[Przeczytane] Big short – pozycja obowiązkowa, mimo koszmarnego tłumaczenia
Jeśli interesują Cie procesy i mechanizmy rządzące współczesnym światem, jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego niespłacone amerykańskie kredyty odbijają i odbijać się będą głośna czkawką w całej Europie, jeśli chcesz wiedzieć dlaczego warto trzymać się z daleka od rynku papierów mniej lub bardziej wartościowych (na którym gracze coraz bardziej przypominają nałogowych hazardzistów) koniecznie sięgnij po ”Big Short" Michaela Lewisa. Jeśli tylko możesz, sięgaj po oryginał, bo tłumaczenie za które zapłaciło (no chyba że ie zapłaciło) wydawnictwo SoniaDraga woła niekiedy o pomstę do nieba...
O co chodzi z tym tłumaczeniem? Moim zdaniem, nawet jeśli można przymknąć oko na "ukończenie studiów z honorami" czy "mrocznego krzyżowca" (zgadnij o kim mowa...) o tyle te właśnie drobiazgi sprawiają, że z... pewną taką nieśmiałością trzeba przyjmować wszystkie informacje o syntetycznych CDA i ich pochodnych jakie w książce się pojawiają. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy pani tłumacz nie schowała nam jeszcze jakiegoś kwiatka.
Mimo wszystko polecam tę książkę. Otwiera oczy i każe stawiać wcale nie łatwe pytania.
Ps. Czytając, pamiętaj o tym, że nie wszystko co opisywane jest jako przejrzyste z perspektywy czasu, było takie oczywiste i jednoznaczne dla tych, którzy w opisywanych wydarzeniach brali udział.
Przeczytane: Ścieżki chwały
Z Jeffreyem Archerem "znamy" się już kilka książek. Zaczęło się parę lat temu od "Co do grosza" - polecam, potem był "Kołczan pełen strzał" - ciekawy zbiór opowiadań. Potem kilkuletnia cisza przełamana "Więźniem urodzenia", który choć warsztatowo niezły i czytało się go nieźle, był tak bardzo bliski Hrabiego Monte Christo że aż bolały zęby, co odbierało przyjemność z lektury. Prawie dwa lata temu, na wakacjach sięgnąłem po "To cut a long story short", czyli kolejny zestaw opowiadań i się z Archerem przeprosiłem;)
Za to ścieżki chwały, to zupełnie inna opowieść... To fabularyzowana historia grupy śmiałków, która odważyła się zdobyć Czomolungmę. To także historia o miłości, przyjaźni, rywalizacji i chorobliwej potrzebie spełniania marzeń, nawet tych, którym towarzyszy mroźny oddech niebezpieczeństwa.
Archer pisze tak, że ciężko się oderwać. Co więcej, pisze tak, że rozbudza wyobraźnię czytelnika, wciągając go w samo centrum wydarzeń. Czytając "Ścieżki chwały" raz po raz trzeba sobie przypominać o tym, że to tylko fabuła inspirowana pewnymi faktami, a nie dokument. To wizja autora, a nie prawda historyczna. Ale tak porywająca, że aż chce się wierzyć, że miała miejsce a opisywani bohaterowie byli własnie tacy, jakich poznajemy ich na kartach powieści. Archer sprawia, że chcę sięgnąć po losy podobnych jak Mallory śmiałków, którzy mieli dość odwagi czy też głupoty, będąc przy tym na tyle bezczelni, by sięgać po niezdobyte.
Warto spróbować - wciąga;)
Dlaczego nie robię zakupów przez internet?
Bo nie jestem dość cierpliwy. Bo kiedy decyduję się na jakiś zakup, na wydanie pieniędzy, to nie chcę czekać na to, aż to co kupiłem, do mnie dotrze.
Wolę pójść do sklepu, znaleźć to, co mnie interesuje, pomacać (nie mówimy o żywności - tam obowiązuje zasada towar macany należy do macanta), powybrzydzać, pokontemplować... Przejść się w jedną, w drugą stronę, sprawdzić alternatywy i zamienniki, wreszcie dokonać wyboru, podejść do kasy, zapłacić i móc korzystać "od razu". Bez zbędnej zwłoki.
Co gorsza, nie umiem sobie wyobrazić kupowania książki on-line (no chyba, że ebooka). Chyba jestem dotknięty jakimś fetyszem książek.mprzed zakupem sprawdzam, czy nie ma jkichś skaz, rys na okładce, zagiętych czy zabrudzonych stron i nigdy, przenigdy nie wezmę książki pierwszej z brzegu. Taki dziwak ze mnie. Tak, zdarzyło mi się nie wziąść książki wcale, bo coś mi w niej nie odpowiadało... Pomyślałem: "zaczekam, dowiozą bez uszczerbku i wtedy kupię"... I tak też zrobiłem. :-)
Przez długi czas opierałem się zakupom on- line. Nie czuję tego, ale ostatnio postanowiłem spróbować. Kupiłem w sieci słuchawki. Obsługa w esklepie bez zastrzeżeń, ale irytuje mnie to, że kupiłem je i zapłaciłem za nie (słuchawki znaczy) już w środę, a będę je miał w rękach dopiero w najbliższy wtorek. To jest dopiero szkoła cierpliwości...
Choć swoją drogą, na sofę kupowaną jak najbardziej tradycyjnie czekaliśmy prawie trzy miesiące.. Ale za to jak wygodnie się teraz ogląda telewizję... Szkoda tylko, że w telewizji jest niewiele do ogladania...
Obejrzane: Dziewczyna z tatuażem
Jeśli komuś zależy na recenzji w pięciu słowach i dwóch znakach interpunkcyjnych, oto ona: "Tak, ten film warto zobaczyć." A teraz nieco dłuższa wypowiedź.
Zaczynając od wad - ten film nie zaskakuje, przynajmniej w warstwie fabuły. Ta sama zagadka, ci sami bohaterowie, te same wątki. Co prawda są drobne odstępstwa (np. reżyser uznał, że Blomkvist nie będzie sypiał z każdą napotkaną kobietą i nie spędzi kilku miesięcy w odosobnieniu) ale są to takie drobiazgi, że nie ma sensu się do nich przywiązywać. I jeśli chodzi o wady to w zasadzie tyle;)
Film trwa 160 minut (chyba że obsługa Multikina najpierw uzna, że widownia nie potrzebuje napisów, a potem stwierdzi że warto trzykrotnie powtórzyć pierwsze pięć minut przeplatając je czarnym ekranem) i te minuty się nie dłużą. Historia opowiedziana przez Larssona jest oddana wiernie, choć widać że Fincherowi brakuje jednak dokładności, by adaptować książki z wprawą Polańskiego (u którego odnosi się wrażenie, że kolejne sceny to kolejne rozdziały w książce - jak w Pianiście czy GhostWriter'ze). Aczkolwiek jest to o niebo lepsza próba przeniesienia na ekran historii Lisbeth i Mikaela, niż ta którą podjęli Skandynawowie.
Przy okazji - Craig udowodnił, że jest kimś więcej, niż tylko świetnym Bondem - ogląda się go z prawdziwą przyjemnością.
Warto było na ten film czekać. Teraz, z rozbudzonym apetytem pozostaje oczekiwać kolejnych dwóch części... Bo przecież nas tak nie zostawią w pół poczęstunku.. póki co, na zabicie czasu, sięgam ponownie po Millenium. Z prawdziwą przyjemnością;)
Przeczytane: Steve Jobs
Podobno wszyscy to teraz czytają - taki wysyp poświąteczny. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale dobra wiadomość jest taka, że przynajmniej ludzie coś czytają i że nie jest to Fakt. Nie sądzę, aby biografia Steve'a Jobsa odmieniła czyjeś życie, natomiast pozwoli mu z bliższej odległości spojrzeć na faceta, który odmienił nasz świat. Nie robił tego w białych rękawiczkach, ani z uśmiechem na ustach. Nie robił tego też bezbłędnie i niejednokrotnie niszczył wszystko (w tym siebie) co nie zgadzało się z jego wizją. Ale to dzięki niemu mamy takie fajne gadgety :D
Isaacson napisał książkę, której podtytuł mógłby brzmieć "Niedaleko pada Apple od Steve'a"... cholernie zintegrowane światy. Warto przeczytać, ale całość jest jak produkty z Cuppertino - należy je podziwiać, ale nie należy próbować zaglądnąć do środka - z założenia wewnątrz też jest wszystko idealne. To tak samo historia Apple jak historia Jobsa... bez zdrapywania farby i lakieru, bez zdejmowania obudowy i bez sprawdzania jaki tak naprawdę był Steve... Biograf chyba postanowił tą ocenę pozostawić czytelnikowi..
Polecam.
To nie tak miało być, zupełnie nie tak…
Czasem, często poniewczasie, trafia nas wieść... prosto w słoneczny splot... Niby nic, normalna rzecz, tak mamy urządzony świat.. a mimo wszystko.. wszystko jakieś takie w poprzek.. jakieś takie absolutnie zupełnie bez sensu...
http://paulapruska.blogspot.com/2011/09/od-wczoraj-wszystko-na-zawsze-jest.html
Mała rzecz, a cieszy…
Od początku niecodzienny.net, od dziś także niecodzienny.pl; Podoba mi się;)