Kilka obrazków z Cypru
Będzie nudno i monotematycznie. Bo tylko słońce i plaża i morze a potem znowu plaża, znowu słońce i znowu morze... I wiecie co... Czy komuś to przeszkada?
1:0 dla Cypru
Zasypiasz przy szumie morskich fal... Budzisz się przy szumie morskich fal. Nie słyszysz żadnego jowialnego zawołania na modlitwę z Minaretu, słyszysz tylko kojący szum fal rozbijających się o... falochrony. Budzi Ci, jaskrawe i grzejące do nieprzyzwoitości słońce, a także świadomość, że przynajmniej przez najbliższych kilka dni będziesz mieć wszystko gdzieś. Nawet gdzieś możesz mieć posiadanie wszystkiego gdzieś. Piękny poranek.
Dlaczego 1:0? Gdyż albowiem chcąc niechcąc porównuję wakacje na Cyprze do wakacji w Egipcie. Już znam wynik, ale dla przyzwoitości (i aby nie odebrać resztek złudzeń tambulcom z Doliny Królów) będę punktował ostrożnie.
Różnice? Pisałem już o morzu za oknem? Dorzucę jeszcze otwartą plażę, którą można spacerować ile dusza zapragnie i nogi pozwolą. Brak wszędobylskich arabskich przyjaciół, brak wciskanych na siłę ofert zrobienia mi dobrze, za to cisza, spokój i szum fal. Jedzenie - bez porównania lepsze. Bardziej europejskie, bardziej zróżnicowane.
W takich okolicznościach przyrody nie pozostaje nic innego, jak położyć się plackiem i wygrzewać kości, które powoli zapominają o panującym w Polsce mrozie. Prawie zapomniałem jak wielką przyjemnością jest wychodznie na świerze powietrze bez czapki, szalika, rękawiczek i puchowej kurtki, za to boso i w japonkach, a jedynym kremem, o którym trzeba pamiętać jest ten do opalania... Polecam:-)
Z cyklu mądrości rezydenta:
- tu wszyscy ludzie mówią po angielsku, nawet starsze generacje ludzi [w tym momencie poczułem się jak Golf IV]
- gdybyście się Państwo zgubili, proszę pamiętać, że hotel znajduje się nad morzem i w tę stronę należy się kierować [Idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja]
- kolejna wycieczka (...) wyjazd o 9:30 nad ranem [śpioszek z pana rezydenta]
Czym różni się podróż na Cypr od podróży do Hurghady?
Szykuje się mała powtórka z rozrywki. Dwa lata temu postanowiliśmy skorzystać z okazji i gdy w Krakowie szalały mrozy, śnieźyce i różne inne przypadłości zimy postanowiliśmy wybrać się do Hurghady. Tamtą podróż przeźyłem, swoje przecierpiałem i opisałem wszystk zaczęło się już w samolocie...
Aby tradycji stało się zadość, i tym razem kilka słów kreślę lecąc kilka tysięcy stóp nad ziemią, ale po kolei.
Po pierwsze, dlaczego Cypr? Gdyż... Nie jest Egiptem, a to już zasadnicza zaleta. Może się zatem okazać, że będzie mniej "przyjacielski", ale może za to nieco łatwiejszy w odpoczynku. Co więcej, był to wybór oparty rzecz jasna także o elementy ekonomiczne - jakość do ceny, ale w znacznej mierze logistyczne. Okazuje się bowiem, że z Krakowa w tym okresie latamy tylko do północnej Afryki. Więcej ciekawych połączeń jest rzecz jasna z Warszawy, ale... Z Warszawy bardzo chętnie latamy o 5/6 nad ranem. Pora dobra jak każda inna, ale nie dla takich zatwardziałych Krakusów jak ja:-).
Po drugie, choć piszę zasuwając w przestworzach z prędkością popnad 800km/h, dzisiejsza podróż zaczęła się od kolejowej przejażdżki liniami TLK. Dworzec główny w Krakowie przywitał nas dobrą nowiną, gdyż nader seksowny, choć ledwie słyszalny a przez to mało zrozumiały głos dworcowej informatorki poinformował nas, że pociąg z (bodaj) Wrocławia do (bodaj) Zamościa co tu miał być proszę Państwa już dobre kilkanaście minut temu przyjedzie i owszem, ale za około 60minut, przy czym opóźnienie może ulec zmianie w każdą ze stron. Nie ma to jak dobra nowina przy kilkunastostopniowym mrozie... Na nasze (moje i mojej lepszej połowy) szczęście skład do stolicy był o czasie, podobnie jak znaczna grupa zainteresowanych transportem podróżnych (poprzednie zdanie powinno być krótsze i brzmieć: zwaliła się kupa luda i każdy chce do Warszawy). Ponieważ wykazaliśmy się wrodzonym sprytem i inteligencją, dzięki zajęciu odpowiedniej pozycji startowej zdołaliśmy zapewnić sobie miejsce w przedziale (wrodzona inteligencja podpowiada nam, że z czasem trafią się sprytniejsi i warto zawczasu pomyśleć o miejscówkach). Trzy godziny później zameldowaliśmy się na Centralnym.
Korci mnie, żeby przejść do punktu trzeciego, ale.. W orzedziale trafiliśmy na ciekawego przedstawiciela młodzieży. Nie wiem czy robił to celowo, ale czarując rozmową swoją towarzyszkę podróży sprawiał, że wszyscy staliśmy się zakładnikami jego mądrości. Trzy godziny nic niewnoszącego bełkotu o piłce nożnej, o tym kto jest jakim super strzelcem i ile miljonów ojro ktoś gotów jest za niego zapłacić... Informacje transferowe przeplatane były spostrzeżeniami o współczesnej młodzieży i ich trudnym losie... Wszystko to poparte zmęczonym spojrzeniem... Tak bardzo zmęczonym, że trzeba się było wyłożyć na blacie raczej jak człowiek pozbawiony kindersztuby niż jak panisko. Współczułem sobie, współczułem współpasażerom ale także dziewczynie, która spijała ten jego słowotok...
Czas na "po trzecie". Zatem po trzecie, chyba dojrzewamy. Zapleczem, zachowaniem... Coraz więcej z nas podróżuje, coraz częściej latamy i samolot przestaje być dla nas powoli "wydarzeniem o którym opowiadać będą wnuki naszych wnuków" choć wciąż człowieka zaskakuje ludzka pomysłowość. Wzięlibyście pizzę na pokład? Ale taką w kartonie, dowiezioną chyba bezpośrednio na lotnisko... No wymyśliłibyście coś takiego? A nasi potrafią:-)
Po czwarte... Z jednej strony loty są chyba jednak moczopędne, bo toalety maja wzięcie ogromne. Zaczynam rozumieć koncept biznesowy Ryanair'a, który uznał, że warto zrobić w samolocie toalety płatne. Po czwarte prim, choć na wysokości kilkutysięcy metrów człowiek się robi niewątpliwie głodny jak wilk i spragniony jak kania dżdżu, to nie ma takiej gastrofazy, która by skłoniła mnie do zrobienia zakupów w podniebnym buffecie. Za to zawczasu trzeba przygotować sobie całe oprowiantowanie, a napoje (niekoniecznie wyskokowe) zakupić w bezcłówce. Ech, zachowuję się jak krakowski centuś... Znaczy nie daję umrzeć tradycji.
Po piąte, drobne rzeczy, które potrafią doprowadzić Cię do szału. Podróżujesz, w zasadzie nie ma znaczenia czy daleko czy blisko,male najczęściej nie podróżujesz w samotności, a jeśli to wyprawa zbiorowymi środkami transportu, to zwykle jest tak, że Ty siedzisz za kimś, a ktoś siedzi za
Tobą. Ty stajesz na uszach, żeby nie przeszkadzać tym osobom, a one robią to samo,mtylko dokładńie na odwrót. Typ przed Tobą nie widzi problemu żeby rozwalić się na fotelu i cofnąć oparcie tak, aby jego zagłówek znajdował się przy Twoim nosie - ba, on nawet nie widzi powodu aby łaskawie się odwrócić i spytać czy akurat Tobie, akurat w tym momencie to nie przeszkadza. Z kolei typ za Tobą z lubością wybija w Teoim oparciu kolanami jakieś południowo afrykańskie rytmy. Może to i przygotowanie do masażu, ale przepraszam najuprzejmiej jak mogę i na przyszłość proszę, błagam, uprzedzam... UPRASZA SIĘ O NIE NAPIER...LANIE W MÓJ FOTEL! Do you comprahend?
Podsumowując, podróż z Krakowa do Limassol zajmuje bagatelka 13 godzin, i składa się z transportu pieszego, tramwajowego, pociągowego, samolotowego, autobusowego i autokarowego (brakuje chyba tylko łódki i wrotek do kompletu). No ale kiedy umordowany docierasz do hotelu i widzisz morze, słyszysz morze, czujesz morze, wtedy wybaczasz wszystko...
Being Down Under – Spacerkiem po Brisbane
Kilka kolejnych zdjec z bardzo odleglej galaktyki... Zeby nie bylo - tak, mam pelna swiadomosc ze nie ja jeden poluje tu na ladne obrazki z aparatem. Co wiecej, nie ja jeden robie to Nikonem, ale musimy miec tez swiadomosc, ze sa tez inni swietni fotografowie, ktorzy swoje zdjatka strzelaja innym sprzetem.
Wszystkie zdjecia wykonane niezawodnym i niepowtarzalnym aparatem D90. W jego obiektywie nawet Canonowcy wygladaja dobrze;P
Being Down Under – gdy w Australii pada deszcz…
To musi on obyc oczywiscie olbrzymi. Co prawda powodzi udalo sie uniknac, ale i tak mokro jest. Podobno trafilismy na najwieksze sierpniowe opady od 123 lat... czy mi sie zdaje, czy ten rok po prostu obfituje w te zupelnie zbedne rekordy? A jesli dodac do tego zimny wiatr z poludnia (odnowy wiatr?), to ja bardzo przepraszam, ale tu zimno jest... brrr...
Gdy wieje i pada ocean plata figle, prezy musluly i pokazuje jak wielka ma sile... I od razu jakby nieco bardziej mokro jest...
Niestety, choc wielu probuje, niewielu potrafi na fale sie zalapac... To taka obserwacja moja wlasna. Ja wiem, ze z brzegu to wszystko ladnie i latwo wyglada, ale jak juz sie ktos na taka pogode wybiera szamotac z żywiolem, to powinien cos raczej potrafic, a nie wychodzic z zalozenia, ze najlepiej spac z wysokiego konia... na szczescie sa tez tacy, ktorym sie udalo...
Sa tez tacy, ktorzy wzieli sie na sposob. Ich nie interesuje wiatr, fala, czy inne trudnosci. Sa to po prostu ludzie, ktorzy postanowili chodzic po wodzie... i wiecie co... po prostu dotchczas ludzie nie wiedzieli z jakim sprzetem nalezy sie do tego zabrac...
Wszystkie zdjecia zostaly zrobione niezastapionym Nikonem D90.
Being Down Under – kilka zdjec z Airlie Beach i WhitSunday Islands
Na poczatek odrobina prywaty. Wydaje mi sie, ze podroz powrotna (1124 km w ~13h, ze srednia 90km/h w kraju ktory nie ma nic wspolnego z Niemcami) jest calkiem niezlym personal best. Tym bardziej, ze przyszlo mi jechac pod prad.. caly czas;) No i wreszcie zrozumialem o co chodzi Clarksonowi z tymi przyczepami campingowymi.. To troszke tak, jak z dowcipami o Garfieldzie. Smiesza wszystkich, ale prawdziwe ich znaczenie doceniaja jedynie wlasciciele siersciuchow. I tak samo jest z tym nieszczesnym "karawaningiem". Dopiero kiedy na dluzszej trasie przychodzi czlowiekowi cierpliwie wlec sie za taka przyczepa, rozumie dlaczego TopGear'owi prowadzacy maja ochote zniszczyc wszystko, co z tym jest związane...
Zanim jeszcze zdjecia, slow kilka o drogach. Po pierwsze, wcale nie sa rewelacyjne, po drugie wcale nie sa szerokie, po trzecie strasznie sa glosne. Szum przeokrutny.
A kiedy przyjdzie wieczor, slonce zachodzi i w ciagu doslownie kilkunastu minut robi sie ciemno... Wtedy dopiero robi sie zabawnie, bo a) jedziesz z predkoscia 80 - 110 km/h, b) w odleglosci kilkudziesieciu metrow od Ciebie jedzie kolejne auto, c) drogi sa nieoswietlone i wreszcie d) z kazdej strony moze zaatakowac Cie kangur. A te wszystkie cudowne australijskie znaki ktore opisalem wczesniej? Well... totalnie niewidoczne, za dlugie do przeczytania przy takich warunkach i czasem nastawionych jest kilka w jednym miejscu - totalny absurd. Nocnej jazdy po Australii zdecydowanie nie polecam.
Ostatnie spostrzezenie odnosnie australijskich kierowcow. Z jednej strony super zdyscyplinowani, jak wspominalem, nie wyprzedzaja kiedy nie ma do tego warunkow, nie przekraczaja predkosci i uprzejmi sa w zasadzie do bolu. Co prawda uwielbiaja skrecac bez sygnalizacji, wjezdzac przed Ciebie gdy nie ma tam miejsca, nie potrafia przewidziec ze lewy pas zaraz sie skonczy i trzeba wpuscic jadace tam samochody, i kiedy zjezdzaja z glownej drogi, w zasadzie nie interesuje ich to, ze ktos moze jechac z naprzeciwka. Przeciez zdaza... a ta dluga przyczepa ktora za soba wleka.. coz.. sciesniaj, sciesniaj... A najciekawsze jest to, co robia w miescie. Ograniczenie predkosci do 60km/h, swiatla, zielone a ci rura do przodu, kto pierwszy. Dobijaja do 60tki i hample.. kto ich tu tego nauczyl?
A teraz czas na obiecane zdjecia... Kilka obrazkow z Airlie Beach:
Wszystkie zdjecia zrobione zostaly niezawodnym i niepowtarzalnym Nikonem D90 (naprawde mi za to nie placa:P ) Jedyna wada (?) Nikona jest to, ze ten akurat model nie jest wodoodporny.. ale za to dzielny jest:)
Being Down Under – australijskie znaki drogowe
Bo wiecie, cos byc musi do cholery za zakretem...
Wszystkie znaki sfotografowalismy w drodze z Brisbane do Airlie Beach i z powrotem. Wszystkie znaki zrobilismy niezawodnym (choc jak sie okazuje, nie calkiem wodoodpornym (sic!) ) Nikonem D90.
O znakach i podrozy na polnoc mozecie przeczytac wiecej w notce o podrozy na polnoc...

















