... a co, jak szaleć, to szaleć.
Prawda czasu, prawda ekranu – zdjęć z Hurghady ciąg dalszy
Kilka kolejnych fotografii prosto z Egiptu. Niektóre jeszcze gorrące, a niektóre nawet całkiem rozgrzewające;) Zaznaczam, że mało edytowane i nie retuszowane, chociaż jak widać, memu aparatu należy się czyszczenie matrycy i zapewne w najbliższym tygodniu na takie czyszczenie zostanie skierowany...
Pustynia, jak pustynia, czyli pierwsze zdjęcia z Hurghady
Wróciłem. Padam na pysk po podróży i tych paru dniach wypoczynku. Na "smaka" wrzucam kilka zdjęć, które mogą się Wam spodobać;) Jeśli się spodobają, kto wie, może odważę się wrzucić kolejne;)
Uwagi końcowe, czyli czego się nauczyłem w Hurghadzie.
> Kiedy ktoś zdobędzie sympatię pasażerów 'na wejściu' zapadnie w pamięci podróżnych aż do samego końca. Kto jak kto, ale Polacy potrafią pielęgnować wspomnienia...
> Jeśli liczysz na kolorowe drinki z parasolkami, zmień miejsce w którym planujesz urlop. Mina barmana studiującego skład zamówionego drinka jest bezcenna i na długo zostaje w głowie. Jeśli zależy Ci na tym by pić, niezależnie od tego co pijesz, Egipt Ci się spodoba.
> Jeśli sądzisz, że nie usłyszysz rodzimego języka, mylisz się, będziesz słyszeć wyłącznie język polski, rosyjski i arabski, którego w ząb nie zrozumiesz. Polaków najczęściej będziesz się wstydził, z Rosjan będziesz się pod nosem śmiał, uprzejmych ponad miarę Arabów będziesz miał po paru godzinach dość.
> Chcesz mieć wyjątkowe wspomnienia? Coś czym będzie się można pochwalić w towarzystwie? Coś, Wybierz się do Argentyny, Peru, może na Barbados. W Egipcie wszyscy oglądają to samo (chyba, że pojechali pić), mają podobne spostrzeżenia i zdjęcia. Fotki sklepu z 'taniej niż w biedronce' robią furorę, ale każdy je widział.
> Lecisz w zimie? Dobra Twoja. W styczniu w Hurghadzie obowiązuje temperatura powyżej 22 stopni Celsjusza. W słońcu grzeje nader przyjemnie, w cieniu można nieco odpocząć. Strój? Jeśli nie jesteś Arabem - krótki rękawek i krótkie spodenki, ew. kusa sukienka. Jesteś Arabem - golf, kurtka zimowa, szalik... W lecie temperatury dochodzą do 50 stopni, co utrudnia, jeśli nie uniemożliwia jakiekolwiek wycieczki fakultatywne i pozostaje dogorywanie na leżakach.
> W kwestii wycieczek - zdecydowanie warto. Piramidy czy Luksor to takie must see. Jeśli chcesz 'zaliczyć' obie pozycje, będziesz zmęczony, bo w obu przypadkach to kilku godzinna podróż autokarem. Decydujesz się na 'safari' - nie miej nazbyt rozbudzonego apetytu... Pustynia to naprawdę wielka kuweta, a 'prawdziwi' Beduini są właściwie... hodowani dla turystów. Przejażdżka na wielbłądzie - króciutka, ale za to ile sprawia radości...
> Pytasz czy warto? Zdecydowanie tak. Choćby po to, aby wiedzieć jak to wygląda naprawdę, bo żaden film, żadne zdjęcie ani żadna opowieść nie odda egipskiej rzeczywistości. Równocześnie podejrzewam, że będzie to jednorazowe doświadczenie, to znaczy do Egiptu udasz się raz i wystarczy Ci to na jakieś 20 lat. Ale czymże jest 20 lat wobec 50 wieków historii tego kraju;)
> Najskuteczniejszy sposób zirytowanie współpodróżnych w drode powrotnej? Sprawdzenie ile zdjęć z wykorzystaniem lampy błyskowej mogę zrobić _sobie_ swoim aparatem... 10? 20? 30? Chcecie kogoś wkurzyć? Sprawdźcie sami...
Shoping centre Hurghada czyli Szybki kurs targowania
Jest kilka zasad, które mogą przydać się każdemu, kto wybierze się na małe zakupy w arabskim kurorcie.
Po pierwsze, nie zakładaj, że musisz wyjść z rzeczą, którą sobie upatrzyłeś.
Po drugie, miej przygotowane kilka wymówek, dlaczego nie możesz wydać więcej niż określona kwota.
Po trzecie, nie przejmuj się wymówkami sprzedawcy. Nie miej skrupułów. On naprawdę zna się na tym lepiej od Ciebie (choćby z racji doświadczenia) i nawet jeśli zapewnia Cię, że proponujesz mu cenę wyprodukowania danej rzeczy, to w końcu nie jest to Twój problem. Nie będzie chciał, nie sprzeda. Licz się z tym.
Po czwarte, nigdy nie przyjmuj ceny wyjściowej za obowiązującą. Chociażby ze względu na to, że inne kwoty obowiązują Polaków, Rosjan, Skandynawów i Tambylców.
Po piąte, nie napalaj się. Wbrew zapewnieniom, nie tylko w jednym miejscu możesz kupić to, co Ci się podoba. Czasem trzeba poszukać, ale zawsze warto.
Po szóste, miej własny pomysł na cenę zakupu, pamiętaj ile chcesz wydać. Tak znacznie łatwiej osiągnąć konsensus.
Po siódme, naucz się wychodzić. Ze względu na to, że ta sama rzecz jutro może mieć zupełnie inną cenę (albo będzie zupełnie inny sprzedawca), a co najważniejsze, przy wyjściu najczęściej dostajesz najepszą ofertę ;) A czasem nawet po wyjściu;)
Udanych zakupów;)
Bounce’ujący taksówkarz w krainie strusiów pędziwiatrów, czyli komunikajca w Hurghadzie
Na ulicach Hurghady jest głośno i tłoczno praktycznie przez całą dobę. Na chodnikach tłoczą się turyści próbujący uniknąć hałaśliwych naganiaczy z jednej strony oraz wiecznie się spieszących taksówkarzy z drugiej. Przejść dla pieszych nie ma, więc trzeba wykazać się refleksem odwagą i przemknąć między samochodami, albo - prawie jak w Nowym Jorku, po prostu się po tej drugiej stronie urodzić.
Kierowcy w Hurghadzie są specyficzni i z uwielbieniem używają klaksonów. Włączając sie do ruchu - bip, hamując - bip, skręcając - bip. Poganiając kogoś - bip, ostrzegając - bip, pozdrawiając - bip, zachęcając do skorzystania z usług -bip, bip. Jak mu się coś spodoba - bip, jak mu się nie spodoba - bip, jak mu ktoś zajedzie droge - bip, jak on komuś zajedzie drogę - bip. Zawsze i wszędzie, dobre na wszystko bip, bip, bip. I ta kakofonia nie cichnie nawet na moment. Trąbią wszyscy, kierowcy autobusów, busów, samochodów osobowych i taksówkarzy.
Taksówkarze to zupełnie inna bajka. Po pierwsze cenę za kurs najlepiej ustalić przed jazdą, ale przed jazdą nie wolno płacić, bo kurs może z niewytłumaczalnych powodów skończyć się w innym niż zakładaliśmy miejscu, a taksiarz będzie tłumaczyć, że dojechaliśmy... Po drugie, kurs może nagle zdrożeć, bo miejsce docelowe okazało się dalej, niż przypuszczał. A taksometry? Owszem są, ale podobnie jak z cenami w sklepach, nie należy się do nich przywiązywać. To coś jak 'pirates code'... It's more like a guide...
A kiedy ktoś zdecyduje się na kurs, czekają go kolejne atrakcje... Oczywiscie ruszamy z klaksonem, potem całą drogę uprzyjemniają nam tradycyjne melodie arabskie, a ostatnią rzeczą którą robi kierowca, jest skupienie się na jeździe. Może nucić pod nosem melodię, która płynie z trzeszczących głośników, ale znacznie lepiej się czuje, gdy palce wybijają rytm na kierownicy a cały tłów wije się jak zaklinana fletem kobra... W tej sytuacji każdy przechodzień witany jest 'bip'nięciem, a każda Egipcjanka kwitowana jest słowami 'ach te women, przez nie są all the problems'. Pomimo dość ekstawaganckiej jazdy (hamowanie naprawdę w ostatnim momencie i wciskanie się na centymetry) taksówkarz znajuje jeszcze czas na przeliczanie dotychczas zebranego zarobku, konsumpcję jakichś nasionek i wyplucie ich resztek na ulicę. W tak zwanym międzyczasie umila podróż rozmową, niezależnie od stopnia znajomości języka. W razie problemów, przekaz wzmacnia gestykulacją, więc już po chwili można zrozumieć chociażby to, że spośród wszystkich turystek najbardziej urodziwe są Rosjanki...
Po takiej podróży człowiek docenia polski ruch uliczny, choć trzeba przyznać, że większość samochodów w zupełnie niezrozumiały sposób uniknęła stłuczki, czy choćby zarysowania.
Nierówna walka z mikrobami… Hurghada dzien II
W Egipcie spodziewać się można wszystkiego. Nadmierna przyjaźń, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni, jest dla nas zagadką, tym bardziej, że nie można mieć pewności co się za nią kryje. Jedną rzeczą jest milcząca zgoda na nagabywanie, inną wędrówka za sprzedawcą do jego 'little shop' którego nikt nie chce odwiedzić, a on przecież sprzedaje taniej i jedyną wadą jego stoiska jest to, że nie jest przy głównej ulicy... Więc chodź za mną maj friend, I'll show You takie things, że nie uwierzysz... Po trzecim skręcie w coraz ciemniejsze zaułki, uznaliśmy że nie warto się za nim pochać... A jeszcze dziś rezydent opowiedział nam o zabawie tubylców - otóż z lubością wpatrują się w wybranego turystę, podążając za nim intensywnie wzrokiem, a następnie wykonują dłonią gest podrzynania gardła... Jak się okazuje, skrzydeł dodaje lepiej niż RedBull, a i wrażenia pozostawia nie zatarte... No cóż, co kraj to obyczaj.
Nie mniej jednak znacznie bardziej prawdopodobnym zagrożeniem, jest 'zemsta faraona', czyli bakteria, która z gracją i determinacją czyści jelita nie przerywając snu. Na szczęście nasze mikroby bronią swego terytorium dzielnie i nie zapraszają do zabawy tutejszych 'ziomków'. My także nie ustajemy w czujności, ostrożnie dobierając strawę i napoje, rezygnując z bajecznie wyglądających sałatek i owoców. Próbowaliśmy także podejść do tematu szczepień, fundując sobie drinki na dobry dobry wieczór. Drinki miały bajkowe nazwy (Piramids i Maybe), równie wiele obiecujący skład, za to wygląd i aromat najpaskudniejszego lekarstwa. I równie skutecznie wykrzywiają gęby tych, co próbują z nimi stoczyć bój smakowy... Próbowałem (chciałem wykazać się determinacją, odpowiedzialnością i zapobiegliwością) ale po trzech próbach uznałem, że po pierwsze nie mam prawie żadnej tolerancji dla alkoholu, a po drugie tutejsze odpowiedniki Johnego Walkera (Jenny Oziris), Finlandii (Funlandia) mają z orginałami znacznie mniej wspólnego niż nazwa...
