[Przeczytane] Big short – pozycja obowiązkowa, mimo koszmarnego tłumaczenia
Jeśli interesują Cie procesy i mechanizmy rządzące współczesnym światem, jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego niespłacone amerykańskie kredyty odbijają i odbijać się będą głośna czkawką w całej Europie, jeśli chcesz wiedzieć dlaczego warto trzymać się z daleka od rynku papierów mniej lub bardziej wartościowych (na którym gracze coraz bardziej przypominają nałogowych hazardzistów) koniecznie sięgnij po ”Big Short" Michaela Lewisa. Jeśli tylko możesz, sięgaj po oryginał, bo tłumaczenie za które zapłaciło (no chyba że ie zapłaciło) wydawnictwo SoniaDraga woła niekiedy o pomstę do nieba...
O co chodzi z tym tłumaczeniem? Moim zdaniem, nawet jeśli można przymknąć oko na "ukończenie studiów z honorami" czy "mrocznego krzyżowca" (zgadnij o kim mowa...) o tyle te właśnie drobiazgi sprawiają, że z... pewną taką nieśmiałością trzeba przyjmować wszystkie informacje o syntetycznych CDA i ich pochodnych jakie w książce się pojawiają. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy pani tłumacz nie schowała nam jeszcze jakiegoś kwiatka.
Mimo wszystko polecam tę książkę. Otwiera oczy i każe stawiać wcale nie łatwe pytania.
Ps. Czytając, pamiętaj o tym, że nie wszystko co opisywane jest jako przejrzyste z perspektywy czasu, było takie oczywiste i jednoznaczne dla tych, którzy w opisywanych wydarzeniach brali udział.
Nie oceniaj filmu po zwiastunie, czyli rzecz o konsumowaniu rzeczywistości
Pytanie zawarte w tytule napadło mnie, gdy na jednym z portali wpadł mi w oko artykuł o nowej polskiej produkcji ”bez wstydu", która już niedlługo zostanie pokazana na fetiwalu w Gdynii. Do artykułu był dołączońy zwiastun, który bez przekonania postanowiłem obejrzeć. Najpierw przestraszyłem się tematu i tego, że może być poteraktowany zbyt płytko, ale w miarę uchylaniakolejych fragmentów doszedłem do wniosku, że może jednak warto akurat temu filmowi dać szansę...
I tu właśnie pojawiła się wątpliwość, czy właśnie uznałem źe film może być dobry, bo obejrzałem trailer? Ńic nowego, przecież po to są zajawki filmowe. Tylko że oprócz zajawek, są także recenzje i opinie krytyków, albo "zwykłych" widzów, a ja mimo że doskonale wiem, że zwiastuny niejednokrotnie to ekstakt tego co w filmie najlepsze, to jeszcze niejednokrotnie zdarza się, że zapowiadają historię inną, niż tą którą opowiada sam film. Trailer więc to pole do popisu magików od reklamy oraz mistrzów montażu... Powiedzmy też sobie szczerze, łatwiej wybrać dobre ujęcia do materiału 90sekundowego, niż do pełnometrażowej produkcji... Ale też trudniej w półtorej minuty opowiedzieć całą historię...
Nie o technicznych aspektach zwiastunów chciałem pisać, ile o konieczności wyrabiania sobie zdania (chcę / nie chcę obejrzeć) w niespełna dwie minuty. Nie szukam opinii osób trzecich - zbyt wiele tam manipulacji i zbyt często są one tworzone na zlecenie producentów. Zbyt wiele jest plew głupoty do oddzielenia od ziaren rozsądnej krytyki, abym tracił na to czas. Za dużo bodźców do okoła, aby skupiać się na poszczególnych zbyt dokładnie.. To czy dany materiał mnie zainteresuje, czy go zapamiętam, czy "pocieknie mi filmowa ślinka" zależy od tego, jak sprawnie poradził sobie macher od zajawek... Przerażające... Choć tak zdaje się działa ewolucja - wyposaża nas w narzędzia i umiejętności do przeżycia w dżungli, choćby była to jedynie dżungla medialna...
Z drugiej strony, jak już jesteśmy przy ilości docierających do nas bodźców, jako że teraz każdy może być nadawcą sygnałów, które dotrzeć mogą do każdego zainteresowanego, brakuje nam wydawców, którzy potrafiliby ocenić, co warto czytać/oglądać/ poznawać, a co nie jest tego warte. Tym bardziej, że taki wydawca musiałby dopasować się do potrzeb każdego z nas indywidualnie, a to zdaje się być nader męczącym zajęciem. Co więcej, każdy "automatyczny" system dąży raczej do tego aby się nam przypodobać, trzymając się zasady, że lubimy te piosenki, które już słyszeliśmy - w efekcie zamiast czerpać garściami z informacji, jakimi może nas obdarowywać sieć, taplamy się w naszym malutkim, ale za to jakże wygodnym bagienku... Lepiej więc, abyśmy póki co, o poszerzanie swoich horyzontów wciąż dbali sami...
A skoro już jesteśmy przy poszerzaniu hotyzontów, obserwuję u siebie ciekawe zachowanie, a może nawet są to objawy nałogu. Po przeczytaniu ciekawej książki, ciekawego artykułu, usłyszeniu ciekawego wykładu, mam coraz częściej ochotę znaleźć autora na np. Twitterze i poobserwować, czy przypadkiem tam nie pisze rzeczy równie ciekawych... To nie jest zdrowe, ale... Jest to ostatnio pokusa, której nie umiem się oprzeć:-)
Wolność słowa w Polsce jest zagrożona?
Skoro zaczynamy od pytań absurdalnych, to dopełnijmy drugim - a kogo porąbało?
W Polsce można powiedzieć wszystko. Można powiedzieć, że premier do zdrajca, że wszyscy ministrowie ds. zagranicznych to rosyjscy szpiedzy, można mówić o tym gdzie stało ZOMO i czy żona prezydenta to czarownica. Można nawet mówić o tym, co się ma w swojej torebce i jakoś nikt nie widzi powodu, aby cokolwiek komukolwiek zakazać mówić.
Problemem pierwszym dla niektórych może być to, że nie wszyscy wszystkiego muszą chcieć słuchać. Że nie ma prawdy objawionej o polityce, zamachu, gospodarce.
Problemem drugim jest to, że można powiedzieć wszystko i to bezkarnie. Bez odpowiedzialności, bez potrzeby liczenia się z konsekwncjami.. A - chyba już to kiedyś cytowałem Młynarskiego - twarz wróćmy słowu, bo bez twarzy, największe słowo nic nie waży.
Swoją drogą, jak kogoś nie stać na prowadzenie własnej telewizji, niech sobie zrobi kanał na Youtube. Potencjalny zasięg będzie miał ogromny, a wszystko to za frajer.
Na to wszystko Hofman bredzi coś o tym, aby zapewnić katolikom równe prawa w życiu publicznym. Może się pogubiłem, ale ktoś im czegoś broni? Jakieś prawa odbiera? Dyskryminuje? Znaczy że co, w Ameryce biją murzynów, a w Polsce biją katoli?
1% podatku dla partii politycznych? Jestem na tak!
Dziś rano w radiu TokFm Jacek Żakowski w rozmowie z Łukaszem Gibałą przekonywał, że koncepcja aby przekazywać jeden procent podatku na partie polityczne w sposób podobny do tego, jak wolno nam przekazać część płaconego podatku na organizację pożytku publicznego to zło wcielone. Jednym z używanych argumentów jest twierdzenie, że przy takim rozwiązaniu to bogaci będą decydować o władzy a zwykli ludzie będą mieli mniej do powiedzenia i że to doprowadzi do tego by bogaci się bogacili a biedni pozostawali biedni... Pozwolę się sobie z tą tezą nie zgodzić.
Po pierwsze, takie rozwiązanie pozwala na płacenie tym, którym chcemy płacić. Nie tym, którzy akurat w tej chwili są przy żłobie/korycie/władzy. Co więcej, pozwala nam podejmować decyzję co rok, a nie co cztery lata. Oznacza to, że nasi kochani politycy musieliby się częściej starać o nasze "tak". Może zaczęli by coś robić... Poza tym, może trudniej zdobyte pieniądze (bo trzeba za nimi pochodzić) wydaje się inaczej, niż te, które wpaść muszą.
Po drugie, bogaci zazwyczaj nie są bogaci dlatego, że są głupi. Zwykle aby zdobyć pewien kapitał, trzeba wykazać się determinacją, skutecznością (czasem bezwzględnością), ale aby te pieniądze utrzymać, trzeba umieć je liczyć i wydawać. Jak wydasz za dużo - tracisz. Jak wydasz źle - tracisz. Jak przechomikujesz - tracisz. Jaki z tego wniosek? Bogaci znają wartość pieniędzy. Co więcej, bogaci to czasem także ludzie rozsądni, wyrachowani, znający związek między przyczyną i skutkiem. Państwo powinno być wyrachowane, rozsądne, wypłacalne. Powinno wiedzieć ile ma i ile może wydać. Wniosek - wolę, żeby ewentualny większy wpływ na wybór władzy mieli ludzie, którzy pracują pieniędzmi, niż ludzie, którzy oczekują, że ktoś im pieniądze da. Poza tym, nie oszukujmy się, bogate oszołomy znajdują po każdej stronie sceny politycznej.
Mądrych jest raczej mniej, niż głupich. Wykształconych, utalentowanych, pracowitych jest mniej niż leniwych, małorozgarniętych i sfrustrowanych. Niewielu jest ludzi, którzy odnoszą sukces. Ale wg opinii pana Jacka perspektywa, w której odrobinę większy wpływ na naszą rzeczywistość mają ludzie, którzy coś osiągnęli, jest przerażająca. No tak, być rządzonym przez ludzi, którzy coś wiedzą... Brrrr... Ohydztwo... Nie takeśmy się walcząc o demokrację umawiali...
Przeczytane: Ścieżki chwały
Z Jeffreyem Archerem "znamy" się już kilka książek. Zaczęło się parę lat temu od "Co do grosza" - polecam, potem był "Kołczan pełen strzał" - ciekawy zbiór opowiadań. Potem kilkuletnia cisza przełamana "Więźniem urodzenia", który choć warsztatowo niezły i czytało się go nieźle, był tak bardzo bliski Hrabiego Monte Christo że aż bolały zęby, co odbierało przyjemność z lektury. Prawie dwa lata temu, na wakacjach sięgnąłem po "To cut a long story short", czyli kolejny zestaw opowiadań i się z Archerem przeprosiłem;)
Za to ścieżki chwały, to zupełnie inna opowieść... To fabularyzowana historia grupy śmiałków, która odważyła się zdobyć Czomolungmę. To także historia o miłości, przyjaźni, rywalizacji i chorobliwej potrzebie spełniania marzeń, nawet tych, którym towarzyszy mroźny oddech niebezpieczeństwa.
Archer pisze tak, że ciężko się oderwać. Co więcej, pisze tak, że rozbudza wyobraźnię czytelnika, wciągając go w samo centrum wydarzeń. Czytając "Ścieżki chwały" raz po raz trzeba sobie przypominać o tym, że to tylko fabuła inspirowana pewnymi faktami, a nie dokument. To wizja autora, a nie prawda historyczna. Ale tak porywająca, że aż chce się wierzyć, że miała miejsce a opisywani bohaterowie byli własnie tacy, jakich poznajemy ich na kartach powieści. Archer sprawia, że chcę sięgnąć po losy podobnych jak Mallory śmiałków, którzy mieli dość odwagi czy też głupoty, będąc przy tym na tyle bezczelni, by sięgać po niezdobyte.
Warto spróbować - wciąga;)
Kilka obrazków z Cypru
Będzie nudno i monotematycznie. Bo tylko słońce i plaża i morze a potem znowu plaża, znowu słońce i znowu morze... I wiecie co... Czy komuś to przeszkada?
1:0 dla Cypru
Zasypiasz przy szumie morskich fal... Budzisz się przy szumie morskich fal. Nie słyszysz żadnego jowialnego zawołania na modlitwę z Minaretu, słyszysz tylko kojący szum fal rozbijających się o... falochrony. Budzi Ci, jaskrawe i grzejące do nieprzyzwoitości słońce, a także świadomość, że przynajmniej przez najbliższych kilka dni będziesz mieć wszystko gdzieś. Nawet gdzieś możesz mieć posiadanie wszystkiego gdzieś. Piękny poranek.
Dlaczego 1:0? Gdyż albowiem chcąc niechcąc porównuję wakacje na Cyprze do wakacji w Egipcie. Już znam wynik, ale dla przyzwoitości (i aby nie odebrać resztek złudzeń tambulcom z Doliny Królów) będę punktował ostrożnie.
Różnice? Pisałem już o morzu za oknem? Dorzucę jeszcze otwartą plażę, którą można spacerować ile dusza zapragnie i nogi pozwolą. Brak wszędobylskich arabskich przyjaciół, brak wciskanych na siłę ofert zrobienia mi dobrze, za to cisza, spokój i szum fal. Jedzenie - bez porównania lepsze. Bardziej europejskie, bardziej zróżnicowane.
W takich okolicznościach przyrody nie pozostaje nic innego, jak położyć się plackiem i wygrzewać kości, które powoli zapominają o panującym w Polsce mrozie. Prawie zapomniałem jak wielką przyjemnością jest wychodznie na świerze powietrze bez czapki, szalika, rękawiczek i puchowej kurtki, za to boso i w japonkach, a jedynym kremem, o którym trzeba pamiętać jest ten do opalania... Polecam:-)
Z cyklu mądrości rezydenta:
- tu wszyscy ludzie mówią po angielsku, nawet starsze generacje ludzi [w tym momencie poczułem się jak Golf IV]
- gdybyście się Państwo zgubili, proszę pamiętać, że hotel znajduje się nad morzem i w tę stronę należy się kierować [Idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja]
- kolejna wycieczka (...) wyjazd o 9:30 nad ranem [śpioszek z pana rezydenta]
