Pizza – smacznie, prosto i w domu
Lubię pizze. Dotychczas przepis był banalnie prosty. Mam ochotę, biorę telefon i zamawiam. Po jakichś 45 minutach dzwonek do drzwi ogłasza mi, że przepis znowu okazał się dobry. Ale ponieważ lubię sobie życie komplikować, zrobiłem tak... Potrzebowałem:
- Mąka - jakieś pół kilo. Dużo, owszem, ale i pizzy będzie trochę - tak mniej więcej na cztery mało/średnie.
- Drożdże - około 10g żywych (połowa tego, jeśli z proszku)
- Około 300 mililitrów ciepłej wody
- ćwierć szklanki mleka
- ćwierć szklanki oliwy z oliwek
- ser - w zasadzie dowolny, do zapieczenia
- łyżeczka soli,
- łyżeczka cukru pudru
- Trzeba pamiętać o tym, z czym pizzę lubimy, czyli składniki według Waszego uznania
- zioła
- Sos pomidorowy (można wykorzystać ten z przepisu na lasagne, jeśli ktoś nie pamięta - kilka cebul, kilka pomidorów, oliwa do smażenia, przecier pomidorowy, czosnek, pieprz, sól, - oliwa na patelnię, do oliwy wrzucamy pokrojoną cebulę, po chwili dodajemy czosnek, potem pomidory, potem przecier, potem pieprz, sól; zostawiamy, aż dojdzie [do siebie]; jak sprawdzić czy doszło? łyżeczką nabrać odrobinę i z tą odrobiną trafić do buzi; własnej).
Ciasto:
Drożdże rozdziabdziać (mało fachowe określenie - rozdrobnić placami) z dwiema łyżkami stołowymi ciepłej (letniej) wody. Do nich dolewamy wodę z cukrem pudrem, niech sobie drożdże podjedzą. Odstawiamy na chwilę.
Do miski (dużej) wsypujemy mąkę i sól - przemieszamy. Po odczekaniu chwili, dolewamy do mąki miksturę drożdżo-wodną. Ugniatamy aż uzyskamy ciasto. Dolewamy mleko, dolewamy oliwę, ugniatamy aż będziemy mieli w zasadzie gładkie ciasto, albo będziemy mieli w zasadzie dość. Jak będzie za rzadkie - dodajemy mąki. Ciasto należy z miski wyjąć, podsypać mąką, uformować, odstawić na 15 minut do ciepełka (myśl na dziś - drożdże są jak kobiety, lubią jak jest im ciepło i jak o nie dbamy pieszczotliwie do nich mówiąc i sprawdzając czy niczego im nie brak). Ciepełko to nie piekarnik. Ciepełko to temperatura około 20 stopni pod szmatką. I nie podglądać! Po 15 minutach dzielimy ciasto na równe, około 120 - 150 gramowe porcje. Robimy z nich kule, odkładamy na 30 minut do ciepełka i pod szmatkę aż urosną - tzn aż będą takie dwa razy większe niż są teraz. Ciasto gotowe.
Piekarnik rozgrzewamy na 240 stopni - czy coś koło tego. Ciasto rozgniatamy albo rozwałkowujemy na płasko - każdy kto widział kiedyś pizzę wie o co kaman. Smarujemy oliwą, zwłaszcza brzegi. Na spód dajemy sos, na sos dajemy to co lubimy na pizzy - ja akurat dałem trochę szynki, oliwek, pomidorów (ślinka cieknie, c'nie?). Nie obciążamy brzegów, wszystko co dobre jest w środku. Na wierzch kładziemy ser, posypujemy ziołami, parmezanem. Wkładamy do rozgrzanego piekarnika na środkowy pułap na około 10 minut (chyba, że ktoś lubi węgielek). Wyjmujemy, kroimy, czekamy na zachwyty zgromadzonej publiczności.
Smacznego :) Dajcie znać, jak Wam poszło. Mi poszło tak:
Co zrobić z ciastem którego nie wykorzystamy tego samego dnia? Można podzielone już porcje wsadzić do lodówki, następnego dnia wyjąć, uformować kulę, odstawić żeby się ociepliło i dalej postępować dokładnie tak samo, jak w przepisie stoi.
Facet w kuchni – Lasagna podlana sukcesem…
Pół dnia w kuchni. Dosłownie. Oczy zalane łzami, niemal krokodylimi (forfiterowymi, rzekłby ktoś). Palce - ku zaskoczeniu ogółu - całe. Kuchnia też jakby nie całkiem zabrudzona. No i papu też jest... ale o papu za chwilę.
Krótki (bueeeheeehehehe) przepis:
pół kilo - czy coś koło tego - cebuli,
pół kilo - czy coś koło tego - pomidorów,
mięsa wołowego lub wieprzowego (lub mieszanki) zmielonego - pół kilo (czy jakoś tak)
Kilka cebule szalotek (eschalotte), kilka główek czosnku, coś koło litra (no joking) oliwy z oliwek, przecier pomidorowy - jakieś pół litra, kilka plasterków szynki, makaron lasagna.
Kilka ziemniaków, kilka jajek, trochę - tak pół kubeczka - bułki tartej.
Sera mozzarella troszkę (125g = dobrze, 250g = też bardzo dobrze)
Ser parmezan albo inny serek do posypywania
Przyprawy i inne zielska do wyboru do smaku
Obieramy cebulki szalotki, wrzucamy na mniej więcej godzinę do oliwy na bardzo mały ogień. Nie spalamy, nie smażymy, tylko grzejemy. Po mniej więcej godzinie dorzucamy wszystkie ząbki czosnku z tych główek, cośmy je sobie przygotowali. I tak to tam zostawiamy jeszcze na jakieś 40 minut. Ile tej oliwy? Tyle, żeby zakryć wszystko, cośmy do garnka wrzucili. Po tym całym czasie - jakieś godzina trzydzieści, odcedzamy z tej oliwy (oliwy nie trzeba wyrzucać, można odlać komuś się jeszcze może kiedyś przydać). Nam się przyda dziś kilka łyżek, na których możemy te ugotowane szalotki i czosnek podsmarzyć. Po kilku minutach na patelence zdejmujemy, odcedzamy, odstawiamy. A w tak zwanym międzyczasie...
W tak zwanym międzyczasie...
Cebulka do pokrojenia w kostkę, pomidor do pokrojenia w kostkę, oliwa na głęboką (ważne) patelnię. Na średnim ogniu wrzucamy cebulkę i pod przykrywkę ją. Po jakichś 8-10 minutach (jak cebulka już się sklarowała), dorzucamy pomidorki, przecier i zioła (tymianek, bazylia, oregano - jak ktoś ma świeże, to pochwalam, też można, też zdrowe). I to nam się robić będzie przez godzinkę. Aha - ważne, istotne, może nawet kluczowe - zmniejszamy ogień, znowu na tak zwane minimum. No.. to sosik już mamy, znaczy mieć będziemy.
Ziemniaczki obieramy, gotujemy - jak do schabowego. Z tą różnicą, że nie robimy purre, tylko po ok. 20 minutach od zagotowania odcedzamy i chłodzimy. Jak się schłodzą można pokroić w półcentymetrowe plasterki, odkładamy i czekamy na resztę.
Jajka (kilka -1) gotujemy na twardo (wrzucamy do gorącej posolonej wody na 10 minut), obieramy, kładziemy obok ziemniaków, one też czekają na resztę.
Do jajek i ziemniaków możemy dorzucić rozszarpany ser mozzarella - szarpać możemy nie na drobiazgi, ale na kawałki rozsądnych rozmiarów.
Do mięsa dodajemy bułkę tartą i to jajco co nam ono zostało. Mieszamy, mieszamy, mieszamy i ugniatamy w kuleczki o średnicy 2, 3 albo i czterech centymetrów. Po ugnieceniu i po tej mniej więcej godzinie robienia się sosu, dorzucamy kuleczki mięsne do sosu na około 20 minut. I dlatego patelnia miała być głęboka.
Przyda nam się teraz naczynie do zapiekania. Na dno kilka kropel oliwy, trochę startego sera i pierwsza warstwa lasagni - ma zakryć całe dno. Teraz dajemy sos pomidorowy z mięsnymi kulkami, nie za gęsto, mniej więcej połowę z tego, cośmy przygotowali. Potem warstwę uzupełniamy kilkoma ziemniakami, kilkoma plasterkami jajek, i odrobiną mozzareli. Można (a nawet należy) na to wrzucić ten przysmażony czosnek z szalotką (też mniej więcej połowę). Posypujemy to teraz serem, pietruszką (i nie wytykać mi, że nie wspominałem dotychczas o pietruszce!) i kładziemy na to cieńką warstwę z szynki. Po szynce kładziemy kolejną warstwę makaronu. Na ten makaron znowu - sos z mięsem, ziemniaki, jajko, ser, czosnek z szalotką, ser starty, szynka i makaron. Na tą ostatnią partię kilka łyżek sosu (już bez mięsa) i sera dużo i do smaku. Całość przykrywamy folią aluminiową (błyszczącym do środka) i wkładamy na 40 minut do piekarnika. Po 40 minutach zdejmujemy folię i zostawiamy jeszcze na 5 minut. Aaa.. temperatura? 165 stopni.
Najbliższe 40 minut możemy spędzić na uspokajaniu domowników, że jedzenie będzie już za chwilkę, już za momencik. A co po 40 minutach? No wyjmujemy coś, co wygląda właśnie tak:
A jak smakuje? Heh.. smakuje tak, że... to najlepsza lasagna jaką kiedykolwiek jadłem. I tak, jestem nieskromny.
Skąd ten przepis? Z Masterchef Australia. I wierzcie mi, już niedługo wszyscy zapomnimy o tańcach z gazdami i kocham się Polsko - wszyscy będziemy się ekscytować kuchennym reality show...
Krakowskie Smaki – o Mamma Mia jakie dobre, tylko czemu trzeba tyle czekać?
O Trattoria Mamma Mia miałem wspomnieć niedługo po wpisie poświęconemu Pimiento Argentino Grill, ponieważ w Mamma Mia byłem po raz pierwszy tego samego dnia i było smacznie. Naprawdę bardzo smacznie. Kelner co prawda przed przyniesieniem rachunku wspomniał coś o wylizywaniu talerzy do czysta, ale jako że mieliśmy wtedy naprawdę dobry humor po naprawdę dobrym jedzeniu, zostało mu to wybaczone, a rachunek wzbogacony został wskazanym i wcale nie bagatelnym napiwkiem.
Do pisania o Tattorii po raz drugi zabierałem się kilka tygodni temu, zaraz po drugiej wizycie, gdy po raz kolejny rozsmakowałem się w Gnocchi verdi ai quattro formaggi, które są po prostu pyszne. Nie wyszło. Oczywiście nie zabrakłoby odrobiny uszczypliwych uwag poświęconych ilości czasu potrzebnego na realizację zamówienia, ale na pewno przyznałbym rację sloganowi widniejącemu na Menu Tratorri – Restauracja godna polecenia. Dziś także polecam, podkreślając jednak drobne ale… i o tym dzisiaj przeczytacie.
Chcąc zjeść niedzielny obiad w miłej restauracji, razem z moją lepszą połową i moimi rodzicami wybraliśmy się do Mamma Mia. Rezerwacja została wcześniej złożona, byliśmy o czasie, stolik czekał. Stolik dostaliśmy nienajlepszy, nieco ciemny, na szczęście nie na tyle ciemny żeby mieć problemy z wczytaniem się w menu, które dość szybko dostaliśmy. Wybór był w zasadzie prosty – filet z soli, filet z ło(so)sia, polędwiczki wieprzowe i Lazagnia ze szpinakiem. W ramach dodatków – szpinak z czosnkiem x 2, talarki ziemniaczane, frytki, napoje. Przystawek – brak, zup – brak. Jednodaniowy obiad. Jak widać nic wyszukanego.
Otrzymawszy napoje przystąpiliśmy do rozmowy. Szybki przegląd tematów codziennych, kwestia wakacji tych co były i tych co będą, chwila rozmowy o polityce, o edukacji w krajowej szkole (gdzie jak się okazuje uczeń drugiej klasy gimnazjum ma w tygodniu 4 (słownie cztery) lekcje języka polskiego i o koszcie zwiększenia tej ilości. Rozmowa została na chwilę zawieszona, ponieważ zwolnił się stolik z dostępem do okna, który postanowiliśmy zająć. Po tej “przeprowadzce” wróciliśmy do rozmów. Znowu wróciliśmy na chwilę do wakacji, do polityki, do rzeczywistości nas otaczającej, zaczęliśmy szybko ustalać plany na zbliżający się tydzień… czas mijał, napoje się upłynniały, my czekaliśmy.
Na pierwszej stronie menu znajduje się informacja, że ze względu na przygotowywanie potraw ze świeżych składników, na dania gorące czeka się około 20 minut. My zaczęliśmy łowić wzrokiem kierowniczkę sali po minutach czterdziestu. Udało się, bardzo sympatyczna pani nas przeprosiła za tak długi czas oczekiwania, poprosiła nas o jeszcze chwilę cierpliwości i zapewniła nas, że robi wszystko, aby zmotywować kucharzy do szybszej realizacji zamówień i że w tej chwili to cała obsługa jest jak na szpilkach, żeby nas jak najszybciej obsłużyć. Ponieważ nie zdecydowaliśmy się na dodatkowe napoje, raz jeszcze przeprosiła i poprosiła o cierpliwość.
Wróciliśmy do rozmowy, która nie pochłaniała nas tak bardzo, jak obserwacja sali i sprawdzania kto z tych, co przyszli po nas, już dostał zamówienie, a kto tak jak my czeka. Mijały kolejne minuty, zaczęliśmy żartować o Hells Kitchen, także o tym co dobrego mamy w lodówkach, ale po kolejnym kwadransie perspektywa dalszego czekania “w ciemno” wydała się nam mocno nieatrakcyjna. Po kolejnych pięciu uznaliśmy, że najwyższy czas pożegnać się z restauracją, obsługą i zamówionym obiadem. Zaczęliśmy się podnosić i…
Zamówienie dotarło. Co prawda na raty, ale wyglądało na tyle apetycznie, że postanowiliśmy zjeść i nie zawiedliśmy się. Sola – zgodnie z obietnicą kelnerki – była niewielka, ale za to smaczna. Filet z ło(so)sia świetnie przyrządzony, polędwiczki wieprzowe przygotowane – tu słowa mojej Mamy, kierowane do Taty – tak jak lubisz, lasagna – naprawdę pyszna i w zasadzie rozpływająca się w ustach. Co prawda w szpinaku mało było czosnku, ale za to frytki były prima sort. A talarki ziemniaczane… no właśnie.. z talarkami ziemniaczanymi był taki problem, że ich nie było. W ich miejsce dostaliśmy gnochi… Spytaliśmy czy gnochi to talarki i kiedy już wiedzieliśmy, że nie, postanowiliśmy nie ryzykować i zamiast na talarki czekać, zjeść to co już nam podano.
I było pysznie. I smacznie. Wszystko dobrze przyprawione, estetycznie podane, wszystko ciepłe i w zasadzie wszystko w tempie błyskawicznym znikało nam z talerzy. To, że wyglądało apetycznie udowadniała nam bzycząca nad talerzami mucha. Na szczęście tylko raz postanowiła przysiąść się do szpinaku i to w zasadzie już gdy się kończył, ale coś co może zostało by niezauważone w nadmorskiej knajpce, trudno było ignorować akurat w krakowskiej restauracji z aspiracjami. Fakt, to drobiazg, ale jest to drobiazg dość niesmaczny i chyba jednak eliminowany*.
Powtórzę – było pysznie. Może godzinne oczekiwanie to sposób kucharza, na to by wszystkim smakowało. W końcu już od dziecka się nam tłumaczy, że to głód, ach głód najlepszym jest kucharzem. I niewątpliwie jest… Tyle tylko, że gdyby danie dotarło parę minut później, moglibyśmy się o tym nie przekonać…
Chciałbym podkreślić obecność bardzo sympatycznej kierowniczki sali i zapewne jej decyzję o rabacie do rachunku, który miał nam osłodzić wyczekiwanie. Na przyszłość sugerowałbym podanie klientowi drobnej, nieodpłatnej przekąski, zapewne posmakowało by lepiej. I upewnienie się, czy wszystko co znajdowało się na rachunku (talarki) znalazło się na stole klienta.
Trattorię ze względu na dobrą kuchnię polecam. Aby mieć jednak czyste sumienie, sugeruję aby nie iść tam będąc głodnym. Nawet lekko głodnym. Wizyta tam powinna być odpowiednio wcześniej zaplanowana i nie bójcie się tego, że w chwili przekraczania progu restauracji lub też przy składaniu zamówienia nie czujecie lekkiego nawet ssania.
Spokojnie, zdążycie zgłodnieć.
* Nie tylko Trattoria miewa problemy z muchami. Posłuchajcie:
Szybkie małe co nieco dla miłych gości
Czasem jest tak, że nachodzą Cię goście. Czasem nawet Ci, których sam zaprosiłeś. Czasem nawet chciałbyś dam im coś dobrego do jedzenia, ale nie specjalnie masz ochotę stać nad miskami, garnkami, talerzami, patelniami, nożami i całą resztą kuchennego sprzętu, którym można nie tylko zrobić coś smacznego, ale także można sobie zrobić naprawdę dużą krzywdę.
Potrzebujemy więc czegoś - efektownego, smacznego, łatwego w przyrządzeniu i - wyłącznie dla własnej satysfakcji - niekoniecznie na telefon. Bo wiecie, jak goście są głodni, to nie ma co szaleć, dobra pizza wystarczy w zupełności.
Ja polecam i proponuję - smażony Camembert z odrobiną konfitury. Jak nie ma konfitury może być z dżemem i w zasadzie każdy dżem pasuje. (Inna bajka, że nie każdy Dżem śpiewa).
Co potrzebujemy - dla pięciu osób potrzeba i wystarcza:
5 Camembert'ów
dwa jajka - których nie będziecie się bać rozbić...
szklanka lub dwie mąki - może być poznańska, wrocławska, warszawska czy jaką tam macie w najbliższym sklepie.. przy czym raczej niekoniecznie ziemniaczana.
bułka tarta
Dżem / konfitura
Olej do smażenia
3 głębokie talerze, 1 patelnia, 6 widelców, 1 łyżeczka do dżemu/konfitur + talerze i sztućce dla tych co będą jeść.
Camembert wygląda tak:

I nie, nie musi być to Camembert President'a. Może być dowolny inny - byle Wam smakował.
W głębokich talerzach przygotowujemy kolejno - trochę mąki, rozbełtane jaja (razem białka z żółtkami) i bułkę tartą. Do jajek można dodać odrobinę przegotowanej wody - mało kto o tym wie, a się przydaje. Odrobina... to tak ze dwa małe łyki.
Po pierwsze, fundujemy serowi (seru?) kąpiel w rozbełtanych jajkach. Kąpiel raczej krótką, zapoznawczą;)

Po pierwszej kąpieli, wrzucamy ser do talerza z mąką, i w tej mące go tarzamy (dzięki jajom, trochę mąki się przykleja, bez jaj mielibyśmy dużo mniejsze szanse):

Teraz ser znowu trafia do jajek. Tym razem musimy być nieco dokładniejsi, zadbać o to, żeby kąpiel była pełna i żeby jajka były na całej powierzchni sera. W razie czego, można delikatnie poklepać powierzchnię widelcem. Kiedy już mamy Camemberta oblanego jakiem, wrzucamy go do bułki tartej:

Obtaczamy całego dokładnie i odkładamy na bok, aż będziemy mieli wszystkie porcje gotowe. Odłożyć można na talerz, na deskę, lub na papierek w którym Camemberta kupiliśmy:

Kiedy już wszystkie porcje mamy gotowe, na dużą patelnię lejemy dużo oleju (na tyle dużo, żeby móc w nim "utopić nasz ser") i rozgrzewamy go do wysokiej temperatury. Sery wkładamy dopiero na rozgrzany olej, od czasu do czasu obracając:

Tak, mieliśmy pięć porcji a na patelni tylko cztery serki.. Nie, nie zapomnieliśmy o niczym i nie, nie stało się nic nieprzewidzianego. Po prostu patelnia okazała się za mała.. Na szczęście i z tym sobie poradziliśmy. Sery smażymy tak długo, aż się zarumienią lub pozłocą (jak kto woli). Trwa to zwykle od trzech do pięciu minut, w zależności od tego, jak bardzo mieliśmy rozgrzany olej. Efekt ostateczny jest taki:

Teraz można nałożyć odrobinę konfitury i konsumować. Miało się tu jeszcze pojawić zdjęcie rozkrojonej porcji z której ser się wylał, ale niestety tak goście jak i kucharz byli głodni i zjedli zanim fotograf zdążył powiedzieć smacznego...
Kurcze... zrobiłem to wczoraj a znowu mi ślinka cieknie.. Taki ser to doskonała przystawka. Lekka, smaczna i naprawdę prosta w przygotowaniu.
Krakowskie Smaki – najlepsze lody w mieście (naprawdopodobniej)
Po stekach, które nie zaspokoiły naszego apetytu, przyszedł czas na deser. Jako że z Józefa na Starowiślną nie jest daleko, wybraliśmy się na naprawdopodobniej najlepsze lody w Krakowie. Oczywiście, można zachwalać Wenzla z rynku głownego, można zachwalać lody Jacka i Małgosi Moniki (wszystkie moje kłopoty zaczynały się od złej pamięci do kobiecych imion) ze Sławkowskiej, ale w Krakowie wszyscy wiedzą, że najlepsze lody są na Starowiślnej.
Wpis będzie króciutki, bo rzeczy dobrych, pysznych, wyśmienitych zachwalać nie trzeba. Bronią się same.
Wafel do lodów jak z czasów dzieciństwa (mojego dzieciństwa, choć wiem, że jeszcze się postarzeć nie zdołałem). Żadne cukrowe cośtam. Klasyczny wafel, taki co to się rozpływa kiedy za długo niesie się w nim lodów gałkę.
Lody smakują, tak jak smakować powinny. Żadne tam chemiczne dodatki, lody borówkowe smakują borówkami, w bakaliach są kawałki bakalii, w lodach czekoladowych ktoś chyba zgubił całą tabliczkę czekolady, a lody kawowe.. do lodów kawowych komuś się wsypała cała torebka kawy mielonej. I wiecie co? Po słodkich gałkach malinowych i borówkowych, kawa jest - jaki ja byłem niedomyślny - gorzka, tak jak gorzka jest kawa, którą wcina się do słodkich ciast i ciasteczek. I całe szczęście, że na końcu zostawiłem sobie wanilię... dzięki temu końcówka była odpowiednio słodka;)
Lodziarnia jest mała, ceny niskie, lody pyszne a kolejki długie. Ale te ostatnie zdecydowanie nie są powodem, by sobie tych lodów odmawiać. Właśnie.. może by się tam dzisiaj wybrać?
A Ty drogi czytelniku? Gdzie kupujesz Twoje ulubione lody?
ps. Anegdotka prosto z lodziarni:
- Dla Pana?
- Bananowe.
- To musi Pan trochę poczekać, bo dzisiaj takich nie serwujemy.
Krakowskie Smaki – Pimiento Argentino Grill
Tytułem wstępu, wyjaśnienie. Nie, nie jestem kucharzem. Nie, nie jestem kiperem, ani nie - nie mam wyrobionego podniebienia, które potrafi wyczuwać subtelności w serwowanych przez fachowców daniach. Gust mam prosty, smak zapewne do wyszukanych smakołyków nie przystosowany, ale wiem kiedy mi coś smakuje. Komentarze moje są najpewniej błędne, podobnie jak apetyt - niewyszukane. Więc tak, zastrzegam sobie prawo do pomyłek i chamskiego pochodzenia. Nie mniej jednak...
Na krakowskim Kazimierzu można posmakować potraw rodem z argentyńskich rożen i grillów. Na ulicy Józefa, na odcinku między Kupa i Estery do swoich podwojów zaprasza Pimiento Argentino Grill. Z tysięcy restauracji wybór padł na tą właśnie, ponieważ znajomi zachwalali steki z argentyńskich mięs, które jeszcze nie tak dawno wypasały się gdzieś na Pampie (w kwestii geolokalizacji wypasu strzelam, ponieważ na geografii znam się jeszcze słabiej niż na kulinariach, a na kulinariach nie znam się wcale).
Wnętrze schludne, a w sobotnie wczesne popołudnie w zasadzie puste. Byliśmy głodni, w zasadzie zdecydowani na zachwalane steki, więc wystarczył nam szybki rzut oka w kartę i już wiedzieliśmy, że na stole lada moment pojawią się: - wybór steków dokonanych przez szefa kuchni. Przegląd dla ciekawskich, tak by spróbować wszystkiego w czym kuchnia widzi powody do dumy - smażone sardynki W ramch dodatków - pieczone ziemniaczki z patelni z czosnkiem oraz ziemniak z dipem i boczkiem. Poprosiliśmy także o sugestię wina odpowiedniego do złożonego zamówienia i otrzymaliśmy Malbeca - Reserva Luigi Bosca z 2006 roku, które potrzebowało 10 minut napowietrzenia. Do wina jeszcze wrócę, ale tak - zaryzykowaliśmy...
Ostre noże, jakie każdy gość otrzymuje przy swoim nakryciu, są chyba wystarczająco dobrą motywacją zarówno dla kelnerów jak i dla kucharza, ponieważ danie podawane jest dość szybko i sprawnie. Co prawda dostaliśmy - jak nam się wydawało - dodatkową sałatkę, ale po chwili obsługujący się zreflektował i dostawiając ziemniaka (z dipem i skwarkami) zwrócił się słowami:
"Mieliśmy błąd w kuchni, tej sałatki Państwo nie zamawiali, zostawić?"... Nie zostawiliśmy.
Dodatków nie ma co komentować. Ziemniaczków pieczonych z czosnkiem jak na lekarstwo, a czosnku to by nawet na lekarstwo nie wystarczyło. Ziemniak z dipem.. cóż - ziemniak z dipem... smaczny, ale bez ach czy och. Choć w porównaniu do mięs.. to może jednak och...
Mięsa, te wypasione na Pampie, te zachwalane przez znajomych, te na myśl o których ślinka nam ciekła a żołądek domagał się naszej atencji, rozczarowały. Nie, to nie to, że były koszmarnie złe. Po prostu nie były dość dobre, żebyśmy mogli je komuś z czystym sumieniem polecić. Dostaliśmy cztery kawałki mięs, jeśli w którymś momencie otarły się one o 150 gram to chyba jednak przed wizytą na ruszcie... Prosiliśmy o mocno wysmażone, a przynajmniej dwa kawałki były zrobione na średnio krwisto... Wrażenie ogólne - bardzo, niestety, przeciętne. Co gorsza, mięso potrafiło być także żylaste i żuchwa musiała się z kawałkami trochę napracować.. niestety. I, co jeszcze gorsze, o ile dwa pierwsze steki były ciepłe, o tyle dwa ostatnie były w zasadzie letnie. Niestety...
Smażone sardynki. 200 gram rybek, z których - po docięciu łba (łebka) i ogona (ogonka) - zostawało jedno małe chrup. Rybek była większa ilość, więc i chrupania było wiele. Chrup, chrup, chrup. Wędzone sardynki. Chrup, chrup, chrup. Zchrupane. I to by było w zasadzie tyle, gdyby nie...
Wino. Malbec - Reserva Luigi Bosca. Rocznik 2006 po 10 minutach napowietrzania. Świetne, pyszne, wyśmienite. Wytrawne, a dla niewytrawnych smakoszy smakowite. Polecam (o ile ktoś odważy się z mojego polecenia skorzystać).
Obsługa bez zarzutu, in minus zaskoczył tylko lekko ubity talerz podany do steków. Jakby to ująć.. Restauracji tej klasy, a przynajmniej o tą klasę walczący, takie uchybienie, jako żywo, nie przystoi.
Od stołu wstaliśmy (po uiszczeniu wysokiego, bo 300złotowego rachunku - za posiłek dla trzech osób) zdrowsi, bo zdecydowanie nie przejedzeni, w zasadzie nie najedzeni. Po prostu mieliśmy dużo miejsca i ochoty na deser. A skoro lato i deser, a my byliśmy na Kazimierzu, to trzeba było ruszyć na najlepsze lody w Krakowie. Ale o tym już w następnej opowieści.
Grillowany weekend – po raz pierwszy
Ponieważ Prawo i Sprawiedliwość zadbało o nasz dobrobyt i wolno nam już grillować ( i pomyśleć, że za jakiś czas ten "wysokich" lotów dowcip będzie dla większości postronnych czytelników zupełnie niezrozumiały), więc mając długi weekend przed sobą, trudno z tej jakże wyjątkowej możliwości nie spróbować. Cóż, dość powiedzieć, że są i tacy, ale skoro mają dobre wymówki - będzie im wybaczone. Zanim zaczniemy jeść pyszne dania z rusztu, trzeba mieć co na ruszt włożyć. Zatem zakupy.

I od razu, kilka uwag.
Po pierwsze, do pierwszego przepisu nie będziemy potrzebować wszystkich pokazanych na zdjęciu elementów. Stół się przyda, ale jeszcze bardziej przyda się deska.
Po drugie, nawet gdybyśmy chcieli odtworzyć wszystkie zaplanowane na ten weekend przepisy, okazałoby się, że jest tu kilka dodaktów nikomu do szczęścia nie potrzebnych. Na przykład Ocet winny, albo Balsamiczny (też ocet). Albo... Shaker. Chociaż nie, shaker się zawsze przyda. Wystarczy mieć co mieszać i wszystko smakuje lepiej.
Po trzecie... kolejny błyskotliwy dowcip trafił szlag. Przystępujemy zatem do rzeczy.
Zacznijmy od tego, co przygotujemy. Przygotujemy karkówkę i to od razu na dwa sposoby. Oba sposoby różnią się w szczegółach i to dopiero w etapie po którym następuje włożenie do lodówki. Poza tym, od początku do końca to samo. No i smakuje trochę inaczej. Na tyle inaczej, że czuć różnicę.
Krok pierwszy: kupujemy karkówkę. Ponieważ się na karkówce (na razie) nie znamy, prosimy w sklepie żeby dali nam jakiś dobry kawałek. Jeśli jesteśmy leniwi, prosimy o pokrojenie. My nie byliśmy leniwi.
Krok drugi: myjemy karkówkę. Można w garnku, można w misce, najlepiej w wodzie. Karkówka musi chwilę odmoknąć (nie wiadomo dlaczego) i nie należy jej w tym specjalnie przeszkadzać (w końcu też nie lubimy, gdy nam ktoś w kąpieli przeszkadza). Moczona karkówka (w ilości trzech kilo - tak, dużo, ale my też jesteśmy duzi. po zjedzeniu trzech kilo karkówki bedziemy nawet więksi tu i ówdzie, zwłaszcza ówdzie) wygląda tak:

Krok trzeci: jak już się wymoczy, można kroić. Cienko czy grubo... hmm.. według umiejętności, apetytu i ostrości noża, pamiętając jednak o tym, że wygrillowana karkówka zmniejsza swoją objętość wprostproporcjonalnie do czasu spędzonego na grillu, pod warunkiem, że grill jest rozpalony. Plastry mięsa powinny być rozsądnej grubości. Jesteście rozsądni, wiecie co robić. My zrobiliśmy to tak:

Krok czwarty: Pokrojone mięso trzeba zamarynować. Czym? Jak? A to już zależy od tego co macie pod ręką. Uwaga, to właśnie ten etap kiedy będziemy rozróżniać Karkówkę A od Karkówki C (Karkówki B nie ma, bo B można czytać jak "be" a "be" może nie smakować, albo takie przynajmniej sprawiać wrażenie).
Wersja A: Bierzemy szklankę, do szklanki dajemy oliwę z oliwek i przyprawy: papryka, pieprz cayene, oregano, odrobina chili, oregano, sól, pieprz, można dodać trochę czosnku - do smaku. To znaczy jak ktoś lubi to doda na pewno, jak ktoś nie lubi, to niech spróbuje i przestanie wybrzydzać. Wszystko należy wymieszać i zaczekać do kroku piątego.
Wersja C: Bierzemy szklankę, do szklanki wlewamy oliwę z oliwek i trochę słodkiej papryki, można dodać odrobinę(!) miodu. Ważne aby pod ręką mieć kolendrę. Wszystko wymieszać (kolendrę mieć pod ręką).
Krok piąty: smarujemy pokrojone mięso tym, co mamy w szklaneczce. Cierpliwie, plaster po plastrze. Jeśli wybieramy wersję C należy po przesmarowaniu mięsa marynatą posypać je świeżą, świeżo rozdrobnioną kolendrą (bo przecież mamy ją pod ręką). Nie przejmujemy się ty, że pachnie intensywnie. Jak by was rozcierali, też byście pachnieli intensywnie. A na grillu wszystko przechodzi i ładnie się komponuje. Musicie uwierzyć na słowo.
Drobny dodatek do wersji A: można zalać winem. Najlepiej czerwonym, wytrawnym lub półwytrawnym. Dodatkowa uwaga dla miłośników czerwonego wina: Nie wypić wszystkiego przed zamarynowaniem. Czerwone wino będzie smakować także przy konsumpcji, a zamarynowane i zalane winem mięso będzie smakować wyśmienicie. Po tych wszystkich działaniach, mięso w misie wygląda mniej więcej tak: 
Misę należy teraz zabezpieczyć folią spożywczą i wsadzić do lodówki. Mięso zamarynowane musi się teraz wymoczyć w tej naszej tajemniczo pachnącej miksturze. A my? Zanim zaczniemy grillować, musimy posprzątać, ponieważ każdy szanujący się facet przygotowujący jakiś posiłek gotuje we wszystkich garnkach znajdujących się w domu (w razie deficytu można pożyczyć od sąsiada, no chyba że on też właśnie gotuje...) i to gotuje we wszystkich jednocześnie. Kobiety - to chwila dla Was, teraz możecie załamać ręce, ponieważ Wasza kuchnia w szczegółach i w ogólności ma wszelkie prawo wyglądać mniej więcej właśnie tak:

Ale wierzcie mi, warto.
Krok szósty: tak przygotowane steki - od teraz możemy je tak nazywać i biada temu kto podważy nasze słownictwo! - ekspediujemy na całą noc do lodówki. Niech się przegryzie i niech się przygotuje na długie podpiekanie na wolnym ogniu.
A co my mamy do zrobienia? Możemy wypić resztę wina.. nie oszukujmy się, zdążymy sobie jeszcze kupić nowe. Możemy też pojechać kupić jakiś grill. Przecież nie robiliśmy tego wszystkiego na darmo, nie?
Wszystkim odważnym i zdeterminowanym życzę smaczego. Na zdrowie;) A.. jak steki wyglądają w wersji ostatecznej? Mniej więcej jakoś tak:

Krok siódmy, ostatni: Tak przygotowane steki konsumujemy. Nie szczędzimy sobie i kucharzowi pochlebstw i wina. Czekamy na komplementy i zachwyty ze strony współbiesiadników. I niech spróbują nie być wylewni...
Uwaga końcowa - nieciekawe dygresje i małolotne żarciki nie wpływają na końcową jakość potrawy;)
