Jak dobrze pisać? Krócej.

Wszystko zaczęło się od tego, że w ostatnim czasie kilka razy trafiłem na 10 zasad | podpowiedzi „jak dobrze pisać” Ogilvy’ego. Punkt pierwszy brzmi „Przeczytaj książkę Romana-Raphelsona o tym jak pisać. Przeczytaj ją trzykrotnie”. Ja póki co przeczytałem raz i choć nie ma tam żadnych bardzo odkrywczych myśli i jest to raczej pozycja porządkująca wiedzę czy intuicyjne podejście do pisania, to warto ją znać. Choćby po to, że dość gruntownie podkreśla prostą rzecz: kiedy piszesz, pamiętaj o dwóch rzeczach. Po co piszesz i do kogo piszesz.

Jasne, będzie miało znaczenie czy piszemy elaborat, czy notatkę, czy emaila. Ale to tylko dodatki. Kluczowe jest po co piszesz i kto to będzie czytał.

Czytaj cały wpis

Dlaczego zadaję tyle pytań?

To będzie wpis chyba nieco ekspiacyjny. Może nawet delikatnie „coming outowy”. To także wpis co sobie sezonował, bo pierwszy raz w mojej głowie pojawił się rok temu. I nareszcie dojrzał, by go w słowa ubrać.

Mam taką, zdaje się niejednokrotnie potwornie irytującą, manierę zadawania pytań. I w pracy, i w domu, i poza domem. Co gorsza, zwykle jest tak, że na jednym pytaniu się nie kończy, a najlepsza nawet odpowiedź zazwyczaj nie gwarantuje, że przestanę drążyć. Raczej im lepsza odpowiedź, tym większa mam ochotę pytać dalej. Co więcej, czasem pytam nawet wtedy, gdy kolejne pytania nic nie wnoszą. Pytam także wtedy, gdy znam odpowiedź (albo wydaje mi się, że znam odpowiedź). Więc po co pytam?
Czytaj cały wpis

Co Cię nie zabije – wersja australijska

Scenka rodzajowa w całkiem zwyczajnym domku na przedmieściach małego miasta w Australii, wyróżniająca się nadmierną ilością dialogów i wymownej ciszy. A zaczęło się całkiem niewinnie…

– Wkładając buty, sprawdźcie, czy nie ma tam pająków.
– Pająków?
– Tak, pająków. Uważajcie zwłaszcza na te, które nazywamy „redback”.
– Redback?
– Tak, to te z czerwonym paskiem na grzbiecie.

Czerwony pasek na grzbiecie. Nie należy pytać o więcej, prawda?

– A czemu mamy na nie uważać?
– Są trujące.
– Trujące?
– Trujące.

Wspomniana chwila wymownej ciszy..

– ale trujące tak trochę czy…?
– Całkiem poważnie. Śmiertelnie.
– A one są duże, te pająki?
– Nie, nie bardzo, mniej więcej wielkości paznokcia.
– Ale one są tu raczej rzadko widziane?
– Są całkiem popularne, na pewno mamy kilkanaście w ogródku. Chcesz poszukać?

W ogródku. 4 m2 bez kępki trawy. Naprawdę ciężko cokolwiek przeoczyć.

– Ale to mamy się nimi przejmować, ta kreska na grzebiecie jest duża?
– W ogóle się nie przejmuj. Nawet ich nie zauważysz.

Chwila poświęcona na kontemplacje i jeszcze odrobinę wymownego milczenia.

– Ale… na tę ich truciznę jest jakaś odtrutka?
– Nie. Jak Cię użre, to nie ma rady.
– …. a ile czasu od ukąszenia do objawów?
– 20 minut. Mniej więcej.
– ….
– Ale spokojnie, dorosły co najwyżej konkretnie zachoruje.
– Aha… na długo?
– Tak na tydzień. Mniej więcej. Ale naprawdę się nie przejmuj.
– Nie przejmuj się?
– No tak, one naprawdę niewiele osób zabiły. Poza tym, jest tyle rzeczy, których się trzeba bać, że Redback nie jest warty zachodu.
– To czego np. powinienem się bać?
– Choćby tego, że Cię potrąci samochód.

Proste? Proste.

A jednak czuję się nieco mniej komfortowo;)

Dlaczego piszę bloga, skoro go (prawie) nikt nie czyta?

Musiałem dodać to prawie, żeby nie było przesadniego dramatyzmu. Ktoś czasem czyta. Co prawda prawie nikt nie komentuje, ale widać nie można mieć wszystkiego:-) natomiast wg liczb czytają nieliczni (nazwijmy Was na potrzeby waszego i mojego ego – elita) i czytającym wyjaśnię, czemu piszę.

Czytaj cały wpis

Kolejne przyczyny tego, że nikt nie czyta mojego bloga

W uzupełnieniu notki „czemu nikt nie czyta mojego bloga” bez przesadnych wstępów, szukając powodów tego, że wciąż jeszcze nie zostałem bardzo poczytnym blogerem (choć nigdy nie było to celem mojego pisania, ani nie boli mnie to tak bardzo, jak może wynikać z obu notek;-)

Więc… pierwsze dziewięć powodów już spisałem. Do głowy przychodzą mi kolejne:

Po dziesiąte, bo nie wykorzystuję wszelkich możliwych narzędzi do promocji
XXI wiek jest dziwny (to się nazywa cudowna diagnoza). Jest dziwny, bo wszyscy mogą pisać. Wszyscy mają dostęp do prawie wszystkiego, tworzenie treści jeszcze nigdy nie było tak proste. Jeszcze nigdy nie istniały narzędzia, które pozwalałyby niemal każdemu stać się osobą, którą słuchają, za którą podążają inni. Jeszcze 10 lat temu niezbędne byłoby namaszczenie telewizji. 30 lat temu niezastąpione byłoby radio. 40 – pewnie kronika filmowa. Ale też nawet 10 lat temu wszystko toczyło się wolniej i budowanie swojej „pozycji” trwało dłużej (ale też i miało dłuższy efekt) + trzeba było naprawdę coś umieć / coś potrafić / coś osiągnąć aby być „kimś”. No dobra, przeważnie trzeba było. Dziś? Dziś każdy może, nie umiejąc wiele, walczyć o swój kawałek tortu uwagi społeczeństwa. Każdy może pytać, krytykować, eksponować się. Dziś każdy może wyznaczać trendy dobrego smaku, trendy dobrego ubioru, dowolne trendy. Kluczem wiec nie jest to, czy masz coś co powiedzenia, ani ile warte jest to co masz do powiedzenia (znowu, uogólniam), ale to czy Cię czytają czy nie wynika wprost z tego, czy Cię znajdują, czy nie. I można pomagać w tym, aby Cię znaleźli. Można być aktywnym, dzielić się linkami, chwalić się tekstami, zajmować się rozmaitego rodzaju promocją. Można dbać o optymalizację, można postawić mocno na seo. Są też praktyki mniej „czyste” i „właściwe”, i tych stosować nie należy, choć na kró†ką metę pewnie byłyby skuteczne. Ja działań promocyjnych w zasadzie nie prowadzę – czasem wrzucę linka tu (tt) lub tam (fb) ale wszak poważnymi aktywnościami nazwać tego nie można. Może to błąd.

Po jedenaste, bo (prawie) nikt mnie nie zna
W punkcie wyżej udowadniałem, że każdy może. No więc każdy może, ale nie przed każdym ta sama droga. W dalszym ciągu media tradycyjne i odpowiednie budżety są trudne do zrekompensowania samymi działaniami online. NIelicznym (i bardzo zdeterminowanym) się to może powieść, ale nic tak dobrze nie działa, jak znane nazwisko. Znane z telewizji działa najlepiej – po prostu odpowiednia grupa ludzi miała szansę o Tobie usłyszeć, z tego jakaś część będzie Tobą zainteresowana, z tego jakaś część będzie zainteresowana na tyle, aby poszukać Cię w sieci, znaleźć, poczytać i np. wejść w interakcję. Więc, jak już zostanę znany i bogaty będzie mi łatwiej. Ale na całe (wasze) szczęście mi to nie grozi 😉

Po dwunaste, bo za mało tu obrazków
Obrazki łatwiej zrozumieć. Obrazki łatwiej ogarnąć. Żyjemy w czasach obrazków, więc obrazkami lubimy się dzielić. Prosta forma, jak swego czasu swoje żarty opisał Jimmy Carr – feed line, punch line, nothing to fuck about. A ja rysować nie potrafię, w memy bawić się też jakoś nie zamierzam (choć być może warto spróbować…) W każdym razie bez obrazków łatwo nie jest.

Tyle na ten moment. Do czasu, aż znajdę kolejne powody tego, czemu nikt mnie nie czyta. Tej notki nie promuję. Ciekawe, czy ktoś ją znajdzie;) Jeśli ją znalazłeś, bądź tak łaskaw i zostaw komentarz;-) Nawet tak krótki jak „tu byłem Jasio”.

Dlaczego nikt nie czyta mojego bloga?

Dziś wpis z wysokiego C. I jeszcze powinienem dodać, że to nie będzie notka pełna łez i żalów i szlochów tylko próba odpowiedzi na to trudne pytanie – co robię źle. Ale jako że tłumaczy się tylko winny, to chyba jednak muszę ze dwa słowa dodać. Nie mówię o sobie bloger ani nie bloguję dla poczytności. O tym dlaczego piszę choć niewielu mnie czyta, też będzie notka (taki mam przebiegły plan). Nie łudzę się, że czeka mnie świetlana promkowa przyszłość, ale ponieważ lubię, gdy moje ego jest łechtane, przyjemnie byłoby wiedzieć, że ktoś jednak poza nielicznymi krewnymi (którym współczuję z tego miejsca) jednak czasem ktoś tu wpadnie, poczyta, uśmiechnie się i popędzi dalej w swoją stronę. A jednak tego nie robią.

Dlatego, postanowiłem spróbować się zmierzyć z tą trudną materią i odpowiedzieć sobie (skoro nikt inny nie czyta), czemu nikt inny nie czyta. Przystępując do ekspiacji (trudne słowo na pralkę) nieśmiało wymienię swoje okołoblogowe grzechy (te autentyczne i te domniemane). Czytaj cały wpis

1:0 dla Cypru

Zasypiasz przy szumie morskich fal… Budzisz się przy szumie morskich fal. Nie słyszysz żadnego jowialnego zawołania na modlitwę z Minaretu, słyszysz tylko kojący szum fal rozbijających się o… falochrony. Budzi Ci, jaskrawe i grzejące do nieprzyzwoitości słońce, a także świadomość, że przynajmniej przez najbliższych kilka dni będziesz mieć wszystko gdzieś. Nawet gdzieś możesz mieć posiadanie wszystkiego gdzieś. Piękny poranek.

Dlaczego 1:0? Gdyż albowiem chcąc niechcąc porównuję wakacje na Cyprze do wakacji w Egipcie. Już znam wynik, ale dla przyzwoitości (i aby nie odebrać resztek złudzeń tambulcom z Doliny Królów) będę punktował ostrożnie.

Różnice? Pisałem już o morzu za oknem? Dorzucę jeszcze otwartą plażę, którą można spacerować ile dusza zapragnie i nogi pozwolą. Brak wszędobylskich arabskich przyjaciół, brak wciskanych na siłę ofert zrobienia mi dobrze, za to cisza, spokój i szum fal. Jedzenie – bez porównania lepsze. Bardziej europejskie, bardziej zróżnicowane.

W takich okolicznościach przyrody nie pozostaje nic innego, jak położyć się plackiem i wygrzewać kości, które powoli zapominają o panującym w Polsce mrozie. Prawie zapomniałem jak wielką przyjemnością jest wychodznie na świerze powietrze bez czapki, szalika, rękawiczek i puchowej kurtki, za to boso i w japonkach, a jedynym kremem, o którym trzeba pamiętać jest ten do opalania… Polecam:-)

Z cyklu mądrości rezydenta:
– tu wszyscy ludzie mówią po angielsku, nawet starsze generacje ludzi [w tym momencie poczułem się jak Golf IV]
– gdybyście się Państwo zgubili, proszę pamiętać, że hotel znajduje się nad morzem i w tę stronę należy się kierować [Idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja]
– kolejna wycieczka (…) wyjazd o 9:30 nad ranem [śpioszek z pana rezydenta]

(Nie)Wszystkie koty Cypru

Dziwny to kraj ten Cypr, gdzie na każdym kroku spotkać można kota, a psów w zasadzie nikt nie widział – no prawie nikt, bo czasem szwęda się jeden z drugim, ale jakoś tak nieśmiało i bez przekonania. Za to koty… Koty rozwalają się wszędzie i wszem i wobec pokazują, że to one rządzą tą wyspą. No zresztą sami zobaczcie…